Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Esensja ogląda: Listopad 2012 (DVD i Blu-Ray)

Esensja.pl
Esensja.pl
Koniec roku to zwykle czas wypuszczania na płytach hitów (z przeznaczeniem pod choinkę), stąd też nic dziwnego, że w naszym omówieniu wydań DVD prawie same głośne tytuły – „Prometeusz”, „Mroczny rycerz powstaje”, „Królewna Śnieżka i Łowca”, „Mroczne cienie”, „Pamięć absolutna”, „Faceci w czerni 3”, „Żelazna dama"… A że piszemy bez taryfy ulgowej, warto poczytać.
WASZ EKSTRAKT:
50,0 (0,0) % 
Zaloguj, aby ocenić
Prometeusz
Krystian Fred [50%]
Najpierw rozbuchana akcja marketingowa zwiastująca arcydzieło kina. Potem naprawdę intrygujący zwiastun, który tylko utwierdzał w przekonaniu, że oto zbliża się jedno z najważniejszych wydarzeń w historii współczesnej kinematografii. (…) Premiera DVD w Polsce: „Prometeusz” kończy jako dodatek do jednego z tygodników. Pół biedy, że jest to tygodnik opinii, a nie papierowy konfesjonał dla celebrytów. Tak twarde lądowanie w kioskach wyraźnie wskazuje, z jakim przyjęciem spotkał się pierwszy od czasów „Łowcy androidów” film sf Ridleya Scotta. Wydaje się, że reżyser popełnił ten sam błąd, co Lucas, kiedy kręcił swoje prequele. Skupił się na efektowności, a nie efektywności. Od strony wizualnej „Prometeusz” rzeczywiście wprawia w zachwyt, oferując niezapomniane widoki i pieszczące oko efekty (Dariusz Wolski, swój chłop, spisał się na medal). Lecz od strony fabularnej film leży. Klisza goni kliszę, i nawet by to nie przeszkadzało, gdyby Scott sięgał do własnej kieszeni. Powtarzają się jednak schematy typowe dla niewyszukanego kina sensacyjnego. Już nie wspominając o dziurach w scenariuszu – Redakcja Esensji dość szczegółowo je wyliczyła. Oczywiście, dołożono do tego produktu jeszcze jakąś mętną filozofię. Ot tak, żeby nie było za płytko. Niestety „Prometeusz” zawiódł, co boli tym bardziej, że rozpoczęty przez Scotta cykl zmienił oblicze kinowego science-fiction. Tu rewolucji nie ma. Dostajemy przeciętną kosmiczną sensację, będącą niczym więcej, jak wizualnie atrakcyjną rozrywką. Nadzieja w drugiej części „Prometeusza”. Może tym razem scenarzyści sięgną po rozum do torby.
Jarosław Loretz [60%]
Wizualnie to perełka, zapewne w znacznej części dzięki rewelacyjnym zdjęciom naszego rodaka, Dariusza Wolskiego. Nie da się też narzekać na przestoje akcji, a i scenografia stoi na nadzwyczaj wysokim poziomie. Cóż z tego jednak, skoro daleko w lesie został scenariusz. Członkowie załogi – ani zgranej, ani wyćwiczonej – zachowują się jak zwyczajni idioci, misja jest tak pełna ukrywanych przed załogą tajemnic, że aż pod znakiem zapytania stoi w ogóle możliwość jej zaistnienia, nie wiadomo, kto w ogóle dowodzi całą wyprawą (co najmniej cztery osoby roszczą sobie pretensje do wydawania poleceń), i tak dalej, i tak dalej. W przeciętnym rozrywkowym filmie takie obsuwy może by i uszły bezkarnie, ale skoro obraz firmuje Ridley Scott, na co dzień bardzo solidny, dbający o dopracowanie najdrobniejszych szczegółów reżyser, a „Prometeusz” miał uchodzić za nowe arcydzieło pokroju pierwszego „Obcego”, tak niechlujna konstrukcja fabuły nadzwyczaj mocno rozczarowuje. A szkoda, bo wspomniane uchybienia i owszem, mocno rzucają się w oczy, ale były w sumie proste do naprawienia i nim na ekranie pojawią się napisy końcowe, w widzu zaczyna kiełkować brzydkie podejrzenie, że może Scott po prostu sobie odpuścił dokładniejszą pieczę nad projektem i zasiadał na fotelu reżysera tylko od czasu do czasu, zostawiając gros roboty jakiemuś swojemu – najwyraźniej niezbyt kompetentnemu – asystentowi. Bo żeby sam wielki Scott odwalał taką fuszerkę, to aż się wierzyć nie chce…
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Mroczne cienie
Daniel Markiewicz [80%]
Obraz z cyklu „nieważne, co jest zrobione – ważne, jak fajnie”. Fabuła, dowcipy i metacytaty nie porywają, ale prezentują przyzwoity poziom. Cała zabawa z tym filmem zaczyna się jednak od dekoracji, a kończy na fantastycznej grze aktorskiej. Nastawiony na pastisz Burton wykreował świat niezwykle dla widza satysfakcjonujący – podanie historii o wampirach w kampowej estetyce pozwoliło przenieść środek ciężkości z typowych dla podobnych dziełek „na serio” aspiracji do bycia czymś więcej niż czystą rozrywką w stronę czystej rozrywki właśnie. Poza klimatem zachwycają aktorzy, a właściwie aktorki. Tym razem Burton okazał się bowiem zagorzałym orędownikiem parytetów i wszystkie wybory obsadowe po stronie kobiet są albo trafione, albo trafione idealnie. Michelle Pfeiffer w tak dobrej formie nie widziałem już dawno, ale show i tak kradnie jej energetyczna Eva Green. Na dobrym poziomie gra chwalona za „Pozwól mi wejść” oraz „Kick-Ass” Chloë Grace Moretz – jednak od niej z kolei odwraca uwagę magnetyczna Bella Heathcote w roli guwernantki. Nieco mniejszą rolę ma Helena Bonham Carter, ale przecież trzeba było jeszcze gdzieś upchnąć Deppa. Ten również nie zawodzi, a rzucane przez niego przekleństwa, stylizowane na inwektywy z epoki, tylko dodają całości smaku. A na deser Alice Cooper jako Alice Cooper. I jak tu tego filmu nie lubić.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Nad życie
Jarosław Loretz [30%]
Telewizyjna konfekcja martyrologiczna o siatkarce Agacie Mróz, puszczona swego czasu przypadkiem do kin. Owszem, opowiadana historia parę razy potrafi wycisnąć łzy nawet z kamienia, zwłaszcza że rzecz z grubsza została oparta na faktach, ale całość – tak grą aktorską, jak i ogólnie technicznym wykonaniem – sprawia wrażenie wyrwanego z jakiejś mydlanej opery odcinka. Mnóstwo tutaj kiczu, sztampy, wszyscy są do rany przyłóż, i wszyscy szlachetnie cierpią. Na wszelki wypadek nie pojawiają się też, zdawałoby się dość oczywiste w tej sytuacji, wątpliwości natury moralnej, jak na przykład: czy matka, która tak naprawdę świadomie wydaje na świat dziecko kosztem własnego życia, zostawiając osieroconego brzdąca w rękach niezbyt przygotowanego i niespecjalnie chętnego do ojcowskiej roli faceta, może być traktowana jako wzór macierzyństwa? Bo odnoszę wrażenie, że wielu widzów – zresztą najwyraźniej zgodnie z zamierzeniami twórców – tak właśnie odbiera ten film: jako pochwałę postępowania Agaty. A to świadczy o pomieszaniu pojęć. Bo macierzyństwo to coś więcej, niż sam proces zajścia w ciążę i urodzenia dziecka. Innymi słowy „Nad życie” to taki mierny wyciskacz łez dla entuzjastów seriali i dla tych, co pasjonują się poczynaniami celebrytów. Za parę lat pewnie nikt już nie będzie pamiętał o tym filmie, bo niby i po co?
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Faceci w czerni 3
Jarosław Loretz [60%]
Mając w pamięci znacznie słabszą od jedynki, ale wiąż niezłą część drugą sagi, podszedłem do seansu bez większych oczekiwań. I, szczerze powiedziawszy, nawet mile się rozczarowałem, bo film, choć przesadnie długi, jest całkiem wartko skrojony i niesie w sobie wiele smaczków, począwszy od różnych odniesień do klasyki sf, po ładne akcenty przywodzące na myśl kolorowe i beztroskie lata 60. Nie da się jednak ukryć, że jak na komedię trzeci „MIB” jest zastanawiająco mało zabawny. To, co wywoływało uśmiech w części pierwszej, a nawet drugiej, jak choćby przesłuchiwanie fikuśnych obcych czy wypchane słownymi gierkami dialogi bohaterów – tutaj coraz wyraźniej męczy. Może już nawet nie tyle zawartością, bo ta wciąż bywa przednia, ile odgrzewaną po raz kolejny konwencją. Bo w końcu ile można na jedno kopyto? Zastanawia też obecność w obsadzie Emmy Thompson, która tak naprawdę nie ma tu absolutnie nic do roboty, choć zapewne zgarnęła za występ niemałą sumkę. Mimo to jednak film stanowi całkiem dobrą propozycję dla miłośników science fiction, tym bardziej, że nieczęsto się zdarza, by trzecia część jakiegoś związanego z fantastyką filmowego cyklu wciąż trzymała satysfakcjonująco wysoki poziom.
Jakub Gałka [70%]
Co prawda nigdy nie darzyłem specjalną estymą poprzednich części, ani nie zapadły mi specjalnie w pamięć, ale podobnie jak Jarek podszedłem do seansu i bez większych oczekiwań, i bez uprzedzeń. I okazało się, że dostałem bardzo przyzwoitą kanapową rozrywkę. Z jednym zastrzeżeniem: trzecia odsłona MIB jest bodaj najbardziej poważnym sf w serii. Oczywiście humoru i lekkości tu nie brakuje (m.in. fajna scenka nawiązująca do zmiany pozycji Afroamerykanów w społeczeństwie przez ostatnie pół wieku), ale widać, że zamiast wymyślania głupawych, slapstickowych żartów scenarzyści skupili się na jak najsensowniejszym poprowadzeniu fabuły przy wykorzystaniu dość zaawansowanych narzędzi z fantastycznego magazynu. Widz musi się między innymi orientować w historii podboju kosmosu, meandrach podróży w czasie, wszechświatów równoległych, czy pętli czasowych rodem z „Dnia świstaka” – i sprawia to autentyczną przyjemność, bo podane jest sprawnie, bez bijących po oczach dziur logicznych i w ramach wartkiej akcji. Jeśli dodać do tego świetnego Josha Brolina zastępującego zmęczonego Tommy′ego Lee Jonesa, to można uznać, że mamy do czynienia z threequelem, który bez problemu dorównuje pierwowzorowi. Pomijając efekt świeżości oczywiście.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Mroczny Rycerz powstaje
Jarosław Loretz [50%]
Aż nie wiem, od czego zacząć. Dlaczego musiałem czekać aż czterdzieści minut, żeby akcja w ogóle drgnęła? I dlaczego zrobiła to tylko na chwilkę? Dlaczego fabuła jest tak denerwująco przewidywalna (Wayne a ilość prób ucieczki; Wayne a czas dotarcia do miasta; zachowanie Kobiety Kota)? Dlaczego tak nieznośnie często górę biorą sztampa (Bane oczywiście musi zwierzyć się adwersarzowi ze swoich diabolicznych planów) i hollywoodzkie schematy (dzieciom krzywda stać się nie może)? Dlaczego scenariusz pisano na kolanie (zachowanie pilotów samolotu CIA; wykarmienie i utrzymanie w wychuchanym stanie armii policjantów; wyskakujący co i rusz jak zając z kapelusza funkcjonariusz Blake, który najwyraźniej się nudzi i nie ma żadnych służbowych obowiązków) i czemu jest tu tak wiele dziur utrudniających branie na serio fabuły (brak więźniów w kadrze, brak chaosu na ulicach)? Dlaczego tak niechlujnie zrobiono scenografię (na głównych ulicach zalegają sterty śmieci, ale najbardziej odludne zaułki są wymiecione wręcz do ostatniego pyłku)? Dlaczego walki częściej odbywają się na kolby karabinów, niż na serie z karabinów? Dlaczego walka Batmana z Banem męczy niemal tak samo, jak walki Neo ze Smithami w dalszych częściach „Matrixa” (i czy przypadkiem chrupnięcie nie powinno oznaczać bardziej trwałego kalectwa)? Dlaczego w Kobiecie Kocie jest tak mało seksu? Czy może raczej – dlaczego Anne Hathaway znowu paprze rolę? Długo tak można. Dobrze, że choć zdjęcia, efekty i muzyka trzymają poziom, bo inaczej byłaby żenująca katastrofa…
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Pamięć absolutna
Konrad Wągrowski [40%]
No fajnie, ale jak ktoś już się bierze za remake dość powszechnie znanego klasyka SF (25 lat od premiery to już klasyk, nieprawdaż?) to mógłby jednak zadbać o to, by fabuła jakoś odbiegała od pierwowzoru i czymś widza zaskoczyć. Tymczasem nowa „Pamięć absolutna” to jest stara „Pamięć absolutna” minus Mars. Co zresztą filmowi nie wychodzi na dobre, bo akurat ten Mars był bardzo fajnym motywem filmu Verhoevena i z pewnością między innymi dzięki niemu dzieło nie poszło w zapomnienie. Tu Marsa nie ma, jest natomiast jakaś dziwaczna sytuacja geopolityczna po światowej wojnie chemicznej i kolejne kalki z pierwowzoru. Jeśli znamy film Verhoevena (a trudno go nie znać) doskonale też wiemy, że Quaid pójdzie do Rekall, by wszczepić sobie wspomnienia, że zabieg się nie uda, bo już wcześniej miał coś wszczepione, że nagle objawią się jego niesamowite zdolności, że żona nie będzie tym, kim się wydaje, że pojawi się inna kobieta, że rzekoma próba wyciągnięcia Quaida z traumy będzie fikcją, że cała akcja będzie miała drugie dno… Po prostu kalka za kalką w nieznacznie tylko przerabianych scenach – w efekcie nuda (na dodatek bez pomysłu na zakończenie). Przeciętnie wypada „Pamięć absolutna” też jako kino akcji, choć akurat tu można wyróżnić walkę między windami i podczas przechodzenia windy przez jądro Ziemi, gdy zmienia się grawitacja. Poza tym – monotonna sztampa. Farrell bezbarwny i bez charyzmy, Biel grająca na jednej minie, Nighy, który mógłby uratować każdy film, koszmarnie niewykorzystany, jedynie Kate Beckinsale próbuje wnieść nieco życia do tego projektu. Generalnie – remake kompletnie bezsensowny.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Królewna Śnieżka i Łowca
Jakub Gałka [80%]
Choć zgadzam się z redaktorem naczelnym, że największą wadą filmu jest odtwórczyni tytułowej roli (kompletnie nieatrakcyjna, wiecznie skrzywiona Kristen Stewart), to nie zgadzam się co do ostatecznej oceny filmu. Owszem, ciężko jest uwierzyć w piękno, dobroć i wyjątkowość Śnieżki gdy widzi się na ekranie młodocianą wampirzycę, a konieczność skupienia całej historii wokół jej osoby skutkuje kiepskimi scenami, w których każe się nam wierzyć, że ta dziewczyna nie tylko zawraca w głowach mężczyznom, ale i porywa tłumy. Ale niedostatki Śnieżki rekompensuje z nawiązką drugi plan: świetne karły, znakomita Zła Królowa i zaskakująco przyzwoity Łowca. Ta ostatnia postać zresztą najlepiej definiuje film, który jest tylko luźno oparty na popularnej wersji baśni – tak jak mało bajkowa jest zmęczona, targana swoimi demonami postać grana przez Hemswortha, tak samo mroczny jest cały film. Nie brak tu zła, śmierci, potworów, strachu, a także błota i brudu. Na szczęście reżyser jest konsekwentny i świadomie korzysta z tego sztafażu budując baśń bardziej dla dorosłych niż dla nastolatków, nie mówiąc o dzieciach. Rupert Sanders z premedytacją maluje świat mrocznymi barwami, by w pewnym momencie skontrastować go z magiczną, bajkową krainą i świadomie zwodzi widza, obiecując mu dobrze znaną historię, ale ostatecznie nie podążając podsuwanymi tropami (najwyraźniejszym przykładem jest tu charakter relacji Śnieżki i Łowcy, zupełnie odmienny od romansowej historii dla nastolatków, której moglibyśmy się spodziewać widząc nazwiska popularnych gwiazd „Zmierzchu” i „Thora” – na szczęście czytelniczki „Bravo Girl” mogły czuć się usatysfakcjonowane: romans na ekranie został zastąpiony zakulisowym romansem aktorki i reżysera). Może „Śnieżka i Łowca” nie zapisze się w annałach filmu fantasy, ale w czasach posuchy (dość wspomnieć rozczarowanie „Złotym kompasem”, zarzucenie coraz słabszej „Narnii”, słabiutkiego Conana, czy katastrofalne filmy oparte na mitologii greckiej) film wyrasta na małą, nieoczekiwaną i nietypową perełkę na miarę „Gwiezdnego pyłu”.
Jarosław Loretz [80%]
Trochę rozumiem malkontentów, którzy wieszają psy na Stewart (dziewczę od czasu do czasu mogłoby dla urozmaicenia domknąć usta, bo chwilami zaczynała mi się z królikiem kojarzyć) i z kolei nie do końca się zgodzę z zachwytami nad rolą Charlize Theron (nie wiało od królowej takim chłodem, jak powinno), ale muszę przyznać, że bajeczka nadzwyczaj przypadła mi do gustu. Przede wszystkim świetną stroną wizualną – rewelacyjnie brudną scenografią, oślizgłym mrokiem Czarnego Lasu, skontrastowaną z tym bajkowością Ostoi oraz ujęciami Ravenny, których nie powstydziłby się sam Tarsem Singh. Postarano się, by starcia były pokazane z brutalnym realizmem i by żadna z postaci (za wyjątkiem tych używających magii) nie łamała swoimi wyczynami praw fizyki, co jest w sumie rzadkością w droższych produkcjach rodem z Hollywood. Zadbano też i o faunę i florę, o wszystkie detale, których często braknie w wielkich produkcjach. Tu jednym, lekkim ruchem twórcy potrafili tchnąć życie w szuwary, zachwycić kiczem słodkiego życia w Ostoi czy odmalować nędzę wioski i strach zamieszkujących ją poddanych (ta wszechobecna wilgoć połączona z brudnymi domami, te porozwieszane klatki ze skazańcami). A jak do tego dodać świetne krasnoludy i bohaterów, którzy niesłychanie rzadko trafiają na mydło, bo w końcu niby gdzie, wyłania się świetnie skrojone kino, podające mroczną, brutalną wersję i tak przecież niezbyt przyjemnej w wydźwięku bajki. Oby więcej takich filmów powstawało, bo może wreszcie uwierzę w to, że da się kręcić dobre fantasy częściej, niż raz na dekadę.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Żelazna Dama
Krystian Fred [60%]
No, no, no! „Królowa” to to nie jest. Gdzieś w Anglii żyje pod strażą starsza pani, która jest półwariatką i zdarza jej się rozmawiać ze zmarłym mężem. Aha, ta pani to Margaret Thatcher – jedna z najważniejszych kobiet w historii ludzkości… Przyglądanie się dorobkowi Żelaznej Damy (rocznik 1925) przez pryzmat jej starczych przypadłości jest na tyle nietrafionym pomysłem, że można go tylko porównać z opieraniem biografii Jana Pawła II na Parkinsonie i tzw. obwoźnym sado-maso. Nie uważam jednak, że spojrzenie a rebours na życie Thatcher było próbą dyskredytacji legendy polityki. (A takie podejrzenia mogły paść – w końcu reżyserka kojarzona jest z lewą stroną sceny politycznej). To bardziej próba uniknięcia budowania pomniku ze spiżu i stworzenia postaci z krwi i kości. Próba pokazania, że Thatcher to nie tylko lwica salonowa, która stawiała czoła decyzjom zdecydowanie przewyższające stereotypową córkę sklepikarza, ale także czuła żona i matka. Jakby nie można było pokazać jej życia osobistego w kontekście strajków górniczych, głodówki działaczy IRA i konfliktu na Falklandach. A tak zaledwie kartkujemy jej biografie – więcej uwagi poświęcając jej tuptaniu za urojonym mężem. A gdzie jest Elżbieta II? W końcu 11 lat rządów Thatcher to także okres, w którym to kobiety sprawowały najważniejsze funkcje w państwie, to czasy, kiedy Wielka Brytania była kobietą. Film pozostawia wielki niedosyt. Problem chyba w tym, że życie Thatcher to temat na więcej niż jeden film. W takim razie, skąd aż 60% ekstraktu? Meryl Streep, wcielając się w brytyjską premier, potwierdziła, że jest Żelazną Damą kina (na koncie już 3 Oscary i 8 Złotych Globów). Film warto obejrzeć dla geniuszu aktorskiego Meryl. O Thatcher lepiej poczytać.
• • •
KINO ŚWIATA
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Święta rodzina (2005)
Sebastian Chosiński [70%]
Ten bardzo skromny, nakręcony w ekspresowym tempie (w zasadzie w ciągu trzech dni) i za niewielkie pieniądze film debiutującego jako samodzielny reżyser w obrazie kinowym trzydziestoośmioletniego Chilijczyka Sebastiána Camposa (a w zasadzie Lelio) zgarnął przed kilku laty całkiem sporo nagród – może nie najbardziej prestiżowych w świecie, ale na pewno ważnych dla twórców z Ameryki Łacińskiej. Jurorzy doceniali przede wszystkim misterną reżyserię i intrygujący scenariusz, który pozwolił obnażyć miałkość i zakłamanie typowej chilijskiej mieszczańskiej rodziny z klasy średniej. Przyjęty przed siedemnastoma laty przez grupę duńskich twórców filmowych, czyli Larsa von Triera i jego najbliższych przyjaciół, manifest „Dogma 95” za cel podstawowy wskazywał następującą myśl: „Kino to człowiek wobec samego siebie, a nie tylko aktor przed kamerą”. Dekadę później Campos postanowił pójść wytyczoną przez Skandynawów drogą i tysiące kilometrów od Europy zrealizował dzieło, które – gdyby powstało w połowie lat 90. XX wieku – można by uznać za sztandarowy przykład tego gatunku. Fakt, że powstało znacznie później, nie oznacza jednak, że wyznawcy „Dogmy” nie mogą go na sztandarach umieścić. Chilijski reżyser zastosował się bowiem do wszystkich reguł manifestu i wyszedł z tego obronną ręką. Główni bohaterowie „Świętej rodziny” to inteligenci z Santiago, którzy postanawiają spędzić Wielkanoc w pięknie położonej daczy nad brzegiem Pacyfiku. Ojciec – Marco senior – jest wziętym architektem; jedyny syn – również Marco – poszedł w jego ślady, choć, sądząc z pojawiających się mimochodem uwag, nie ma tego talentu co rodzic. Matka, Soledad, prowadzi dom i stara się zwalczyć panującą wokół niej pustkę – jak większość żon bogatych mężczyzn, nie ma konkretnego zajęcia. Rodzice deklarują się jako gorliwi katolicy. Pytanie tylko, czy rzeczywiście nimi są? Gdy do domku nad morzem przybywa nowa dziewczyna Marca juniora, studiująca aktorstwo seksowna i prowokacyjna Sofía, a Soledad zostaje zmuszona do wyjazdu do stolicy, aby służyć wsparciem przyjaciółce, sytuacja zaczyna powoli wymykać się spod kontroli. Z czasem wszystko zostaje poddane weryfikacji – i gorliwość wiary starego architekta, i wątpliwości religijne jego syna. Mieszczanie po raz kolejny okażą się – jak w wierszu Juliana Tuwima – „straszni”. Zakończenie zaś jest tyle przewrotne, co zgodne z oczekiwaniami widza. I, co może zaskakiwać, potwierdzające starą chrześcijańską zasadę, że zło musi zostać ukarane, a dobro – nagrodzone. Jeśli ktoś nie przepada za „Dogmą”, powinien mimo wszystko przełamać swój opór i poświęcić półtorej godziny na film, który – w przeciwieństwie do wielu klasyków gatunku – jest o czymś. I na dodatek to „coś” jest ważne.
koniec
29 listopada 2012
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Doroczna rozrywka w tanim stylu
Jarosław Loretz

23 XI 2017

„Ogr: Osada potworów” nie ma najmniejszych szans olśnić widza wyrafinowaniem, ale jako tło do posiłku sprawdza się znakomicie. Dalekie tło.

więcej »

Esensja ogląda: Listopad 2017 (3)
Jarosław Loretz, Kamil Witek

16 XI 2017

Dziś w naszym cyklu trzy recenzje: „HHhH”, „Obcy: Przymierze” i „Hel”.

więcej »

Rezydencjonalna duchota
Jarosław Loretz

14 XI 2017

Koty może i mają 9 żywotów, widz jednak dysponuje tylko jednym i dlatego powinien trzy razy się zastanowić, czy warto sięgać po „9 żyć”…

więcej »

Polecamy

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?

Dobry i Niebrzydki:

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Kobieta na rozdrożu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Brokeback Mountain z punktu widzenia owiec
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpowanie uczłowiecza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Przypominaj to sobie wybiórczo
— Jakub Gałka

Esensja ogląda: Luty 2013 (DVD i BR)
— Sebastian Chosiński, Jakub Gałka, Jarosław Loretz

Esensja ogląda: Październik 2012 (DVD i Blu Ray)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Gabriel Krawczyk, Jarosław Loretz, Daniel Markiewicz, Konrad Wągrowski

Płyńcie, łzy moje - powiedział syntetyczny policjant
— Michał Kubalski

Esensja ogląda: Sierpień 2012 (kino)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Anna Kańtoch, Alicja Kuciel, Małgorzata Steciak, Konrad Wągrowski

Bruce Wayne odchodzi
— Jakub Gałka

Esensja ogląda: Lipiec 2012
— Sebastian Chosiński, Ewa Drab, Grzegorz Fortuna, Alicja Kuciel, Małgorzata Steciak, Konrad Wągrowski

#occupygotham
— Michał R. Wiśniewski

Mroczny Rycerz upada
— Miłosz Cybowski

Nawiązując do klasyków science fiction
— Jakub Gałka

Z tego cyklu

Listopad 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Kamil Witek

Listopad 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Listopad 2017 (1)
— Jarosław Loretz, Anna Nieznaj

Październik 2017 (3)
— Jarosław Loretz

Październik 2017 (2)
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Październik 2017 (1)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch

Wrzesień 2017 (3)
— Jarosław Loretz

Wrzesień 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Wrzesień 2017 (1)
— Piotr Dobry, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch

Sierpień 2017 (1)
— Sebastian Chosiński, Piotr Dobry

Tegoż twórcy

Bo najlepszy sposób na kobietę, znaleźć sobie skażoną planetę
— Przemysław Ciura

Solidarni z uchodźcami
— Piotr Dobry

Verne XXI wieku
— Gabriel Krawczyk

Gdzie jest autor?
— Karolina Ćwiek-Rogalska

Gdzie twój dom, Ziemianinie?
— Konrad Wągrowski

Przypominaj to sobie wybiórczo
— Jakub Gałka

Dla dużych dzieci
— Małgorzata Steciak, Onet

Horrorek, horroreczek
— Agnieszka Szady

Nawiązując do klasyków science fiction
— Jakub Gałka

Kosmiczne modelki i lęk wysokości
— Agnieszka Szady

Tegoż autora

Dobry i Niebrzydki: Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Hercules Poirot w szarej strefie moralności
— Konrad Wągrowski

Doroczna rozrywka w tanim stylu
— Jarosław Loretz

Z filmu wyjęte: Mózgi, świeże mózgi
— Jarosław Loretz

Nie tak ładnie pachniesz
— Konrad Wągrowski

Dobry i Niebrzydki: Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Rezydencjonalna duchota
— Jarosław Loretz

Z filmu wyjęte: Przenośny karmnik
— Jarosław Loretz

East Side Story: Półwysep zbuntowany
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Różne oblicza Joachima Kühna
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.