Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 29 maja 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Klasyka z klasą: Jean-Pierre Melville. Bóg, który doświadcza

Esensja.pl
Esensja.pl
Wiele lat po śmierci francuskiego reżysera jego kolega po fachu rodem z Chin, John Woo, powiedział: „Gdyby istniał bóg kina, to byłby nim Jean-Pierre Melville”. Pozostawił po sobie trzynaście obrazów pełnometrażowych, z czego ponad połowa zalicza się do żelaznej klasyki kina europejskiego. W wydanym przez Kino Świat boksie przypomniano sześć z nich.
Ryzykant (1956) [80%]
Jeden z wcześniejszych filmów Jean-Pierre’a Melville’a. Jego scenariusz powstał we współpracy z Augustem Le Bretonem, pisarzem, którego sława eksplodowała zaledwie rok wcześniej, po premierze opartego na jego powieści klasycznego dramatu kryminalnego „Rififi” Jules’a Dassina. Po „Ryzykancie” można się więc było spodziewać podobnej tematyki i tak też się stało. Bohaterem filmu jest niemłody już kasiarz Robert Montagné (gra go Roger Duchesne, który zaledwie rok później wycofał się na stałe z zawodu i przez następnych prawie czterdzieści lat życia nie dał się skusić na występ aktorski przed kamerą), przez wszystkich – przyjaciół i wrogów – nazywany zdrobniale Bobem. Lata świetności ma już za sobą; zresztą dawno już zrezygnował z dokonywania przestępstw, ba! zaprzyjaźnił się nawet z komisarzem Ledru (w tej roli Guy Decomble), któremu kiedyś uratował życie. Mimo to wciąż cieszy się wielkim autorytetem w środowisku – to na nim wzoruje się i jemu chce dorównać młody Paolo (Daniel Cauchy), to u niego szukają wsparcia i pomocy dawni kumple, którzy ponownie popadają w konflikt z prawem. Ale Bob ma zasady, nie pomaga na przykład stręczycielom, dlatego też odsyła z kwitkiem Marka (Gérard Buhr), który obawia się, że może zostać aresztowany przez policję po tym, jak pobił do nieprzytomności jedną ze swoich dziewczyn. I policja rzeczywiście się nim interesuje; komisarz Ledru najpierw do aresztuje, a następnie puszcza wolno, ale pod warunkiem, że Marc zrewanżuje się w najbliższym czasie wartościowym donosem. Pech chce, że będzie on dotyczył skoku przygotowywanego przez Boba i jego przyjaciół. Dlaczego Montagné decyduje się po tylu latach wrócić na niesławną ścieżkę? Z powodu nałogu – jest bowiem niepoprawnym hazardzistą i właśnie stracił w kasynie w Deauville ostatnie pieniądze. Chociaż „Ryzykant” uznawany jest za film kryminalny, Melville przykłada także wielką wagę do wątku obyczajowego; z dużą subtelnością, bez popadania w kaznodziejstwo, maluje portret zbiorowy ludzi z marginesu – drobnych złodziejaszków i oszustów, alfonsów i prowokatorów, tancerek w nocnych klubach i prostytutek (vide piękna, młoda i wcale nie niewinna Anne, grana przez Isabelle Corey). Za tło służy mu natomiast paryski Montmartre, filmowany przede wszystkim nocą i o świcie. Francuski reżyser przedstawia bohaterów w typowy dla siebie sposób – nie napiętnuje ich za to, co robią i kim są; ze szczególną atencją traktuje jednak Boba, który jawi się jako prawdziwy dżentelmen i człowiek honoru, bohater nieomal romantyczny. Zapewne też z tego powodu nie gotuje mu tragicznego końca.
Ksiądz Leon Morin (1961) [70%]
Jean-Paul Belmondo zadebiutował na dużym ekranie w komedii „Pieszo, konno i wozem” Maurice’a Delbeza w 1957 roku; cztery lata później wcielił się w tytułową postać księdza Leona Morina w obrazie Jean-Pierre’a Melville’a i była to już jego osiemnasta rola w filmie pełnometrażowym. Co świadczy o tym, jak wielkiego rozpędu nabrała kariera tego niezwykle uzdolnionego i charyzmatycznego aktora. Zagrać w dziele wyreżyserowanym przez klasyka kina europejskiego, za jakiego już wtedy uchodził Melville, było dla każdego artysty sporym wyróżnieniem; nie ma się więc co dziwić, że Belmondo bez większego wahania przyjął zaproszenie do zagrania postaci, która mocno kontrastowała z jego wcześniejszym, jak i późniejszym aktorskim emploi – księdza katolickiego. Gdy obraz ten, w pół wieku po premierze, trafił do Stanów Zjednoczonych, ceniony krytyk amerykański Roger Ebert (zmarły w kwietniu 2013 roku) przecierał oczy ze zdumienia, wykrzykując: „Belmondo w sutannie? To świętokradztwo!”. A jednak! Scenariusz filmu (tradycyjnie autorstwa Melville’a) oparty został na autobiograficznej powieści pisarki francuskiej pochodzenia belgijskiego Béatrix Beck, która to książka tuż po wydaniu – w 1952 roku – uhonorowana została Nagrodą Goncourtów. Akcja rozpoczyna się latem 1940 roku, tuż po ataku Niemiec na Francję. Do prowincjonalnego miasteczka na pograniczu z Włochami wkraczają jako okupanci żołnierze Benita Mussoliniego. Nie wywołują oni w mieszkańcach większej trwogi, raczej rozbawienie nietypowym wyglądem i stylem bycia. Wszystko zmienia się dopiero, gdy Włochów zastępują hitlerowcy. Strach pada wówczas na osoby pochodzenia żydowskiego i sympatyzujące z komunistami. Trzydziestokilkuletnia Barny (gra ją Emmanuelle Riva, która pół wieku później zyskała sławę „Miłością” Michaela Hanekego) jest właśnie wdową po działaczu komunistycznym; bojąc się o córeczkę, umieszcza ją u znajomych na wsi. Ma teraz więcej czasu po pracy i zaczyna wykorzystywać go w dość specyficzny sposób – przekonana o słuszności poglądów swego nieżyjącego męża, wybiera się do kościoła, aby podyskutować w konfesjonale z księdzem. Los sprawia, że trafia na młodego Leona Morina, o którym na pewno nie można powiedzieć, że jest ortodoksyjny i nietolerancyjny. Przypadek Barny kapłan traktuje jako swoiste wyzwanie, ale też nie stara się ją na siłę nawracać. I to dziwi kobietę najbardziej; dlatego z czasem ulega coraz większej fascynacji Leonem, który jest nie tylko człowiekiem mądrym, ale i odważnym (angażuje się w pomoc prześladowanym). Melville sportretował w swoim filmie księdza, jakiego chyba każdy wątpiący w istnienie Boga chciałby spotkać na swojej drodze. Zaskakujące jest także to, że w tytułowej postaci możemy odnaleźć tak wiele cech obecnego papieża.
Szpicel (1962) [80%]
Jean-Pierre Melville zdefiniował francuską wersję kina noir. To w końcu spod jego ręki wyszły tak klasyczne thrillery i kryminały, jak „Ryzykant” (1956) czy – wszystkie z Alainem Delonem w rolach głównych – „Samuraj” (1967), „W kręgu zła” (1970) i „Glina” (1972). Pomiędzy tym pierwszym a kolejnymi trzema był jeszcze – zrealizowany w 1962 roku – „Szpicel” (inne tłumaczenie to „Kapuś”), w którym postać pierwszoplanową, czyli tytułowego donosiciela policyjnego Siliena, brawurowo zagrał Jean-Paul Belmondo. Obraz Melville’a to wspaniały przykład kina sensacyjnego lat 60. ubiegłego wieku, opowiadającego dramatyczną historię w sposób niezwykle zajmujący, choć bez fajerwerków w postaci pościgów samochodowych czy strzelanin. Tu liczy się przede wszystkim skomplikowana intryga (notabene za scenariusz również odpowiada Melville), podparta na dodatek pogłębionymi portretami psychologicznymi bohaterów, nie tylko zresztą tych najważniejszych. Po kilku latach pobytu w więzieniu wychodzi na wolność odsiadujący wyrok za kradzież Maurice Faugel (w tej roli włoski aktor Sergio Reggiani). Pierwsze kroki kieruje do dawnego wspólnika, licząc na to, że otrzyma od niego pomoc. Rozmowa przebiega jednak nie po myśli Maurice’a i ostatecznie kończy się zabójstwem pasera; uciekając, Faugel zabiera mu pistolet, skradzioną biżuterię oraz pokaźną sumę w gotówce. W bezpiecznej kryjówce planuje kolejny skok, podczas którego za towarzysza ma niejakiego Remy’ego. Dowiaduje się o tym Silien i natychmiast informuje swego przyjaciela, inspektora Salignariego. Gliniarz próbuje na własną rękę schwytać bandziorów na gorącym uczynku, co kończy się tragicznie – giną Remy i Salignari, a rannego i nieprzytomnego Maurice’a z miejsca zdarzenia przed pojawieniem się policji odwozi… kapuś, który go wydał. To początek wyrafinowanej intrygi, w której na jednej szali położona jest przyjaźń i lojalność wobec przyjaciela, na drugiej natomiast – dążenie do spokojnego życia z ukochaną kobietą u boku. Nie trzeba chyba dodawać, że oba rozwiązania wzajemnie się wykluczają, jakąkolwiek decyzję podejmie Silien, będzie ona miała tragiczny koniec. „Szpicel” wyróżnia się nie tylko precyzyjnym scenariuszem, ponurym klimatem i świetną grą aktorską; o jego wartości decyduje także muzyka autorstwa Paula Misrakiego, która idealnie trafia w złowróżbny nastrój opowieści. Warto jeszcze dodać, że zarówno w „Księdzu Leonie Morin”, jak i „Szpiclu” na planie – w roli asystenta reżysera – pojawił się Niemiec Volker Schlöndorff, który na dodatek w obu obrazach przewinął się przed kamerą również jako aktor-statysta.
Armia cieni (1969) [80%]
Jean-Pierre Melville nieczęsto opowiadał w swoich filmach o czasach okupacji niemieckiej Francji (nawet w „Księdzu Leonie Morin” jest ona jedynie tłem dla znacznie bardziej interesujących reżysera rozważań natury teologicznej), tym większym zaskoczeniem była dla krytyków i widzów zrealizowana pod koniec lat 60. XX wieku „Armia cieni”. Na dodatek jest to jedyny obraz Melville’a, który tak bardzo nie trafił w swój czas. Kinowa premiera dzieła miała miejsce we wrześniu 1969 roku, nieco ponad rok po protestach studenckich, które wstrząsnęły krajem, a skierowane były między innymi przeciwko generałowi Charles’owi de Gaulle’owi, oskarżanemu przez młodzież o poglądach lewicowych – komunistycznych, socjalistycznych i anarchistycznych – o tendencje autorytarne. W filmie dostrzeżono tymczasem apoteozę francuskiego ruchu oporu z czasów II wojny światowej, Résistance, którego przywódcą był właśnie de Gaulle. Z tego też powodu przez wiele filmu nie dystrybuowano za granicą – do Wielkiej Brytanii trafił dopiero pod koniec następnej dekady, a w Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy pokazano go przed zaledwie ośmioma laty. Z perspektywy czasu, gdy podziały polityczne sprzed ponad czterech dekad są już zamierzchłą historią, można stwierdzić obiektywnie, że ataki pod adresem „Armii cieni” były niesprawiedliwe i krzywdzące. Bo nawet jeśli Melville należał do zwolenników generała – sam ponoć nazywał siebie „prawicowym anarchistą” – w filmie chciał przede wszystkim oddać hołd tym swoim rodakom, którzy – wbrew większości Francuzów – ani nie poparli marszałka Philippe’a Petaina i rządów Vichy, ani nie zdecydowali się na kolaborację z nazistami. Kto wie, czy to ten punkt właśnie widzenia reżysera nie rozpalił do czerwoności jego przeciwników. Głównym bohaterem historii – opartej na książce pisarza i członka Wolnych Francuzów Josepha Kessela oraz samego Melville’a, który również walczył w szeregach Résistance – jest Philippe Gerbier (znakomity Lino Ventura). Będąc przeciwnikiem Petaina i nazistów, wziął on sobie do serca wezwanie de Gaulle’a i postanowił zorganizować ruch oporu zarówno na obszarze Francji Vichy, jak i terenach kontrolowanych przez Niemców. „Armia cieni” jest do bólu realistycznym obrazem działań Gerbiera, który, znalazłszy się w zupełnie dla siebie nowej sytuacji, niejednokrotnie zmuszony jest do podejmowania decyzji stojących w sprzeczności z wyznawanymi przez niego zasadami moralnymi. To jest zresztą największą siłą filmu; Melville nie gloryfikuje bowiem członków Résistance, nie czyni ich superbohaterami, wręcz przeciwnie – niejednokrotnie portretuje w sytuacjach zwątpienia, niepewności, strachu. Dzięki temu są bardziej ludzcy, prawdziwi. Poza Lino Venturą świetne role stworzyli jeszcze Simone Signoret („Przedział morderców”, „Wdowa Couderc”) jako Mathilde oraz Paul Crauchet („W kręgu zła”, „Glina”, „Flic story”) jako aresztowany przez Niemców Felix Lepercq.
W kręgu zła (1970) [90%]
Arcydzieło francuskiego kina gangsterskiego. Nie jedyne zresztą, które wyszło spod ręki Jean-Pierre’a Melville’a. Ale za to jedno z ostatnich; przed zdecydowanie zbyt wczesną śmiercią – w wieku zaledwie pięćdziesięciu pięciu lat – zdążył on nakręcić jeszcze tylko „Glinę” (1972). Było to też drugie na planie spotkanie reżysera z Alainem Delonem, który trzy lata wcześniej zagrał w jego „Samuraju”. Tam był płatnym zabójcą, tutaj jest utalentowanym złodziejem, który po pięciu latach odsiadki przedterminowo wychodzi na wolność. Jeszcze przed opuszczeniem paki Corey dowiaduje się od znudzonego swoją pracą strażnika więziennego o możliwości wykonania kolejnego skoku. W tym celu musi jednak najpierw dostać się z Marsylii do Paryża, gdzie przy Placu Vendôme znajduje się renomowany sklep jubilerski, w którym niedawno dokonano zmiany zabezpieczeń. Corey zdaje sobie też sprawę, że tego włamania nie da się zrobić w pojedynkę. Ale w tym przypadku szczęście wyjątkowo mu sprzyja – tego samego dnia z konwoju w pociągu jadącym do stolicy ucieka doświadczonemu komisarzowi Mattei (w tej nietypowej dla siebie roli niekomediowej znakomity André Bourvil) bezwzględny złodziej Vogel (gra go gwiazda wielu spaghetti-westernów Włoch Gian Maria Volonté). Chcąc przedostać się przez kordon poszukujących go policjantów, na postoju przy stacji benzynowej i restauracji chowa się w bagażniku samochodu – tak się składa, że jest to wóz należący do Coreya. Obaj panowie szybko przypadają sobie do gustu i planują dokonanie skoku na jubilera razem. Lecz to wciąż nie wystarcza, potrzebna jest im jeszcze pomoc strzelca wyborowego. Vogel zna kogoś takiego – to Jansen (kapitalny Yves Montand), były gliniarz, który z powodu nałogu alkoholowego znalazł się na poważnym zakręcie życiowym. Otrzymawszy propozycję od starego przyjaciela, widzi w niej szansę udowodnienia przede wszystkim sobie samemu, że wciąż jest coś wart. To dla niego więcej warte niż świadomość, że tym samym staje po drugiej stronie barykady. Gdy ta niecodzienna trójka szykuje się do akcji, komisarz Mattei nie ustaje w poszukiwaniach zbiega i, mimo swojej dobrotliwej natury, gotowy jest użyć wszelkich środków, aby osiągnąć cel. Melville smakowicie opowiedział tę historię, czyniąc z niej – podobnie jak w wielu wcześniejszych filmach i w późniejszym „Glinie” – pełen dramatyzmu pojedynek silnych osobowości. Z jednej strony mamy więc Mattei i Jansena, znających się jeszcze z czasów szkoły policyjnej, z drugiej – Coreya i Vogla, którzy choć grają do tej samej bramki, także na swój sposób ze sobą rywalizują. Świetne, ale i dużo bardziej ponure niż na przykład w „Ryzykancie”, jest też zakończenie. Jakby reżyser stanął ostatecznie na stanowisku, że zło, choćby i najbardziej fascynujące, mimo wszystko powinno zostać ukarane.
Glina (1972) [80%]
Ostatni film Jean-Pierre’a Melville’a. Trafił do kin w październiku 1972 roku, na dziesięć miesięcy przed śmiercią reżysera z powodu zawału serca. Stanowi więc, chcąc nie chcąc, podsumowanie jego twórczości. I jako taki sprawdza się świetnie. Posiada bowiem wszelkie cechy charakterystyczne stylu Francuza – powolną, pełną szczegółów narrację, pogłębione portrety psychologiczne bohaterów i wyraziście zarysowany konflikt postaw (choć akurat w tym przypadku trudno się doszukiwać jednoznacznych podziałów na „białe” i „czarne”). „Glina” to nie tylko opowieść o prowadzonym przez policję dochodzeniu w sprawie śmiałego włamania do banku w nadmorskiej (czy też raczej: nadatlantyckiej) miejscowości Saint-Jean-de-Monts, ale nade wszystko historia niecodziennej przyjaźni i nieodwzajemnionych miłości (właśnie w liczbie mnogiej). Wszystko obraca się wokół trójkąta, który tworzą: komisarz policji paryskiej Édouard Coleman (w tej roli Alain Delon), właściciel nocnego klubu, a „po godzinach” złodziej i włamywacz Simon (gra go sprowadzony zza Oceanu Richard Crenna, znany przede wszystkim jako pułkownik Samuel Trautman z trzech pierwszych filmów o Johnie Rambo) oraz romansująca z obydwoma mężczyznami piękna Cathy (Catherine Denevue). Simon jest człowiekiem, który nie potrafi żyć bez dreszczyku emocji i uwielbia ryzyko – i to głównie ono pcha go do organizowania kolejnych skoków. A że nie brakuje mu finezji i inteligencji, są one przemyślane do ostatniego szczegółu. Zawsze jednak może trafić się wpadka. W czasie napadu na bank uzbrojony kasjer rani jednego z bandytów, który ostatecznie trafia do szpitala; tam, aby nie wsypał policji pozostałych członków szajki, Cathy – na rozkaz Simona – wstrzykuje mu truciznę. Tyle że stróżom prawda po czasie udaje się zidentyfikować trupa, dzięki czemu łapią kolejne nici prowadzące do kłębka, czyli Colemana do… właśnie, chyba nietrudno się domyślić. Melville opowiedział swą klasyczną kryminalną historię, portretując bohaterów w taki sposób, aby widz stanął przed istotnym dylematem moralnym. Bo choć to Simon jest bandytą zasługującym bezsprzecznie na długoletnie więzienie, to jednak on wzbudza znacznie więcej sympatii – inteligencją, poczuciem humoru, lekkim podejściem do życia. Tytułowy gliniarz jest jego całkowitym zaprzeczeniem – twardym, bezlitosnym, do bólu cynicznym facetem, który z przemocy uczynił skuteczny oręż w walce o utrzymanie porządku. Najjaskrawiej widać to po stosunku Colemana do swego informatora, zakochanego w nim platonicznie transwestyty Gaby (kapitalny epizod Valérie Wilson, która przyćmiewa nawet Catherine Denevue).
koniec
6 stycznia 2014
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Esensja ogląda: Maj 2017
Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

24 V 2017

Zapraszamy do pierwszej majowej edycji cyklu krótkich recenzji filmowych.

więcej »

Między „Dybukiem” a „Weselem”
Sebastian Chosiński

8 V 2017

Po obejrzeniu „Demona” już nie dziwi tak bardzo decyzja, jaką podjął 19 września 2015 roku reżyser filmu. Myśl o samobójstwie podobno dojrzewała w nim już od jakiegoś czasu. Opowiedziana na ekranie historia Piotra i Żydówki Hany mogła stać się jej katalizatorem. Szkoda jednak, że Marcin Wrona wybrał na swoje opus magnum obraz tak nierówny. Powinien wciąż żyć. Powinien nakręcić jeszcze przynajmniej kilka lepszych dzieł.

więcej »

Byli sobie gliniarze…
Sebastian Chosiński

4 V 2017

Doprawdy trudno zrozumieć, po co zmieniać świetnie brzmiący – i idealnie pasujący do treści – oryginalny tytuł filmu „Mea culpa” na pozbawionego cech charakterystycznych i wykorzystywanego przez reżyserów już wielokrotnie „Świadka” (w różnych wariantach). Francuz Fred Cavayé mógłby się za to obrazić. Widzowie natomiast, przeszedłszy nad tym „tłumaczeniem” do porządku dziennego, powinni przed „odpaleniem” płyty DVD wygodnie zasiąść w fotelach. Bo dzieje się dużo…

więcej »

Polecamy

Denzel jak wino

Dobry i Niebrzydki:

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pieprzeni kamikadze w kalifornijskim raju
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pancerz bez ducha
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpa musi się pobrudzić
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dysfunkcyjna rodzina w podróży, czyli rzeźnia, która wzrusza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.