Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 grudnia 2017
w Esensji w Esensjopedii

Wielki powrót Vala Kilmera

Esensja.pl
Esensja.pl
Na początek wypadałoby jakoś zaklasyfikować "The Salton Sea". Problem w tym, że nie bardzo wiadomo jak. Thriller? Dramat? Komedia? Kryminał? Film noir? Opowieść miłosna? Cholera, jedno pasuje bardziej, drugie mniej, ale każde co najmniej po trochu.

D.J. Caruso
‹Jezioro Salton›

EKSTRAKT:100%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułJezioro Salton
Tytuł oryginalnyThe Salton Sea
Dystrybutor Warner Home Video
ReżyseriaD.J. Caruso
ZdjęciaAmir M. Mokri
Scenariusz
ObsadaPeter Sarsgaard, Val Kilmer, Luis Guzmán, Vincent D'Onofrio, Deborah Kara Unger, Danny Trejo, Anthony LaPaglia, Adam Goldberg, Meat Loaf, R. Lee Ermey, Doug Hutchison, Glenn Plummer, Chandra West, B.D. Wong, Shirley Knight, Azura Skye
MuzykaThomas Newman
Rok produkcji2002
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania103 min
ParametryDolby Digital 5.1; format 1.85:1
WWW
Gatunekdramat, sensacja
EAN7321910188828
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Przyznaję, że z dużą dozą sceptycyzmu przymierzałem się do obejrzenia tegoż filmu. I to mimo ogromnej sympatii, jaką darzę odtwórcę głównej roli. Zaiste, filmografia Vala Kilmera to diabelnie ciężki orzech do zgryzienia. Błyskotliwą karierę rozpoczął, jeśli nie liczyć telewizyjnego "One Too Many", w 1984 r. za sprawą wyśmienitej komedii tria ZAZ - "Top Secret!". Potem było jeszcze lepiej. "Top Gun", "Człowiek, który złamał 1000 łańcuchów", "Willow", "Billy the Kid", "The Doors", "Prawdziwy romans" czy "Tombstone" - przez całą dekadę Kilmer bardzo sprawnie wikłał się w niemalże same ambitne produkcje, nierzadko zyskujące po premierze status kultowych. Niestety, w roku 1995 niezawodny dotychczas przy doborze scenariuszy instynkt zawiódł go, kiedy postanowił wskoczyć w lateksowe wdzianko i pośmigać batmobilem po ciemnych zaułkach Gotham City. Był genialnym Jimem Morrisonem, Billym the Kidem, Doc′iem Holidayem, jednak do roli superherosa ze swym emploi zwichrowanych emocjonalnie niebieskich ptaków, kompletnie się nie nadawał. Lecz jak wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni (tym bardziej, że "Batman Forever" zanotował niezłe wyniki kasowe) i wkrótce mogliśmy oglądać starego, dobrego Vala w odpowiednim dla niego repertuarze (m.in. świetna "Gorączka", zrugana przez rzesze krytyków, acz bardzo przyzwoita "Wyspa Dr. Moreau"). Kłopoty pojawiły się, kiedy najgorszy z Nietoperzy znów postanowił wcielić się w jedną z ikon popkultury, przyjmując rolę Simona Templara w kinowej wersji bondopodobnego serialu, który uczynił swego czasu z marnego aktorzyny Rogera Moore′a międzynarodową gwiazdę. Dziki Kilmer w roli włamywacza -dżentelmena? Cóż, nie wiem co sobie wyobrażali producenci, ale to od początku był poroniony pomysł...
Po rzeczonym niewypale nastał dla aktora okres posuchy; że wspomnę tylko nieudany melodramat "Dotyk miłości" czy "Brudną forsę", pierwszy film z Valem od lat, który, omijając ekrany kin, od razu trafił do wypożyczalni i na krążki DVD. Więc nie dziwcie się drodzy czytelnicy, iż niżej podpisany zaczął powątpiewać czy dane mu jeszcze będzie kiedykolwiek doczekać czasów powrotu charyzmatycznego gwiazdora, bez udziału którego mało komu znany i przeciętnie utalentowany Patrick Swayze przez całe życie grałby zapewne w hiphopowych teledyskach, jak ma to miejsce ostatnimi czasy (a jakże, Kilmer odrzucił niegdyś propozycję roli w "Dirty Dancing"!). Tyle drogą wstępu, nie będę już Was dłużej trzymać w niepewności i przywalę prosto z mostu. "Jezioro Salton" to najlepsza rola w karierze Madmartigana i najlepszy film jaki widziałem od roku 1999, kiedy to powalił mnie na kolana fincherowski "Fight Club". Val Kilmer powrócił!
Na początek wypadałoby jakoś zaklasyfikować "The Salton Sea". Problem w tym, że nie bardzo wiadomo jak. Thriller? Dramat? Komedia? Kryminał? Film noir? Opowieść miłosna? Cholera, jedno pasuje bardziej, drugie mniej, ale każde co najmniej po trochu. Nie obawiajcie się jednak, nie jest to bynajmniej jeden z tych bezsensownych produkcyjniaków, na których nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać; kiedy to bezskutecznie usiłujemy dociec co autorzy chcieli osiągnąć mieszając tyle gatunków i konwencji w jednym kotle. O nie, Tony Gayton ("Śmiertelna wyliczanka") stworzył fabułę, na przykładzie której niejedno pokolenie scenarzystów mogłoby się wychować. I, dzięki Bogu, skrypt ów trafił do rąk D.J. Caruso. Spytacie pewnie, któż to taki? Caruso do tej pory parał się głównie reżyserią poszczególnych odcinków seriali fantastycznych jak "Smallville" czy "Dark Angel", więc nienajlepsza to, co prawda, rekomendacja. Zapamiętajcie jednak to nazwisko. Opowiedzieć tak zawiłą historię, raz po raz przeplataną retrospekcjami, co jakiś czas zmieniającą sceny z mocnych, brutalnych na stonowane, wręcz romantyczne, czy dialogi z poważnych, egzystencjalnych na podszyte wisielczym humorem, z pewnością nie jest zadaniem łatwym. Tym bardziej należą się reżyserowi wielkie brawa. Przy pomocy kapitalnego, rytmicznego montażu i mrocznych, ciemnych zdjęć stworzył dzieło, do którego już teraz (obejrzałem "Jezioro Salton" cztery razy w przeciągu tygodnia, w tym dwa razy pod rząd) pozwolę sobie dodać przedrostek "arcy" i przymiotnik "kultowe".
I w tym miejscu zaczynają się dla mnie schody, bowiem starym recenzenckim zwyczajem powinienem streścić Wam nieco fabułę, lecz nie chcę tego robić. Nie przy filmie, którego tagline brzmi: "Jeśli szukasz prawdy, trafiłeś w złe miejsce". Nie przy filmie, w którym realizm miesza się z groteską tak fenomenalnie, że widz co pięć minut dostaje obuchem w głowę, zmieniając o 180 stopni stosunek do odgrywanej z wirtuozerią przez Kilmera postaci. I kiedy myśli, że już wie, tak naprawdę nie wie jeszcze nic, a w jeszcze głębszą rozterkę wprawia go płynący zza kadru, hipnotyzujący głos bohatera: "Wiem, co sobie o mnie myślisz. Ale nie skreślaj mnie jeszcze. Pozwól mi opowiedzieć całą historię do końca...".
Dość wspomnieć, że pierwsze skrzypce (a dokładniej: trąbkę) gra tu Danny Parker. Albo Tom Van Allen... On sam nie wie. Kim jest ta, rozdarta moralnie niczym Hamlet, skomplikowana osobowość? Aniołem zemsty czy zwykłym ćpunem? Odpowiedź poznacie na końcu. Albo i nie poznacie... Zanim jednak ten koniec nastąpi, przez ekran przewinie się na drugim planie bądź w epizodach prawdziwa feeria niezwykle barwnych postaci: przyjaciel Danny′ego - Jimmy (Peter Sarsgaard), narkotykowy diler Puchatek (Vincent d′Onofrio), współlokatorka Danny′ego (Deborah Unger) i maltretujący ją kochanek (Luis Guzman), handlarz bronią Bobby (Glenn Plummer), para gliniarzy (Anthony LaPaglia i Doug Hutchison), szef narkomanów Kujo (Adam Goldberg; wyrwany z kontekstu, zabawny na swój surrealistyczny sposób moment, w którym wpada na pomysł by ukraść nasienie Boba Hope′a i wystawić je na sprzedaż na eBayu, po prostu mnie zabił). Val Kilmer powrócił w wielkim stylu, ale nie jest też tak, że zawojował całą tą osobliwą opowieść dla siebie. Tu niemal wszyscy są mu kongenialni (wśród mych kumpli po fachu krążą słuchy, iż d′Onofrio jest nawet lepszy, ale się ku temu nie przychylam, było nie było, choć również tworzy wielką kreację, tworzy ją w sumie przez kilkanaście minut, Kilmer przez około sto), w czym bardzo duża jest zasługa scenarzysty, który pisząc tak dobre dialogi, popełnił całą galerię pełnowymiarowych postaci, nie pozostawiając miejsca na nie wnoszące nic paplaniny, robione po to tylko, by jakaś znana twarz mogła na dłuższą lub krótszą chwilę błysnąć w kadrze.
Same superlatywy, aż się prosi, żebym się wreszcie do czegoś przychrzanił. Może do muzyki? Nie mam najmniejszego zamiaru. Jazzowa ścieżka dźwiękowa autorstwa Thomasa Newmana i Gila Evansa przepięknie się komponuje z tym niezwykłym, sugestywnym obrazem. Tak więc, jeśli lubicie klimaty rodem z "Mechanicznej Pomarańczy", filmy Guya Ritchie czy Quentina Tarantino, założę się, że film Caruso z miejsca przypadnie Wam do gustu. Chociaż sympatia do tamtych nie stanowi tu żadnego ultimatum. Wystarczy posiadać ten unikalny rodzaj wrażliwości, który odróżnia nas, kinomanów, od reszty populacji, a obcowanie z "Jeziorem Salton" będzie dla Was prawdziwie głębokim, emocjonującym przeżyciem. Tylko pamiętajcie. Jeśli szukacie prawdy, traficie w złe miejsce. Albo i nie...
Dodatki:
Zdjęcia z produkcji, wywiady z aktorami
koniec
1 września 2003
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Wielka stopa i wtopa
Jarosław Loretz

13 XII 2017

„Potwór” to jeden z tych przypadków, gdy ekipa zaczyna kręcić horror, ale kończy melodramat.

więcej »

Esensja ogląda: Grudzień 2017 (2)
Sebastian Chosiński

11 XII 2017

Koniec roku to czas nadrabiania zaległości z ostatnich miesięcy na małym ekranie. Zobaczcie, co obejrzał i jak ocenił Sebastian Chosiński.

więcej »

Wężogator voodoo
Jarosław Loretz

5 XII 2017

Voodoo skrzyżowane z „Zaczarowanym ołówkiem”? Już wiadomo, że „Bestia” to nic dobrego…

więcej »

Polecamy

Chwała na wysokości?

Dobry i Niebrzydki:

Chwała na wysokości?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Podręczne z Kairu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Atak paniki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.