Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Klasyka z klasą: Alfred Hitchcock. Narodziny mistrza suspensu

Esensja.pl
Esensja.pl
W początkach swojej kariery Alfred Hitchcock był niezwykle płodnym reżyserem. W latach 20. i 30. XX wieku praktycznie każdego roku realizował przynajmniej jeden film. Były wśród nich obrazy znakomite, jak i dużo mniej udane, o których najchętniej i sam twórca by zapomniał. Wydany przez Kino Świat czteropłytowy box „Masterworks” przypomina i jedne, i drugie.
Morderstwo (1930) [70%]
Pierwszym filmem, który przyniósł rozgłos Alfredowi Hitchcockowi, był – nakręcony w 1926 roku – jeszcze niemy „Lokator”. Opowiadał on o psychozie wywołanej w Londynie pogłoskami o pojawieniu się seryjnego mordercy kobiet nazywanego Mścicielem i był debiutanckim w dorobku reżysera klasycznym dreszczowcem. Później, jak wiemy, Hitchcock nader chętnie wracał do tego gatunku, definiując jego podstawowe zasady. Coraz bardziej charakterystyczny i wyróżniający go na tle innych twórców epoki styl można zauważyć także w „Morderstwie” – piątym w karierze mistrza obrazie dźwiękowym. Został on oparty na powieści, przerobionej następnie na sztukę sceniczną, „Enter Sir John” (1928) autorstwa duetu Clemence Dane (pod tym pseudonimem kryła się brytyjska pisarka Winifred Ashton) oraz pochodząca z Australii Helen Simpson. Akcja, co znamienne, rozgrywa się w środowisku aktorów teatralnych, które było reżyserowi bardzo dobrze znane. Pewnej nocy mieszkańców podrzędnej londyńskiej uliczki budzi niecodzienny hałas; jak się okazuje, jakiś mężczyzna łomocze w drzwi, żądając wpuszczenia do środka domu. To prowadzący objazdową trupę teatralną Gordon Druce, który szuka swej żony, zaproszonej tego dnia na spotkanie przez Dianę Baring (w tej roli Norah Baring, która porzuciła zawód zaledwie pięć lat później, chociaż dożyła 1985 roku). Tajemnicą poliszynela było, że obie panie, aktorki w zespole Druce’a, szczerze się nienawidzą; kiedy więc Edna nie wróciła na noc domu, jej mąż zaczął się poważnie niepokoić. Zaniepokojeni sąsiedzi wzywają policjanta, który po wejściu do mieszkania znajduje zwłoki Edny, a obok nich siedzącą na krześle Dianę.
Kobieta nie wypiera się zbrodni; byłoby to zresztą trudne, biorąc pod uwagę, że w pomieszczeniu nie znaleziono nikogo innego, a narzędzie zbrodni – zakrwawiony pogrzebacz – leżał na podłodze. Panna Baring zostaje aresztowana, osądzona i skazana na śmierć. Do wyroku tego przychyla się również dwunastu przysięgłych, wśród których jest właściciel jednego z teatrów stołecznych, Sir John Menier (gra go Herbert Marshall, który prawie dekadę później pojawił się także w „Korespondencie”). Robi to jednak po długich wahaniach i pod silną presją pozostałych ławników; dlatego też wyrzuty sumienia nie dają mu spokoju, tym bardziej że wciąż ma poważne wątpliwości co do winy Diany. Chcąc ostatecznie rozwikłać zagadkę, podejmuje prywatne śledztwo, w którym pomaga mu małżeństwo Markhamów, inspicjent Ted (Edward Chapman) i aktorka Doucie (Phyllis Konstam), wcześniej również pracujący dla Gordona Druce’a. Wspólnymi siłami odkrywają prawdę. Fabuła „Morderstwa” nie jest zbytnio skomplikowana i Hitchcock doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Aby tę miałkość intrygi zrekompensować widzowi, zdecydował się z większym rozmachem odmalować portrety psychologiczne głównych postaci (Diany, Meniera, zabójcy), postawił też na odpowiednio budowane napięcie. Od momentu gdy Sir John odkrywa, kto naprawdę zamordował Ednę Druce, film tylko zyskuje, a najważniejszym zagadnieniem staje się to, w jaki morderca sposób zostanie zdekonspirowany. Swoją drogą scena, w której ponosi zasłużoną karę, jest majstersztykiem – nie realizatorskim, ale psychologicznym. Dla niej warto było ten film nakręcić. Co ciekawe, rok później Hitchcock nakręcił w Niemczech remake „Morderstwa”, obraz zatytułowany został „Mary”, a pannę Baring (ze zmienionym imieniem) zagrała Olga Czechowa, w bliskiej już przyszłości jedna z ulubionych aktorek… Adolfa Hitlera.
Oszustwo (1931) [60%]
Alfred Hitchcock, co wcale nie było takie częste w Anglii w wieku XX, został wychowany przez matkę w wierze katolickiej – jest to o tyle istotne, że fakt ten mógł mieć istotny wpływ na wydźwięk moralny „Oszustwa”. Inna sprawa, że scenariusz filmu oparto na – powstałej w 1920 roku – sztuce „Na śmierć i życie” (tak przetłumaczono na język polski oryginalny tytuł „The Skin Game”) autorstwa Johna Galsworthy’ego, twórcy między innymi „Sagi rodu Forsyte’ów”, laureata literackiej nagrody Nobla, pisarza określanego przez wielu kolegów po piórze, w tym chociażby Josepha Conrada, mianem moralisty. Fabuła dzieła przenosi nas na prowincję angielską, gdzie żyją po sąsiedzku dwa rody – Hillcristowie i Hornblowerowie. Ci pierwsi to bogaci właściciele ziemscy, arystokraci, pielęgnujący z pokolenia na pokolenie tradycyjne, konserwatywne wartości; dla których słowo honoru i niepokalana opinia są dobrem najwyższym. Ci drudzy natomiast – przede wszystkim chodzi tu o seniora rodu i jego synów Charliego i Rolfa – to wywodzący się z nizin społecznych nowobogaccy przedsiębiorcy, kapitaliści pełną gębą, myślący tylko o tym, jak pomnażać pieniądze. Choć różni ich w zasadzie wszystko – pochodzenie społeczne, kultura osobista, maniery – muszą jakoś ze sobą koegzystować. Pan Hornblower (w tej roli Edmund Gwenn, który zagrał świętego Mikołaja w pierwszej powojennej wersji „Cudu na 34. Ulicy”) marzy o wybudowaniu w okolicy nowych zakładów, co bardzo nie podoba się pani Hillcrist (Helen Haye), obawiającej się, że potężne dymiące kominy nie tylko zatrują powietrze, ale i popsują piękne widoki, do jakich od lat była przyzwyczajona. Żałuje teraz, że jakiś czas temu pozwoliła swemu mężowi (C. V. France) sprzedać część ziem chciwemu przemysłowcowi. Ten bowiem, jak się szybko okazało, wcale nie ma zamiaru dotrzymywać słowa danego Hillcristom przy dokonywaniu transakcji. Obiecał wówczas, że nie pozbędzie się siłą ani szantażem lokatorów mieszkających na kupionej przez niego działce, a już po paru dniach kazał wynosić się starym Jackmanom.
Gdy Hornblowera spotyka ostra reprymenda ze strony pani Hillcrist, daje on parze arystokratów wykład na temat współczesnej moralności, w której – jego zdaniem – nie ma miejsca ani na wyrzuty sumienia, ani na troskę o słabszych. W tej chwili nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że tym samym wypowiada wojnę, w której przeciwko niemu zostanie użyta dokładnie ta sama broń – szantaż, podstęp i bezwzględność. Karzącym mieczem sprawiedliwości okazuje się sekretarz starej arystokratki, będący niemal lustrzanym odbiciem Hornblowera, Dawker (Edward Chapman, który w „Morderstwie” zagrał Teda Markhama); jego ofiarą pada natomiast najmniej winna w całym konflikcie synowa przedsiębiorcy, żona Charlesa, Chloe (Phyllis Konstam, czyli Doucie Markham z wcześniejszego o rok filmu Hitchcocka). Jej pech polega zaś na tym, że jest najsłabszym ogniwem – w nią najłatwiej uderzyć, by zniszczyć nie tylko dobre poczucie Hornblowerów, ale i budowany przez lata prestiż rodu. Spirala nienawiści zostaje nakręcona, a jej skutki okazują się trudne do przewidzenia. Przesłanie filmu jest wyraźne i można streścić je starą, biblijną sentencją: „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie”. Ale John Galsworthy, a w ślad za nim Alfred Hitchcock idą jednak nieco dalej – ostateczny finał rozgrywki nikomu nie przynosi satysfakcji, nawet tym, którzy mają prawo uznać się za zwycięzców. Metody, po które musieli sięgnąć, sprawiają bowiem, że sprzeniewierzają się swojemu, uświęconemu wielowiekową tradycją, systemowi wartości. To, co z takim mozołem wznosili i pielęgnowali, wali się teraz w gruzy, a wyrzuty sumienia dopiero zaczną doskwierać. „Oszustwo” to rzadki w dorobku mistrza Alfreda moralitet psychologiczny; jak na film Hitchcocka, pozbawiony jednak charakterystycznego napięcia, ze zdecydowanie zbyt egzaltowanym, melodramatycznym, choć typowym dla tamtej epoki, aktorstwem. Gwoli ścisłości, warto dodać, że dekadę wcześniej sztukę Galsworthy’ego przeniósł na ekran niejaki B. E. Doxat-Pratt. Ale kto o nim dzisiaj pamięta?
Numer siedemnaście (1932) [50%]
I chociaż trudno zgodzić się z Alfredem Hitchcockiem, który w wydanej w 1967 roku książce „Hitchcock/Truffaut” – wywiadzie-rzece, jaki z angielskim mistrzem przeprowadził jego francuski kolega po fachu – nazwał ten film „katastrofą”, to jednak uczciwie przyznać należy, że do arcydzieł „Numer siedemnaście” na pewno nie należy. Podstawą scenariusza była sztuka, jeszcze wcześniej mająca formę powieści (która ukazała się pierwotnie w 1926 roku), autorstwa J.(osepha) Jeffersona Farjeona, dzisiaj już niemal całkowicie zapomnianego twórcy kryminałów. Jest to historia śledztwa prowadzonego przez detektywa Bartona (w tej roli John Stuart, który żył tak długo, że prawie pół wieku później dane mu było pojawić się jeszcze w epizodzie pierwszego „Supermana” z Christopherem Reeve’em), który pragnie ująć szajkę złodziei klejnotów, odpowiadającą za kradzież niezwykle cennego naszyjnika. Dzięki wiadomości od swego informatora wie, że spotkają się oni ze swoim szefem Sheldrakiem (Garry Marsh) w starym londyńskim domu pod tytułowym numerem siedemnastym. Jest to o tyle istotne, że tuż obok budynku przebiega linia kolejowa, którą jeżdżą pociągi nad kanał La Manche, a bandyci planują właśnie ucieczkę z łupem do Francji. Opuszczony dom okazuje się jednak zadziwiająco pełen ludzi – pojawia się tam sympatyczny kloszard Ben (Leon M. Lion), mieszkająca naprzeciwko panna Rose Ackroyd (Ann Casson), która na dodatek twierdzi, że gdzieś tutaj powinien być też jej ojciec (Henry Caine), notabene wykonujący zlecenie Bartona. Jakby tego było mało, jest też trup, przy którym Ben znajduje kajdanki i naładowany rewolwer. A niebawem, pół godziny po północy, pojawiają się jeszcze dwaj tajemniczy mężczyźni – prawdziwe typy spod ciemnej gwiazdy – i towarzysząca jednemu z nich piękna, choć głuchoniema dziewczyna Nora (Anne Grey, która swoją karierę aktorską zakończyła już w 1938 roku, po rozwodzie z aktorem Lesterem Matthewsem, i przez następnych czterdzieści lat nie dała się namówić na powrót do zawodu).
Atmosfera zaczyna się zagęszczać, tym bardziej że przynajmniej kilka osób ewidentnie mija się z prawdą, tłumacząc pozostałym, co ich przywiodło o tak późnej porze w to miejsce. Film Hitchcocka jest ewidentnie przegadany, co wcale nie jest rzadkością w przypadkach, gdy przenosi się na ekran sztukę teatralną – z tego też powodu nie trzyma w napięciu, choć reżyser stara się, jak może, wprowadzać nastrój niesamowitości. Posługuje się przy tym zapożyczonymi z taniego horroru mocno już ogranymi „rekwizytami” – jak skrzypiące schody, trzaskające drzwi, nagłe powiewy wiatru, gasnące świece czy cienie na ścianach – które świetnie sprawdzały się w epoce ekspresjonizmu niemieckiego, ale dobrą dekadę wcześniej (przy czym, jeśli taper nie był zbyt zdolny, dźwięki trzeba było sobie wyobrażać). Częściowo tylko tę wtórność rekompensuje, rozegrana w pociągu towarowym, scena pościgu za uciekającymi złodziejami. Kończy się ona – nomen omen (w nawiązaniu do przytoczonych powyżej słów reżysera) – katastrofą, która choć zaaranżowana została na modelach, wygląda bardzo realistycznie. Biorąc oczywiście poprawkę na fakt, że „Numer siedemnaście” powstał ponad osiemdziesiąt lat temu. Dodajmy jednak jeszcze, że cztery lata przed Anglikiem sztukę J. Jeffersona Farjeona zekranizował pracujący w Niemczech reżyser węgierski Géza von Bolváry.
Korespondent (1940) [70%]
Pomiędzy „Numerem siedemnaście” a „Korespondentem” (a w zasadzie „Zagranicznym korespondentem”) gwiazda Alfreda Hitchcocka rozbłysła na dobre. W ciągu tych ośmiu lat nakręcił on w Anglii tak klasyczne swoje dzieła, jak „Człowiek, który wiedział za dużo” (1934), „39 kroków” (1935), „Tajny agent” (1936), „Starsza pani znika” (1938) oraz „Oberża Jamajka” (1939), po czym został ściągnięty do Hollywood przez samego Davida O. Selznicka, jednego z najsłynniejszych producentów w dziejach kinematografii światowej. Tam Hitchcock zadebiutował „Rebeką” (1940), kolejną po „Oberży…” adaptacją prozy Daphne du Maurier. A potem był już „Korespondent”. Jest sierpień 1939 roku. Wydawca nowojorskiego dziennika „Globe”, pan Powers (Harry Davenport), narzeka na swoich pracowników w Europie, którzy zamiast pełnokrwistych reportaży, ślą mu od lat nudne, nikogo nie interesujące teksty. A przecież na Starym Kontynencie sytuacja zaognia się z dnia na dzień; stamtąd może nadejść wojna, która w przyszłości ogarnie także kontynent północnoamerykański. „Globe” potrzebuje więc w Europie dziennikarza przebojowego, z tych, którzy wyrzuceni przez drzwi, wrócą oknem. Wybór pada na niesfornego Johnny’ego Jonesa (w tej roli wielka gwiazda westernów Joel McCrea), któremu Powers zmienia tożsamość na Huntleya Haverstocka, przy okazji wyposażając go w list polecający od Stephena Fishera (w tej roli Herbert Marshall, czyli starszy o dziesięć lat Sir John z „Morderstwa”). Fisher jest prominentnym politykiem Partii Pokoju; kierując nią, podejmuje rozpaczliwe działania na rzecz zapobieżenia wojnie, w czym pomaga mu między innymi holenderski dyplomata Van Meer (gra go Niemiec Albert Bassermann, który, wraz ze swoją żoną pochodzenia żydowskiego, uciekł z III Rzeszy zaledwie rok wcześniej).
I właśnie z Van Meerem ma spotkać się w Londynie Jones alias Haverstock – głównie po to, aby wypytać go o możliwości uniknięcia konfliktu zbrojnego. Pierwsze podejście do dygnitarza jest jednak mało udane, dlatego też Amerykanin decyduje się następnego dnia na wyjazd do Amsterdamu, gdzie Holender ma się pojawić na specjalnej konferencji. Niestety, w drodze do budynku, w którym odbywają się obrady, zostaje on zastrzelony na oczach dziennikarza „Globe”. Ten natychmiast rusza w pościg za uciekającym samochodem zamachowcem, w czym pomagają mu córka Fishera, Carol (Laraine Day), oraz jej bliski znajomy, także żurnalista, Scott Ffolliott (George Sanders, wielka gwiazda kina lat 40. i 50. ubiegłego wieku). Na wiejskiej drodze poza miastem wóz mordercy nagle znika; uwagę Jonesa przykuwa jednak stojący nieopodal wiatrak, prosi więc Carol i Scotta, aby sprowadzili policję, sam natomiast idzie na przeszpiegi. I intuicja go nie myli – we wnętrzu wiatraku podsłuchuje rozmowę szpiegów, spotyka nawet żywego, choć otumanionego narkotykami Van Meera, który został przez nich uprowadzony. By nie wpaść w ich ręce, wykrada się, a kiedy wraca razem ze stróżami prawa, po bandytach i dyplomacie nie ma już najmniejszego śladu. Nie trzeba chyba dodawać, że nikt nie wierzy Amerykaninowi w to, co opowiada…
„Korespondent” otrzymał aż sześć nominacji do Oscara i – ostatecznie – ani jednej statuetki. Co, patrząc z perspektywy czasu, uznać należy za wymowne. Bo nawet jeżeli uznamy ten obraz Hitchcocka za niezły, to na pewno nie aż tak dobry, jak mogłaby świadczyć liczba nominacji. Owszem, to świetny thriller szpiegowski, ale w warstwie fabularnej tak naiwny, że aż zęby zgrzytają. Oczywiście można się domyślać, że za porwaniem Van Meera stoją naziści, ale po co to robią – nie wiadomo. Widzowi każe się wierzyć na słowo, że Holender ma jakiekolwiek wpływy i może powstrzymać wojnę, bo ze sposobu przedstawienia tej postaci nic takiego nie wynika – nawet gdy jest w pełni władz umysłowych, bardziej przypomina zdziecinniałego staruszka, a nie męża stanu. Nie mniej fantastyczny jest wątek ostrzelania – dodajmy: w pierwszych dniach września 1939 roku – brytyjskiego samolotu pasażerskiego lecącego za Ocean przez okręt niemiecki. Cóż, scenarzyści – jak widać, dosłownie – nieźle odlecieli, a Hitchcock usłużnie przeniósł to na ekran. I pewnie nawet nie miał potem żadnych wyrzutów sumienia, bo przecież jego film dowodził całemu światu, że Brytyjczycy dzielnie powstrzymywali Adolfa Hitlera od samego początku wojny.
koniec
11 lutego 2014
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Esensja ogląda: Listopad 2017 (3)
Jarosław Loretz, Kamil Witek

16 XI 2017

Dziś w naszym cyklu trzy recenzje: „HHhH”, „Obcy: Przymierze” i „Hel”.

więcej »

Rezydencjonalna duchota
Jarosław Loretz

14 XI 2017

Koty może i mają 9 żywotów, widz jednak dysponuje tylko jednym i dlatego powinien trzy razy się zastanowić, czy warto sięgać po „9 żyć”…

więcej »

Brzdąkany dramat grozy
Jarosław Loretz

7 XI 2017

Horror z emocjami rodem z melodramatu? Ależ proszę bardzo – „Osiem”.

więcej »

Polecamy

Czeska babcia w roli Kaja

Dobry i Niebrzydki:

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Kobieta na rozdrożu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Brokeback Mountain z punktu widzenia owiec
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpowanie uczłowiecza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Klaun – Frajerzy, do przerwy 0:1
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.