Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 grudnia 2017
w Esensji w Esensjopedii

Eklektyczna Adela

Esensja.pl
Esensja.pl
W sumie szkoda, że „Niezwykłe przygody Adeli Blanc-Sec” Luca Bessona nie weszły do naszych kin, bo oglądanie pterodaktyla na małym ekranie przypomina lizanie lodów przez sklepową witrynę.

Luc Besson
‹Niezwykłe przygody Adeli Blanc-Sec›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNiezwykłe przygody Adeli Blanc-Sec
Tytuł oryginalnyLes aventures extraordinaires d’Adèle Blanc-Sec
Dystrybutor Monolith
Data premiery3 marca 2011
ReżyseriaLuc Besson
ZdjęciaThierry Arbogast
Scenariusz
ObsadaLouise Bourgoin, Mathieu Amalric, Gilles Lellouche, Jean-Paul Rouve, Philippe Nahon
MuzykaEric Serra
Rok produkcji2010
Kraj produkcjiFrancja
Czas trwania105 min
WWW
Gatunekanimacja, przygodowy
EAN5907561129032
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
To, co ujmowało urokiem w przypadku „Amelii” – czyli lekko szurnięte postaci, nieco odrealniona rzeczywistość, bogata scenografia i nieco namolny, ale wprowadzający do historii wiele ciepła narrator – w kolejnych nakręconych wedle tej recepty filmach już nie zachwyca tak bardzo. Z jednej strony – ponieważ uleciała gdzieś świeżość pomysłu. Z drugiej – bo do pełnego wykorzystania tych elementów trzeba prawdziwego poety, jak na przykład Jeuneta. Co – tak swoja drogą – też nie zawsze stanowi gwarancję sukcesu, jak uczy przypadek „Bazyla. Człowieka z kulą w głowie”.
Jedną z osób, które naiwnie myślały, że śpiewająco sobie poradzą ze wspomnianą konwencją, był tytan francuskiego kina rozrywkowego, Luc Besson. Uznał, że wystarczy wrzucić akcję we wciąż popularną nad Sekwaną końcówkę belle époque, dodać do tego akcenty Indiany Jonesa wzmocnione wątkiem fantastycznym, czyli w głównej mierze owym pterodaktylem, a całość okrasić typowym francuskim humorem, zauważalnie zaprawionym nieznośnie przerysowaną satyrą i slapstickiem. No i nie wyszło, bo w efekcie „Niezwykłe przygody Adeli Blanc-Sec” trochę przypominają malowanego w tęczowe kolory słonia próbującego niepostrzeżenie przemknąć się przez gęsto zastawiony skład wyjątkowo drogiej porcelany. Trzeba jednak przyznać, że w czasie seansu aż się chce zakrzyknąć słowami pewnego znanego Greka: „Jaka piękna katastrofa!”
W Paryżu końca 1911 roku, z przechowywanego w muzealnej gablocie skamieniałego jaja wykluwa się duży, dorosły pterodaktyl i ulatuje w świat, na dzień dobry atakując jadącego samochodem prefekta i wrzucając jego auto do Sekwany. Kroi się niewąski skandal, bo razem z prefektem, działającym w różnych chrześcijańskich organizacjach, ginie tancerka kabaretowej rewii, zgarnięta praktycznie prosto ze sceny i odziana w strój daleki od przyzwoitego. W związku z tym do stolicy zostaje ściągnięty renomowany łowca dzikich zwierząt, zaś sędziwy profesor, który formalnie ożywił pterodaktyla i u którego w mieszkaniu akurat natknięto się na zwierza (który momentalnie dostał szału na widok jedzonego przez jednego z policjantów jajka i nawiał), w trymiga zostaje odesłany do więzienia i skazany na gilotynę.
W tym momencie na scenę wchodzi Adela – rzutka, energiczna panna rozjeżdżająca się po całym świecie i szukająca starożytnych artefaktów systemem Indiany Jonesa (bezczelność, pogarda dla śmierci i rabunek z uśmiechem na ustach), a następnie opisująca przeżyte przygody w awanturniczych bestsellerach. Z kolejnej z wypraw, tym razem do Egiptu, przywozi do domu mumię lekarza jednego z faraonów, mając nadzieję, że uda się ją ożywić i uzyskać pomoc w ocaleniu robiącej od pięciu lat za warzywo siostry. I tu się wszystko nagle sypie – tak w przypadku planów Adeli, jak i fabuły – bowiem do ożywienia mumii niezbędny jest wsadzony do ciupy profesor. A wyciągnąć go stamtąd nie będzie łatwo.
Jest 35. minuta. Intryga, która w końcu zaczęła się klarować – bo jak dotąd pterodaktyl latał sobie bez ładu i składu, Adela włamywała się do grobowca, a młody, sympatyczny asystent z ogrodu botanicznego, posiadający swojsko brzmiące nazwisko Zborowski (ale przy tym rosyjskie imię, raz czytane jako Andrej, a raz jako Andreż), zbierał się w sobie, by walczyć o wdzięki Adeli – zwyczajnie zalicza nokaut. Profesor gnije w więzieniu, Adela raz za razem próbuje go uwolnić, zaś tępy policjant w towarzystwie łowcy bezskutecznie szuka pterodaktyla, teoretycznie podjadającego gdzieś owce. I tak przez następne pół godziny. Później na szczęście akcja dostaje od scenarzysty mentalnego Red Bulla i zaczynają się na ekranie dziać rzeczy tyleż dziwne, co szalone. Nie są one jednak w stanie w stanie naprawić szkód wyrządzonych przez półgodzinną nudę.
A wszystko dlatego, że zostawiony przez te pół godziny samemu sobie widz, niezdolny jakoś mocniej przywiązać się do którejkolwiek z postaci (mająca skłonności do trajkotania Adela zachowuje się niekiedy na krawędzi chamstwa, policja i oficjele są groteskowo przerysowani, a jedyne cieplejsze postaci Zborowskiego i jego mentora są zupełnie zbędnym z punktu widzenia fabuły dodatkiem), zaczyna rozbierać na czynniki pierwsze fabułę i na przykład zastanawiać się, jak można było ożywić coś, co w sumie było już kamieniem? Albo jakim cudem pterodaktyl wykluł się od razu w formie dorosłej (już słyszę te głosy, że przecież miał wiele milionów lat, żeby odpowiednio dojrzeć w tym jaju)? Ewentualnie – ale to już w dalszej części fabuły – dlaczego Adela, kobieta ponoć niezwykle bystra, próbuje karmić wielkie, mięsożerne ptaszysko ziarnami prosa? Sprawy nie polepszają notoryczne sceny z latającym nisko nad miastem pterodaktylem – absolutnie nikt z mieszkańców go nie zauważa, a już w szczególności policja czy prezydencka ochrona. No i ten fekalny humor…
Co gorsza, im bliżej końca, tym bardziej narasta wrażenie, że twórcy ździebko przesadzili z doprawianiem fabularnej zupy. Fizyk jądrowy? Serio? W starożytnym Egipcie? No i „Titanic”? Czy to jakaś zapowiedź części drugiej? To, co miało być błyskotliwą grą z historią, przekształca się w finale w kompletnie pokiełbaszony miszmasz bez ładu i składu, taki wór, do którego szło już dosłownie wszystko, co tylko komu z ekipy jeszcze do głowy przyszło.
Być może właśnie to przedobrzenie w grotesce, nierównomierne rozłożenie napięcia i z jednej strony przepych w scenografii, a z drugiej jednak stworzenie tekturowego świata, spowodowały, że film poległ we francuskich kinach, zwracając ledwie połowę poniesionych na jego produkcję kosztów. Jednak nawet mimo to, a także mimo wrażenia puszczonego na żywioł eklektyzmu – „Niezwykłe przygody Adeli Blanc-Sec” ogląda się miło. Co ciekawsze – można po seansie nabrać ochoty na powtórkę z rozrywki dla samego tylko drugiego planu, który jest zrobiony z zaskakującym pietyzmem i dbałością o detal. Co prawda podziwianie tego wszystkiego na małym, domowym ekranie zakrawa na zwyczajne barbarzyństwo, ale cóż, nasi dystrybutorzy jak zwykle wiedzieli lepiej, co puścić do kin, a co zaserwować wyłącznie na DVD…
koniec
8 lipca 2015
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Wielka stopa i wtopa
Jarosław Loretz

13 XII 2017

„Potwór” to jeden z tych przypadków, gdy ekipa zaczyna kręcić horror, ale kończy melodramat.

więcej »

Esensja ogląda: Grudzień 2017 (2)
Sebastian Chosiński

11 XII 2017

Koniec roku to czas nadrabiania zaległości z ostatnich miesięcy na małym ekranie. Zobaczcie, co obejrzał i jak ocenił Sebastian Chosiński.

więcej »

Wężogator voodoo
Jarosław Loretz

5 XII 2017

Voodoo skrzyżowane z „Zaczarowanym ołówkiem”? Już wiadomo, że „Bestia” to nic dobrego…

więcej »

Polecamy

Chwała na wysokości?

Dobry i Niebrzydki:

Chwała na wysokości?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Podręczne z Kairu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Atak paniki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

Good comic gone bad, czyli space opera rom-com
— Michał Kubalski

Esensja ogląda: Lipiec 2016 (3)
— Jarosław Loretz, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Wrzesień 2014 (1)
— Piotr Dobry, Jarosław Robak, Kamil Witek

Małe jest piękne, każdy z nas to wie…
— Agnieszka Szady

Tegoż autora

Wielka stopa i wtopa
— Jarosław Loretz

Wężogator voodoo
— Jarosław Loretz

Doroczna rozrywka w tanim stylu
— Jarosław Loretz

Rezydencjonalna duchota
— Jarosław Loretz

Brzdąkany dramat grozy
— Jarosław Loretz

Planetarny morderca i konkurencja
— Jarosław Loretz

I w szaleństwie jest metoda
— Jarosław Loretz

Mimo wszystko przeżyć
— Jarosław Loretz

Wunderwaffe z nader skromnym wunder
— Jarosław Loretz

Turbozombie w koreańskim pendolino
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.