Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 października 2017
w Esensji w Esensjopedii

Widokówki z tamtego świata. „Ostatnia rodzina” okiem zaintrygowanego

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 »
Trzydziesty września 2016 roku. Obszerna sala warszawskiego kina wydaje się nieco duszna z racji liczby zajętych miejsc (choć film w stołecznej, przedpremierowej dystrybucji można było zobaczyć już od tygodnia). Zapełniona widownia robi wrażenie świadków uroczystej akademii, oczekujących na zapełnienie sceny znanymi po imieniu laureatami. Pierwszy pojawia się Zdzisław Beksiński w osobie Andrzeja Seweryna. Z charakterystycznym uśmieszkiem opowiada, jak zamówiłby sobie dziewczynę będącą wirtualnie poprawioną wersją Alicii Silverstone. Widzowie chichoczą bez skrępowania. Ale zaraz potem fizycznie niemal można odmierzyć sekundę, kiedy rozbawienie ucicha, bo fantazja przechodzi w masochistyczną opowieść o bolesnej śmierci poprzedzonej torturami. Ciągle snutej z tym samym uśmieszkiem.

Jan P. Matuszyński
‹Ostatnia Rodzina›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułOstatnia Rodzina
Dystrybutor Kino Świat
Data premiery30 września 2016
ReżyseriaJan P. Matuszyński
ObsadaDawid Ogrodnik, Andrzej Seweryn, Aleksandra Konieczna, Andrzej Chyra, Magdalena Boczarska, Zofia Perczyńska
Kraj produkcjiPolska
Gatunekbiograficzny
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Żywe, spontaniczne reakcje będą trwały aż do samego końca seansu. Wydaje mi się, że sam ten fakt świadczy o największym sukcesie filmu Matuszyńskiego, niezależnie od tego, jak ocenia się samą jakość produkcji.
Projekt zabrania się za historię Beksińskich w formie fabularnego długiego metrażu od początku miał wpisaną weń treściową wielopoziomowość, co jest tym bardziej warte zauważenia, że mowa o materiale w który tak ścisły, źródłowy sposób został „z życia wzięty”. Z jednej strony mamy pomniejszą legendę kulturową - formującą się w pierwotnej wersji już na przełomie wieków - o przeklętym domu rodzinnym naznaczonym podwójną (a może potrójną?) tragedią; domu, którego mieszkańcy na co dzień żyli w iście gotyckiej atmosferze. Mamy ledwie co zakończoną próbę zracjonalizowania mitu, czyli głośną książkę Magdaleny Grzebałkowskiej: pozycję, która jeżeli nie rości sobie praw do wyczerpania tematu, to tylko przez ogrom istniejących relacji. Choć także dopasowuje go do innej konwencji kulturowej, tym razem rozpisanego na setki stron reportażu w charakterystycznym stylu „Dużego Formatu”. Z drugiej strony: gigantyczne ilości nagrań filmowych i dźwiękowych oraz góra zapisków, przedstawiających ze sobą źródło w postaci surowej - jako osobne całości zbyt przeładowane monotonią, aby dało się je wykorzystać bez ostrej obróbki materiału. Klęska urodzaju, ale bez otwartych odpowiedzi na najważniejsze pytania. Ojciec, sam przed sobą przyznający się do wątpliwości, czy mania dokumentacyjna nie jest przypadkiem tylko jeszcze jednym objawem neurozy. Syn, ukrywający się za cudzą twórczością tak umiejętnie, że interpretacje jego własnych uczuć, nawet tych wyrażanych za pomocą krzyku, pozostają niejednoznaczne (a uznanie jego fascynacji w całości za wyraz traumy to pójście na łatwiznę). Do tego autentyczne, a nie wydumane, zagadki psychologiczne. Zdzisław nigdy nie sformułował przekonującego wyjaśnienia związku między swoją sztuką a osobowością. Czy malarstwo było tylko ekscentryczną fantazją drobnomieszczanina, która przypadkiem przyniosła spektakularne efekty? Po zniszczeniu dziennika fonicznego najbardziej intymna część osobowości Tomasza już na zawsze pozostanie niedomówiona. Wreszcie sprawa Zofii, żony i matki. Osi na której cały „przeklęty” dom się opierał, ale której osobnego portretu nie była w stanie stworzyć dociekliwa badaczka Grzebałkowska. Ponieważ doszła do wniosku, że nadal nie wie właściwie, kim była ta kobieta.
Najczęstszym problemem dla pisarza rozpoczynającego dziennik (o ile nie postawi wprost na wypełnienie go esejami, jak Gombrowicz czy Herling-Grudziński) jest kapryśna, częściowo tylko zależna od autora kompozycja. Czy przypadkowy strumień rzeczywistości skonfrontowany z własnymi myślami ułoży się w satysfakcjonującą całość? Przed podobnym problemem stanęli Matuszyński i Bolesto. Otrzymali do dyspozycji interesujących bohaterów, na tyle oryginalnych, że gdyby byli fikcyjnymi kreacjami, mógłby wobec nich paść zarzut wydumania. Do wykorzystania wzięli mroczną historię (choć ilość zawartego mroku zależna jest od interpretacji opowiadającego), ale, co tym bardziej fascynujące, pozbawioną wyraźnego morału (przynajmniej jeżeli chce się porzucić Beksińskich w wersji „legendy ludowej”). Co ponadto? Zakończenie, arbitralnie ustalony początek, kilka oczywistych, dramatycznych punktów węzłowych i dalsza, nadmiarowa przestrzeń do zagospodarowania. Tak naprawdę wszystko leżało w rękach twórców.
W mojej opinii, przez podejmowaną wagę problemową, oraz ilość możliwych odczytań i podtekstów do zdekodowania, „Ostatnia rodzina” jest być może najistotniejszym polskim filmem, jaki trafił do kin w ciągu kilku minionych lat. Aby przyjąć tę perspektywę, należy naturalnie widzieć ją nie jako dostarczony ku uciesze gawiedzi freak show z posmakiem skandalu, tylko wiwisekcję postaw i konsekwencji, jakie przynosi ze sobą współczesna kultura. Wojciech Orliński po swojemu, trochę fatalistycznie, odczytał książkę Grzebałkowskiej jako opowieść o zmianach tożsamości Polaków od międzywojnia do III RP. Matuszyński pokazuje, że problem jest nieco głębszy od konkretnych warunków politycznych (które w samym filmie znajdują się niejako poza bohaterami).
Zdzisław i Tomasz grają w produkcji pierwsze skrzypce, ciągną za sobą marketingowe zainteresowanie widzów, ale największą uwagę dociekliwego odbiorcy skupi Zofia. Postać, której portret w wykonaniu Aleksandry Koniecznej jest zaskakująco zamknięty i jednoznaczny, ale artystycznie bardzo pociągający. Młodszy Beksiński mawiał czasami, że wolałby żyć w XIX wieku. Oczywiście w jedynej jego wersji, o jakiej miał pojęcie, czyli tej znanej z Hammer Horrorów i lektury Edgara Poe. Autentyczną postacią z tego okresu i posługującą się tamtymi pojęciami wydaje się jego matka, próbująca za wszelką cenę ratować tradycyjny model rodziny. Niekoniecznie dlatego, że jest otoczona wariatami, ale ludźmi prezentującymi niekompatybilne postrzeganie rzeczywistości. Zdzisław „przeedukowany” ponad swoją sytuację, oczytany jest w modernistycznej literaturze i filozofii, napięcia familijne tłumaczy żonie w sypialni za pomocą kolokwialnie streszczanego Junga. Przez swoją słabość i licznie fobie nie jest jednak w stanie zmienić niczego na lepsze. Jego losy byłyby więc wariantem znanej już od romantyzmu opowieści o klęsce nadświadomości. Albo po prostu niepowodzeniu człowieka, który najchętniej wyryłby sobie na nagrobku życzenie pocałowania w dupę, ale nie dostrzega, że rzeczywistość bardziej kpi z niego, niż on z niej. Tomasz z kolei, bardziej bliski pojęciu bohatera romantycznego w swoich reakcjach, jest bezpośrednim poprzednikiem dzisiejszego pokolenia geeków, przepuszczających własne widzenie świata oraz emocjonalność przez zachodnią popkulturę. (W tle jeszcze obie babki, którym konwencjonalnie przysługuje największy szacunek, ale które nie mają już żadnej mocy sprawczej ani nawet zdolności pojęcia co się dzieje. Ostatecznie stają się przykładem tej starości i cierpienia, jaką wzgardzili ojciec z synem.) Trzy różne światy myślowe i językowe, świadectwo możliwości rozdarcia człowieka w ostatnim półwieczu. Zofia wyłania się z tej wizji jako bohaterka w sensie dosłownym, tym bardziej znacząca, że nieświadoma swojego heroizmu. Znacznie bardziej przekonująca i ludzka niż Danuta Wałęsa w interpretacji Wajdy, mocniej przemawiająca od masochistycznych męczennic Larsa Triera.
Co ma na myśli Beksińska, kiedy mówi mężowi o istniejącej w jej wyobraźni córeczce? Przygotowując się do własnego pogrzebu i rozmawiając z człowiekiem, któremu mogłaby zarzucić, że zniszczył jej życie? W najlepszej polskiej powieści powojennej, „Kamieniu na kamieniu”, opowiedzianej, tak jak „Ostatnia rodzina” ,w całości w wykorzystaniem żywego języka, budowa grobu staje się środkiem do uporządkowania świata i losu, próbie nadania im sensu za wszelką cenę, nawet jeżeli rzeczywistość oponuje. Nic dziwnego, że po śmierci Zofii cała konstrukcja domu przestaje mieć uzasadnienie, szybko się sypie. Scena odejścia kobiety, z miotającym się bezsilnie Tomaszem (wcześniej w świetnym fragmencie pokazanego jako psychopatycznie wręcz nieczułego na konanie babki) i Zdzisławem wstrzymującym objęcie jednym krótkim gestem, jest właściwie tak znakomita w swojej skrótowości, że stanowi artystyczną kulminację filmu.
Młodszego z Beksińskich w pierwszej połowie produkcji trudno nawet nie tyle polubić, co prostu znieść, z jego ciągłym szamotaniem się i porozumiewaniem się za pomocą jęków, wzdychania i warczenia przez zęby. Pojawiły się także głosy, że interpretacja Ogrodnika zrobiła z Tomasza ofiarę autyzmu (proszę zwrócić uwagę na scenę pierwszego występu radiowego). Jak to ujął przyjaciel i apologeta radiowca, Wiesław Weiss: „Tomek powtarzał, że jest człowiekiem z innej epoki, kiedy pewne odwieczne normy moralne i etyczne były dla ludzi naprawdę ważne. (…) Myślę, że pięćdziesiąt lat temu zwykła przyzwoitość zabroniłaby twórcy zrobić film, który tak bardzo deformuje pokazywane postaci, że musi boleśnie zranić krewnych i przyjaciół tych osób.” Jak naprawdę potrafiło wyglądać stosowanie „norm etycznych i moralnych” w wykonaniu dziennikarza Trójki, opisywano wielokrotnie nawet przed Grzebałkowską. Celem zaś przedsięwzięcia Matuszyńskiego, o wiele bardziej dyskretnie wyrażonym, niż mogłoby się to wydawać, jest także pytanie o to, jakiej moralistyki biograficznej dzisiaj potrzebujemy. Raczej nie takiej w ujęciu konserwatywnego, czytankowego pouczania (polemiczny wiersz Audena Who’s who napisano jeszcze w latach 30 zeszłego wieku), ani hollywoodzkiego lukru, gdzie nieszczęśliwe dzieciństwo czy inne niepowodzenia są tylko niezbędnymi szczeblami do sukcesu albo ostatecznie bohaterskiego męczeństwa. Nie wyłącznie z powodu fałszywego optymizmu, ale także taniości chwytów psychoanalitycznych. Matuszyński umie posługiwać się podtekstami psychologicznymi, stąd biorą się najbardziej udane pomysły w jego filmie. Opowieść o moralnym zwycięstwie udało mu się zawrzeć za pomocą mniej oczywistej bohaterki filmu, w pozostałych przypadkach wybiera meandrowanie. Historia Beksińskich budzi takie emocje, ponieważ podczas jej czytania albo oglądania rzeczywiście można się poczuć jak świadek cudzej kłótni rodzinnej lub kalectwa umysłowego: pojawia się wtedy mieszanina bezradności, zażenowania i i jednoczesnego pragnienia zrobienia czegoś konstruktywnego. Ale łatwych rozwiązań po prostu nie ma.
[1] 2 »
dodajdo

Komentarze

23 XI 2016   15:43:44

Choć filmu nie widziałam, a w twórczości Beksińskiego nie gustuję, artykuł przeczytałam z zainteresowaniem. Dobra rzecz.

24 XI 2016   14:38:11

Znakomicie napisana recenzja; film obejrzałam, wzbudził podobne refleksje, chociaż nie potrafiłabym aż tak analitycznie ująć tematu:) Postać Tomka, z tego co czytam i słyszę wzbudziła najwięcej kontrowersji, nie wiem czy uzasadnionych. Kolega znał osobiście młodego Beksińskiego i twierdzi, że kreacja Ogrodnika absolutnie nie jest przesadzona, może nawet wyważona;). Co do podsumowania, czy rozpacz? Tak. Czy śmieci? Tu bym się nie zgodziła (malarstwo Z.Beksińskiego zmieniło /ukształtowało jakąś część mnie i część ta zdaje mi się perłą , ale to już zupełnie inny temat:) )

25 XI 2016   13:49:15

Dziękuję bardzo za przychylne opinie. Dopowiadając: "śmieci i rozpacz" to bezpośrednie nawiązanie do wersu Barańczaka, gdzie te określenia pełnią określoną funkcję retoryczną. Obrazów malarza nigdy w życiu nie nazwałbym śmieciami, gdybym udosłownić tę metaforę, najlepiej pasowałby chyba rozpoznania Jakuba Majmurka:
"Film można czytać jako swoistą prehistorię porządku widzialności wyznaczanego przez współczesną kulturę narcyzmu zapośredniczonego przez sieci społecznościowe. Wielkie wizualne i dźwiękowe archiwum Zdzisława Beksińskiego, na którym opierali się twórcy i którego wideo-estetykę w wielu scenach film symuluje, można czytać jako przedpotopowego, analogowego, mocno ekshibicjonistycznego facebooka. „Ostatnia rodzina” z bolesnym chłodem pokazuje rozpad i klęskę projektu archiwizacji własnego życia na żywo – do którego w zupełnie innych mediach, niż te, jakimi dysponowali Beksińscy wzywa nas współczesna kultura."

26 XI 2016   14:09:51

Skoro tak, to podejmę dalszą dyskusję;) a właściwie napiszę o dziwnych- dla mnie samej - odczuciach, związanych z tą "archiwizacją własnego życia na żywo". Otóż będąc wrogiem wszelkiego ekshibicjonizmu ( zacytuję tu tekst przyjaciela- Przemka Karpińskiego "i nic o mnie nie znajdziesz w internecie/ i nic o mnie nie znajdziesz w i-pe-enie/ oczywiście mogło być gorzej/mogłem skończyć w ałchanie na rybach/ a w sieci to się można co najwyżej powiesić/i mało kogo to co a wszystkich wali";) ) to w przypadku takich osobowości jak Beksińscy ten projekt zdaje się czymś genialnym, wciągającym; człowiek zaczyna rozumieć nie tylko tę Rodzinę ale i własną i każdą inną. Jest w tych obrazach coś uniwersalnego, podobnie zresztą jak w malarstwie Z.B., wiem, wiem to truizm:)ale w tym przypadku tak jest.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Dobry i Niebrzydki: Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

13 X 2017

Czy androidy śnią o drewnianych koniach? Czy Deckard nadal jest (albo nie jest) replikantem? Czy K replikantem nie jest? Czy bez duszy można sobie nieźle radzić? I czy w ogóle film Denisa Villeneuve’a ma duszę i jak sobie radzi w porównaniu do kultowego klasyka? W kinach sequel słynnego „Blade Runnera” Ridleya Scotta i oczywiście tego tytułu pominąć w naszych dyskusjach nie możemy.

więcej »

Dobry i Niebrzydki: Kobieta na rozdrożu
Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

6 X 2017

Znów wracamy do Ameryki Południowej, znów podejmujemy temat filmowego wizerunku kobiety w męskim świecie. „Jestem Rosa” Laís Bodanzky, ciekawe społeczne kino z Brazylii już na ekranach naszych kin.

więcej »

Nie przegap: Wrzesień 2017
Esensja

30 IX 2017

Dla tych, którzy nie chcą niczego przegapić tradycyjny spis recenzji na koniec miesiąca.

więcej »

Polecamy

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała

Dobry i Niebrzydki:

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Kobieta na rozdrożu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Brokeback Mountain z punktu widzenia owiec
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpowanie uczłowiecza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Klaun – Frajerzy, do przerwy 0:1
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Homonarodowiec czyta Konstytucję
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Szekspir na Pacyfiku
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ferris Bueller kontra Władysław Frasyniuk
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Cezar - szympans, który został Mojżeszem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ucieczka do zwycięstwa
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Do kina marsz: Luty 2017
— Esensja

Porażki i sukcesy 2016, czyli filmowe podsumowanie roku
— Piotr Dobry, Gabriel Krawczyk, Jarosław Robak, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

50 najlepszych filmów 2016 roku
— Esensja

Umieranie
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.