Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Klasyka z klasą: Catherine Deneuve. Piękna dwudziesto-, piękna pięćdziesięcioletnia

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 »
Po publikacji boksów Jean-Pierre’a Melville’a, Alaina Delona, Jean-Paula Belmondo i François Truffauta wydawnictwo Kino Świat postanowiło przybliżyć polskim wielbicielom kinematografii francuskiej dokonania Catherine Deneuve. Dlaczego jednak, prezentując postać tej wybitnej aktorki, wybrano aż cztery (na sześć) obrazy z lat 90. XX wieku, choć doskonale przecież wiadomo, że swoje najlepsze kreacje stworzyła ona w poprzednich dekadach – pozostanie tajemnicą.
Samotnik (1975) [70%]
Catherine Deneuve (a w zasadzie Dorléac) urodziła się w Paryżu w latach okupacji hitlerowskiej; jej rodzice – Maurice i Renée – byli aktorami, więc trudno się dziwić, że dwie z trzech córek poszły w ich ślady. Starsza o rok od Catherine Françoise – gwiazda „Gładkiej skóry” (1964) François Truffauta – zginęła w 1967 roku w wypadku samochodowym; młodsza z sióstr była już wtedy u szczytu popularności, mając za sobą między innymi występy w komediowych musicalach „Parasolki z Cherbourga” (1964) i „Panienki z Rochefort” (1967) Jacques’a Demy, we „Wstręcie” (1965) Romana Polańskiego oraz „Piękności dnia” (1967) Luisa Buñuela. W kolejnych latach aktorka ugruntowywała swoją pozycję, świetnie sprawdzając się we wszystkich stylach i gatunkach – w komediach, dramatach, kryminałach, filmach obyczajowych i kostiumowych. Nakręcony w połowie lat 70. ubiegłego wieku „Samotnik” autorstwa Jean-Paula Rappeneau (współscenarzysty „Wspaniałego” Philippe’a de Broki) to klasyczna komedia romantyczna – tyle że zrealizowana nie z typową dla Francuzów subtelnością, lecz w awanturniczym duchu amerykańskim. Akcja rozgrywa się w Wenezueli; piękna Nelly (Catherine Deneuve), była kelnerka w klubie dyskotekowym w Caracas, ma wyjść za mąż za pochodzącego z Włoch nader krewkiego Vittoriego (w tej roli Luigi Vannucchi). W przeddzień ślubu, po mocno zakrapianej imprezie zorganizowanej dla rodziny „pana młodego” (w cudzysłowie, bo już dobrze po czterdziestce), Nelly ucieka od brutalnego narzeczonego i przenosi się do hotelu w centrum miasta. Gdy odnajduje ją tam Vittori, kobieta prosi o pomoc przypadkowo poznanego mężczyznę z pokoju obok, jak ona Francuza – Martina (gra go Yves Montand). Rodak staje w obronie Nelly, dzięki czemu udaje jej się zwiać po raz kolejny. Chce wrócić samolotem do ojczyzny, ale w tym celu potrzebuje pieniędzy – udaje się więc do Aleksa Foksa, właściciela lokalu, w którym kiedyś pracowała, i prosi go o zaległą pensję. Kiedy ten miga się od wypłaty, ściąga ze ściany obraz Henriego de Toulouse-Lautreka i znowu znika. Sytuacja Nelly jest jednak nie do pozazdroszczenia, teraz bowiem ścigają ją dwaj mężczyźni. Na szczęście z pomocą ponownie przychodzi Martin, który wiezie dziewczynę na lotnisko i załatwia ze znajomym, że zostanie ona zapakowana na właśnie odlatujący samolot do Paryża. Przekonany, że to już koniec kłopotów, wraca spokojnie do swojej samotni na wyspie, gdzie – jak się okazuje – czeka na niego… piękna Francuzka. I nawet jeśli pewnym jest, że ta parka prędzej czy później rozkocha się w sobie, droga do tego będzie długa i wyboista, o co zadbali zapobiegliwi scenarzyści. Deneuve i Montand – w rzeczywistości starszy od aktorki o lat dwanaście – stworzyli przed kamerą nie tylko zabawnych, ale przede wszystkim wiarygodnych i przekonujących bohaterów, którzy skazani są na miłość. Zanim jednak zdadzą sobie z tego sprawę, przeżyją masę perypetii i wywołają – dotyczy to zwłaszcza Nelly – wiele perturbacji. Jean-Paul Rappeneau, kręcąc „Samotnika”, natchnienia szukał w amerykańskich komediach romantycznych, zapożyczając się głównie u Billy’ego Wildera. Co najważniejsze, okazał się pojętnym uczniem. I nawet jeśli film Francuza trudno zaliczyć do arcydzieł gatunku, zapewnia on ponad półtorej godziny bezpretensjonalnej zabawy.
Wybór broni (1981) [70%]
Klasyczny francuski dramat kryminalny w gwiazdorskiej obsadzie. Film, który można postawić w jednym rzędzie z obrazami Jean-Pierre’a Melville’a („W kręgu zła”, „Glina”), Jacques’a Deraya („Flic story”) czy Henriego Verneuila („Skok na kasyno”, „Klan Sycylijczyków”, „Cenny łup”, „Strach nad miastem”). U boku Catherine Deneuve (w roli dojrzałej, ale wciąż urzekającej seksapilem Nicole Durieux) występują tu prawdziwe legendy kina europejskiego: Yves Montand (jako mąż Nicole, Noel), Gerard Depardieu (młody kryminalista Mickey), który z piękną aktorką spotkał się na planie filmowym już rok wcześniej podczas pracy nad „Ostatnim metrem” François Truffauta, oraz Michel Galabru (znajdujący się tuż przed emeryturą komisarz Bonnardot). Obraz wyreżyserował, zmarły w sierpniu 2010 roku, Alain Corneau, któremu już wcześniej zdarzało się sięgać po thrillery policyjne (vide „Rewolwer Python 357” i „Nieustające zagrożenia” z Montandem w rolach głównych), później natomiast – głównie po dramaty z wątkami historycznymi (jak chociażby „Indyjski nokturn”, „Fort Saganne”, „Wszystkie poranki świata”, „Nowy świat”); dopiero u schyłku kariery, kręcąc „Crime d′amour” (2010), Corneau powrócił do kina gatunkowego, od którego zaczynał swą przygodę z filmem. „Wybór broni” to historia podstarzałego gangstera, który u kresu życia postanowił zerwać z niechlubną przeszłością; teraz Noel wraz z żoną prowadzą spokojne życie, a ich źródłem utrzymania i oczkiem w głowie jest stadnina koni. Pewnego dnia ta przeszłość jednak brutalnie o sobie przypomina, a Durieux, kierując się specyficznie pojętym honorem, musi uregulować rachunki z ludźmi, którzy naruszyli spokój jego domu. Wśród nich jest Mickey, uciekinier z więzienia, który dociera do posiadłości Noela wraz ze śmiertelnie rannym kumplem z celi Serge’em Olivierem, dawnym przyjacielem eksgangstera. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że krewki młodzian zaczyna podejrzewać gospodarza o wystawienie go policji, co rodzi w nim chęć zemsty i powoli nakręca spiralę przemocy. Film ma dość zawiłą konstrukcję fabularną, przez którą momentami trudno jest się przegryźć. Służy ona jednak reżyserowi po to, aby z całą wyrazistością mógł zaprezentować widzowi skrajne odmienne postawy dwóch par bohaterów. Narwanemu Mickeyowi przeciwstawiony jest stateczny Durieux, a uporządkowanemu komisarzowi Bonnardotowi – „młody wilczek” Sarlat (gra go Gerard Lanvin), którego marzeniem jest przyskrzynienie rywalizujących ze sobą przestępców. Jaką rolę Corneau przewidział w tej „zabawie” dla Catherine Deneuve i granej przez nią Nicole? Zdecydowanie drugoplanową – kobiety mającej uwiarygodnić wewnętrzną przemianę Noela i przekonać widza, że nawet najbardziej zatwardziały bandyta może pod wpływem miłości – choćby i mocno spóźnionej – zamienić się w baranka. Gdyby w parę małżeńską wcielili się mniej utalentowani aktorzy, ten zabieg prawdopodobnie by się nie powiódł, ale Montandowi i Deneuve naprawdę trudno nie zaufać.
Moja ulubiona pora roku (1993) [70%]
André Téchiné po raz pierwszy spotkał się jako reżyser na planie filmowym z Catherine Deneuve, gdy pracowali nad melodramatem „Hôtel des Amériques” (1981); pięć lat później aktorka zagrała w jego dramacie kryminalnym „Miejsce zbrodni”, a po siedmiu kolejnych przyjęła zaproszenie do udziału w realizacji „Mojej ulubionej pory roku”. Od tego momentu wracali do siebie jeszcze trzykrotnie, a efektem tych powrotów okazały się kolejne dramaty obyczajowe: „Utracona miłość” (2004), „Dziewczyna z pociągu” (2009) oraz – czekający jeszcze na oficjalną premierę – „L’homme que l’on aimait trop”. Jak więc widać – i nie można mieć co do tego wątpliwości – Deneuve znakomicie czuje się w obecności Téchiné, będąc – obok Emmanuelle Béart i Marie-France Pisier – artystką, której reżyser najczęściej dawał zatrudnienie; „Moja ulubiona pora roku” natomiast to najsmaczniejszy, jak dotąd, owoc ich kooperacji. Aktorka wciela się tutaj w Emilie, prawniczkę w średnim wieku, której życie rodzinne trudno uznać za udane. Z mężem, Bruno (Jean-Pierre Bouvier), łączy ją jedynie wspólny interes – kancelaria adwokacka, której są właścicielami; dzieci – rodzona córka Anne (w tej roli Chiara Mastroianni, prawdziwa córka Deneuve i Marcella Mastroianniego) i adoptowany syn Lucien (jedyna rola Anthony’ego Prady) – są już dorosłe i mają własne problemy. Z kolei młodszego brata, Antoine’a (Daniel Auteuil), neurochirurga w Tuluzie, widuje raz na kilka lat; mężczyzna, uważany przez bliskich za ekscentryka i awanturnika, nie może bowiem znaleźć wspólnego języka z mężem Emilie, a i z siostrą nie zawsze mu było po drodze. Dopiero choroba matki, Berthe (gra ją Marthe Villalonga), mieszkającej samotnie w domku na wsi, sprawia, że rodzeństwo musi najpierw odnowić, a następnie odbudować z gruzów wzajemne relacje. Dlatego też kobieta udaje się do szpitala, w którym pracuje Antoine, i zaprasza go do siebie na Boże Narodzenie. Pierwsze po latach spotkanie ze szwagrem i matką kończy się katastrofą; mimo świątecznej atmosfery, wracają dawne urazy i niechęci, dają o sobie znać tłumione kompleksy i nierozwiązane problemy. I tak jest do końca tej dwugodzinnej psychodramy, opartej niemal w całości na dyskusjach toczonych przez Emilie i jej brata. Chcąc bowiem pomóc chorej matce, muszą sami dojść do zgody, co okazuje się zresztą niezwykle trudne. Między nimi narosło już tyle uprzedzeń i nieporozumień, że nie wystarcza zwykłe „przepraszam” czy „wybacz mi”; za przywoływanymi na twarz uśmiechami wciąż kryją się lęki i obsesje, które w każdej chwili burzyć mogą to, co z takim mozołem starają się naprawić. „Moja ulubiona pora roku” to w zasadzie koncert dwóch aktorów – Deneuve i Auteuila, którzy bez przerysowywania, bywa, że z subtelną ironią, tworzą portrety dwojga ludzi próbujących nie dopuścić do zerwania ostatnich łączących ich nici zrozumienia, sympatii, bo o miłości to mimo wszystko trudno mówić. Jedyne, co może przeszkadzać, to zbyt przewidywalny finał opowieści. Bo nawet jeśli nie pobrzmiewa on fałszywą nutą, to jednak sprawia wrażenie, jakby scenarzysta, Pascal Bonitzer, wybrał drogę na skróty.
[1] 2 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Esensja ogląda: Listopad 2017 (3)
Jarosław Loretz, Kamil Witek

16 XI 2017

Dziś w naszym cyklu trzy recenzje: „HHhH”, „Obcy: Przymierze” i „Hel”.

więcej »

Rezydencjonalna duchota
Jarosław Loretz

14 XI 2017

Koty może i mają 9 żywotów, widz jednak dysponuje tylko jednym i dlatego powinien trzy razy się zastanowić, czy warto sięgać po „9 żyć”…

więcej »

Brzdąkany dramat grozy
Jarosław Loretz

7 XI 2017

Horror z emocjami rodem z melodramatu? Ależ proszę bardzo – „Osiem”.

więcej »

Polecamy

Czeska babcia w roli Kaja

Dobry i Niebrzydki:

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Kobieta na rozdrożu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Brokeback Mountain z punktu widzenia owiec
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpowanie uczłowiecza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Klaun – Frajerzy, do przerwy 0:1
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.