Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 27 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Dobry i Niebrzydki: Małpa musi się pobrudzić

Esensja.pl
Esensja.pl
Piotr Dobry, Konrad Wągrowski
Team Kong czy Team Godzilla? Która małpa rządzi? Kto z ludzi jest najbardziej bezbarwny? No i dlaczego wciąż nie widać genitaliów Konga? Dziś Dobry i Niebrzydki rozmawiają o najnowszym filmowym wcieleniu gigantycznego goryla, czyli obecnej na naszych ekranach „Wyspie Czaszki”.

Jordan Vogt-Roberts
‹Kong: Wyspa Czaszki›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKong: Wyspa Czaszki
Tytuł oryginalnyKong: Skull Island
Dystrybutor Warner Bros
Data premiery10 marca 2017
ReżyseriaJordan Vogt-Roberts
ZdjęciaLarry Fong
Scenariusz
ObsadaTom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman, Corey Hawkins, John Ortiz, Tian Jing
MuzykaHenry Jackman
Rok produkcji2017
Kraj produkcjiUSA, Wietnam
Czas trwania2 min
WWW
Gatunekakcja, fantasy, przygodowy
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Piotr Dobry: Na początek proste pytanie: Team Kong czy Team Godzilla?
Konrad Wągrowski: To nie jest proste pytanie! Bo o czym mówimy? O którym Kongu, którym Godzilli? Przyznam się szczerze, że nigdy nie byłem wielkim fanem klasycznego „King Konga” Meriana C. Coopera z 1933. Owszem, doceniam klasę ówczesnych efektów specjalnych, rozumiem, dlaczego dla ludzi z tamtych czasów (i późniejszych, jak wiemy) mogło być to takie objawienie, odkrycie nowych filmowych światów, ale jednak to jest wielka małpa, która nie wygląda jak małpa i jakoś zawsze to mi się wydawało takie absurdalne, bo przecież gigantyczna małpa nie kojarzy się w ogóle z grozą.
PD: Nie? Dziki goryl jednak nie kojarzy się najprzyjaźniej, pomijając już nawet popkulturę pod postacią „Konga” czy „Planety małp”.
KW: W „Planecie małp” były szympansy…
PD: Cicho, „Goryle we mgle” nie pasują mi do tezy. Zresztą – w całym cyklu były nie tylko szympansy. Pomijając, że taki Koba nie należał do przyjemniaczków. Ale zostawmy to na dyskusję o „Wojnie o planetę małp”.
KW: Ale ja mówiłem o tej klasycznej „Planecie”, z Charltonem Hestonem i Statuą Wolności. Wracając do naszych goryli… Z wersji produkowanej przez Dino De Laurentiisa pamiętam tylko tyle, że Kong się wspinał na Twin Towers. Ale, o dziwo, wersja Jacksona przypadła mi do gustu – była efektowna, uwspółcześniona, lecz zrobiona z sercem i miłością dla dawnej magii pierwowzoru.
PD: Tak, tam się dało wyczuć podejście profesjonalisty i oddanego fana w jednej osobie. Był to przecież zarówno osobny twór, jak i film o filmie, piękny hołd wystylizowany na lata 30., ale i z lekkim zacięciem pastiszowym.
KW: Jeśli zaś chodzi o japońskie kaijū, to mają swój niekwestionowany urok retro, ale zestarzały się już, nomen omen, potwornie. Oglądam sobie czasem dla uśmiechu. Ale i tak to o wiele, wiele przyjemniejsze doznanie niż okropna „Godzilla” Emmericha…
PD: Wiesz, nieśmiało wtrącę, że zadałem pierwsze pytanie po to, że mnie się zrebootowany „Kong”, mimo licznych zastrzeżeń, podobał dużo bardziej niż „Godzilla” Garetha Edwardsa. Przynajmniej się nie nudziłem.
KW: Aha, kumam, chodzi o porównanie dwóch ostatnich wcieleń? Mogłeś wcześniej przerwać mi mój wywód… No dobra, masz rację, „Godzilla” Edwardsa miała swoje dłużyzny i wyjątkowo miałkich ludzkich bohaterów, ale doceniam to, co pięknie u nas podkreślił w swej recenzji Grzesiek Fortuna – że twórcy wykazali się doskonałym zrozumieniem, kim/czym naprawdę jest Godzilla, i jak należy go pokazać (czego kompletnie nie pojął Emmerich w swym pustym, nudnym i bezdusznym filmie). To samo można powiedzieć jednak o twórcach nowego Konga – że interesuje ich jego legendarny status – choć moim zdaniem Jackson zrobił to lepiej. Ale przynajmniej mamy tu dobre wprowadzenie do tej historii, niezłe tempo, kilka całkiem przyzwoicie nakreślonych ludzkich postaci, choć oczywiście nie jest to film bez wad.
Rok 1933
Rok 1933
PD: Największa wada to chyba protagoniści (przynajmniej wedle hierarchii w napisach) w osobach Brie Larson i Toma Hiddlestona. Dawno nie oglądałem w kinie tak ładnej, a zarazem tak bezbarwnej pary. Lepsze wrażenie robił drugi plan, choć chyba jednak żołnierzy z „osobistą historią” było nieco przydużo. Rozgryzłeś w ogóle, czemu miał służyć wątek Toby’ego Kebbella? Walkę Konga z ośmiornicą dałoby się pokazać i bez niego…
KW: Ano. Gdy Jack Chapman zginął dramatycznie, zacząłem się zastanawiać, czy było to wydarzenie, którym powinienem się jakoś przejąć, bo obeszło mnie tyle, co i śmierci innych żołnierzy. Czyli niewiele. A tu od razu też cała samobójcza misja ratunkowa. I trochę rzeczywiście te historie żołnierzy się ze sobą mieszały i gubiłem się w tym, po kim mam płakać, a kto jest typowym redshirtem. I w efekcie wszyscy wyglądali na materiał z założenia do odstrzału.
PD: Że oni, to jeszcze, ale tu również cały pierwszy plan tak wyglądał.
Rok 1976
Rok 1976
KW: Co do Toma Hiddlestona, to w połowie filmu zacząłem się na serio zastanawiać, po co w ogóle wprowadzono jego postać, ale potem na szczęście mógł się odrobinę pokazać. A Brie Larson była tu tylko dla podtrzymania tradycji, że Kong jest czuły dla jakiejś ładnej blondynki, i miała bardzo niewiele do zagrania (a mówimy o świeżej laureatce Oscara!). Ale masz też rację, że oboje wyglądają bardzo ładnie. Tom Hiddleston po raz pierwszy nie sprawia wrażenia hipstera, a Brie Larson bardzo dobrze prezentuje się w swym stroju. I w sumie pewnie o to chodziło. Choć Naomi Watts w „Kongu” Jacksona pokazała, że można zagrać w filmie o wielkiej małpie kobiecą bohaterkę, która będzie potrafiła dać się zapamiętać.
PD: Naomi Watts jako Ann Darrow to chyba w ogóle najlepsza rola w całej Kongowej franczyzie.
KW: Ale i tak Larson i Hiddleston to zupełnie małe piwo w porównaniu ze zmarnowaniem postaci Johna Goodmana.
PD: A zauważyłeś, że on grał tu podobnego maniaka od teorii spiskowych, co w „Cloverfield Lane"? Nawet miał identyczną linijkę, że od trzydziestu lat próbuje udowodnić, że potwory istnieją. To było kapitalne.
KW: Szkoda, że tak mało i tak krótko. No i para naukowców – w sumie zapomniałem o ich istnieniu w filmie w trakcie oczekiwania na scenę po napisach.
PD: Jeśli mówisz o parze granej przez Coreya Hawkinsa i Tian Jing, to mnie się wryli w pamięć bardziej niż Larson i Hiddleston.
KW: Ale w sumie czym? Bo uzasadnieniem dla obecności Tian Jing była chyba promocja filmu w Chinach.
PD: Mówiła jakąś kwestię, a potem wyraźnie mieli się ku sobie z Hawkinsem. A dzięki niemu – lub przez niego, jak kto woli – cała wyprawa się odbyła. Jasne, nie mieli dużo do grania, ale w sumie kto miał? Hawkins i tak niespodziewanie wyrósł po drodze na „większą” postać niż Goodman.
Swoją drogą, to ciekawe, że choć w filmie nie ma postaci jednoznacznie negatywnej, nawet Samuel L. Jackson gra po prostu kolejne wcielenie Ahaba, to trudno kibicować komuś poza Kongiem. W zasadzie mógłbym założyć koszulkę „Nie płakałem po…” z wpisanym kimkolwiek.
Rok 2005
Rok 2005
KW: Co do Samuela Jacksona, to jednak jestem skłonny uznać go za bad guya. Takiego – przy zachowaniu proporcji – jak Tom Berenger w „Plutonie” czy Stephen Lang w „Avatarze”. Żołnierz, którego widz z początku ceni za profesjonalne podejście i bycie „cool”, ale który w końcu odsłania swe prawdziwe oblicze ogarniętego obsesją wojny wojskowego psychopaty.
PD: Z tym że Tom Berenger w „Plutonie” i Lang w „Avatarze” mordowali całe plemiona „obcych”, a nawet zabijali swoich.
KW: Nie od razu. Berenger przecież ratuje Charliego Sheena i wygląda na porządnego gościa.
PD: No nie od razu. Ale Jackson przecież nawet w momencie największej szajby jedynie rani Konga w odwecie…
KW: No daj spokój, po prostu nie zdążył zrobić więcej.
PD: Okej, to oczywiście kawał zimnego skurczybyka, ale nawet przy zachowaniu proporcji nie widzę tu prostej analogii do tamtych psycholi.
KW: A kibicowałem oczywiście Johnowi C. Reilly’emu, z sympatią zapatrując się na to, że po kilku dekadach grania ośmieszanych, naiwnych zdradzanych mężów wreszcie może pokazać się w innej roli…
PD: …ośmieszanego, naiwnego Robinsona, parodii Kurtza. Też mi odmiana.
KW: No bez jaj, może i naiwny, ale przynajmniej szatkujący potwory mieczem samurajskim. A to naprawdę brzmi lepiej niż bycie zdradzanym przez Renée Zellweger. Miałem tylko zgrzyt z tym jego japońskim przyjacielem, którego w filmie nie było. Bo wyglądało jak cholera na to, że miał być, tylko na jakimś etapie produkcji wyleciał.
PD: No właśnie, spokojnie mogli go pokazać także poza prologiem, na przykład kosztem któregoś żołnierza. Ale mnie bardziej zgrzytało zawiązanie tego wątku japońsko-amerykańskiego – że akurat oni dwaj się katapultowali w pobliżu Wyspy Czaszek, zaczęli ze sobą walczyć, pogodził ich Kong… Ech, rozumiem konwencję, ale to było po prostu infantylne w sposób niedający się usprawiedliwić „kinem nowej przygody”.
Rok 2017
Rok 2017
KW: Ja jestem w stanie zrozumieć sytuację, gdy dwóch pilotów w zażartej walce traci głowy i zapędza się w nieznane okolice. A twórcy potrzebowali jakiegoś autochtona, który poopowiada o swej przybranej ojczyźnie… Ale gdy robi się zajawkę nawiązującą do „Piekła na Pacyfiku” z Lee Marvinem i Toshiro Mifunem, a potem całkowicie rezygnuje z pomysłu, to słabo to wygląda.
PD: No dobrze, jak na razie głównie narzekamy, a przecież nam obu film się zasadniczo podobał. Przejdźmy zatem do atutów. Efekty specjalne są spektakularne nawet jak na dzisiejsze wysokie standardy. Nie widziałem jeszcze w kinie tak realistycznie pokazanych starć gigantów wykreowanych na komputerze. Rewelacja. Ktoś błyskotliwie zauważył, bodaj na fanpejdżu „Filmy, na których bawisz się jak prosię”, że „Wyspa Czaszki” to jest „Gran Torino” filmów o potworach, historia twardziela, któremu wbijasz się na kwadrat, a on robi z tobą porządek – tu akurat przy pomocy drzew, nie shotguna.
KW: Ładnie ujęte. Swoją drogą, czekając na scenę końcową i przez kilkanaście minut czytając te nieszczęsne napisy, zwróciłem uwagę, jak ogromna armia ekspertów od filmu i gier wideo pracowała nad efektami wizualnymi. To się czuje – bo walki z udziałem Konga wypadają bardzo ładnie, a momentami są uroczo obrzydliwe. Ale jak się małpa tłucze z megajaszczurami i gigaośmiornicami, to musi się pobrudzić. No i dodałbym, o czym już wspomniałem, całkiem dobrze zrobione wprowadzenie do tej całej historii – pierwsze kilkanaście minut jest dobrze zmontowane, nienużące, jakoś tam sensownie wprowadzające w treść. Szkoda tylko, że przecież doskonale wiemy, kogo ekipa spotka na wyspie i nie może być tu żadnego zaskoczenia… Ech, gdzie te czasy, gdy oglądałem „Predatora”, myśląc, że to takie kolejne „Commando”, zupełnie nie spodziewając się, że pojawi się w filmie kosmita…
PD: To ja wzdychałem za czymś innym. „King Kong” to zawsze była dla mnie przede wszystkim piękna love story. I mówię tu zarówno o klasyku Coopera, jak i remake’u Jacksona, a po części także o wersji z Jessiką Lange. Tego motywu Pięknej i Bestii jednak mi w „Wyspie Czaszek” zabrakło – i to nie jest tak, jak niektórzy utrzymują, że tu się nie dało, bo jak najbardziej się dało, są przecież sceny z potencjałem romantycznym, choćby Kong ratujący dziewczynę i chroniący ją w zaciśniętej pięści podczas walki z jaszczurem.
...kontra Godzilla (1962)
...kontra Godzilla (1962)
KW: A ja tu przyznam, że do szczęścia wcale tej love story nie potrzebowałem. Tyle już razy to przerabialiśmy! I nawet mnie scena z ratowaniem blondynki przez małpę zirytowała, bo była tak na siłę wpleciona w fabułę, by tradycji stało się zadość. A przecież były już Kongi bez ratowanych dziewczyn! Na przykład „Syn Konga"… No, może zły przykład. Ale czy naprawdę zawsze małpa musi zakochiwać się w kobiecie? Nie może w innej małpie, jak w „Synu Konga"? No, może znów zły przykład…
PD: Jasne, że nie musi zakochiwać się w kobiecie! Po cichu liczyłem na to, że twórcy pójdą z duchem czasu i Kong się zadurzy w Hiddlestonie. Przynajmniej do czegoś by się ów przydał.
KW: A ja liczyłem, że wreszcie pokażą genitalia Konga! A tu nic, istota bezpłciowa. Tyłek też elegancko zarośnięty, ale to chyba się broni, bo zdaje się, że goryle akurat nie mają takich nagich pośladków, jak choćby szympansy czy orangutany (uwielbiam krytykę filmową, można w niej snuć tak interesujące wywody).
PD: Motyw tyłka przypomniał mi o jeszcze jednej małpie z horroru – morderczym pawianie z „Shakmy”. Cudne kino, gdy masz te dziesięć lat. O, jeszcze „Pierwotna siła” z Ronem Perlmanem, tam była cała wyspa złych pawianów. A „Małpia intryga” Romero? Tu już niby urocza kapucynka, a jaka wredna! Tak więc dorzucam te przykłady do tezy, że małpa i horror jednak jakoś się komponują, przynajmniej bardziej niż, dajmy na to, owca i horror (tak, pamiętam „Czarną owcę”).
Natomiast zarzutu, że już tyle razy przerabialiśmy małpio-ludzkie figle, nie kupuję, bo walki Konga z gadami też już wielokrotnie przerabialiśmy, podobnie jak te wszystkie motywy proekologiczne i antywojenne. Mówimy wszak o filmie złożonym praktycznie z samych klisz. Choć trzeba mu oddać sprawiedliwość, że o ile odgrzewanie po raz n-ty „Czasu apokalipsy” może drażnić, o tyle przesłanka, że niektórzy potrzebują wojny jak tlenu (Jacksonowi cała misja pozwala przecież odżyć po rozczarowaniu Wietnamem), wypada całkiem przekonująco w kontekście dzisiejszej geopolityki.
Mechani-Kong (1967)
Mechani-Kong (1967)
KW: Wydaje mi się, że tu zwyczajnie nie było tu ambicji, by poruszać głębiej jakiekolwiek poważniejsze tematy dotyczące wojny czy ekologii. Jeśli coś wpadło, to raczej przypadkiem, jako część zestawu obowiązkowego amerykańskiego blockbustera.
PD: Jasne, to w dużej mierze taki „programowy” hollywoodzki liberalizm półgębkiem. Niemniej jest tu też kilka fajnych pomysłów inscenizacyjnych, jak choćby ten z akcją oglądaną z perspektywy figurki Nixona przymocowanej do kokpitu helikoptera. Vogt-Roberts stanowi zresztą kolejne potwierdzenie, że w superprodukcjach za zyliony baksów świetnie odnajdują się spece od kina niezależnego.
KW: A to już jest ugruntowany trend. Z zyskiem dla gatunku. Bo tak w sumie sobie narzekamy, ale bawiliśmy się na filmie całkiem dobrze, nie? Bo i film, mimo wad, jest potwierdzeniem, że monster movies przeżywają dziś drugą młodość, robione są przez twórców utalentowanych, którzy nie tylko mają niesztampowe pomysły inscenizacyjne, ale też znają i kochają klasykę gatunku, podchodzą do niej z szacunkiem i potrafią umiejętnie do niej nawiązać, delikatnie mrugając do widza, ale nie popadając w parodię. Pamiętajmy przy tym, że ten „Kong” prowadzi nas w kierunku remake’u „King Kong kontra Godzilla” z 1962 roku, filmu symbolicznie ukazującego japońsko-amerykańską rywalizację ekonomiczną. Ciekawe, czy będzie w nowej wersji jakieś drugie dno? Dziś to jednak powinna być rywalizacja amerykańsko-chińska…
PD: Właśnie – po scenie po napisach nabrałeś ochoty na MonsterVerse?
KW: Kurczę, wiesz, że byłem jedynym widzem w kinie, który zaczekał do końca napisów?
PD: Wierzę, bo ja też. Mimo że byłem jednym ze starszych widzów na sali. Co ta dzisiejsza młodzież, to ja nie wiem.
KW: Oczywiście, już nieco wcześniej wiedziałem, że będzie powiązanie z „Godzillą”, więc sama scena mnie nie zaskoczyła. Kto tam był na tych obrazkach? Godzilla, zdaje się wielka ćma Mothra, widziałem też chyba trójgłową Gidorę (znaną też jako Król Ghidorah).
PD: Jeszcze Rodan, znany również jako Ptak Śmierci.
KW: Seria idzie więc mocno w kierunku japońskiej klasyki, co może być fajne, jeśli weźmie się za nią ktoś z szacunkiem dla owej klasyki i umiejętnością sprawnego łączenia patosu i przymrużeń oka. Bylebyśmy tylko nie skończyli na jakiejś nowej wersji „Ucieczki King Konga” (1967), w której Kong walczył ze swoją wielką blaszaną wersją, Mechani-Kongiem… To chyba byłaby dziś jednak przesada.
PD: Nie jestem pewien, czy w dzisiejszych czasach należałoby to uznać za przesadę. Przy tych wszystkich rozrastających się uniwersach i multiwersach jeszcze doczekamy się Konga walczącego z Hulkiem czy Transfomerem. Albo nawet z gigantyczną Księżniczką Disneya. Zobaczysz.
koniec
24 marca 2017
dodajdo

Komentarze

24 III 2017   11:36:45

"W „Planecie małp” były szympansy…" - były szympansy, goryle i orangutany

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Dobry i Niebrzydki: Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

23 VI 2017

Sonia Braga, wielka gwiazda brazylijskiego kina, bryluje w poetyckim i społecznie zaangażowanym „Aquariusie”, walcząc samotnie z dzikim kapitalizmem i pokazując uroki seksu po sześćdziesiątce. Z okazji polskiej premiery o filmie rozmawiają Piotr Dobry i Konrad Wągrowski.

więcej »

Dobry i Niebrzydki: Superheroina nie z „Playboya”
Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

16 VI 2017

Czy kobieta uratuje uniwersum DC? Czy mężczyźni są potrzebni Amazonkom? Czy udało się odejść od Snyderowskiego zadęcia? I jak w ogóle w tym wszystkim odnalazła się Gal Gadot? Dziś rozmawiamy o „Wonder Woman” Patty Jenkins.

więcej »

Dobry i Niebrzydki: Oliver Twist i wybuchające siusiaki
Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

9 VI 2017

Czy film, który zaczyna się od tego, że dziewięcioletni chłopiec zabija przypadkowo swą matkę-alkoholiczkę, to dobra propozycja na seans z dzieckiem? Dziś rozmawiamy o wielokrotnie nagradzanej i nominowanej do Oscara animacji „Nazywam się Cukinia”, którą od piątku można zobaczyć na ekranach (nielicznych) polskich kin.

więcej »

Polecamy

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce

Dobry i Niebrzydki:

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Marzec 2017 (3)
— Piotr Dobry, Marcin Osuch, Jarosław Robak

Do kina marsz: Marzec 2017
— Esensja

Z tego cyklu

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Esensja czyta dymki: Kwiecień 2017
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Kwiecień 2017 (1)
— Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Gabriel Krawczyk, Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Marzec 2017
— Dawid Kantor, Daniel Markiewicz, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Marzec 2017 (4)
— Piotr Dobry, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja ogląda: Marzec 2017 (3)
— Piotr Dobry, Marcin Osuch, Jarosław Robak

Piosenki Wojciecha Młynarskiego
— Przemysław Ciura, Wojciech Gołąbowski, Adam Kordaś, Marcin T.P. Łuczyński, Konrad Wągrowski

Prawdziwe życie Luke’a Skywalkera
— Konrad Wągrowski

Noga i jej chłopiec
— Konrad Wągrowski

Poetycka makabreska
— Konrad Wągrowski

Wampiry w kosmosie
— Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.