Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Światła na scenę: Diamentowy pocisk

Esensja.pl
Esensja.pl
Długa podróż w górę rzeki na pokładzie wojskowej łodzi z dossier niezwykłego człowieka w ręku. Wokół wojna, chaos, szaleństwo. Co krok najrozmaitsi wariaci z krwią na rękach. Cel podróży – odnalezienie tego człowieka. Po drodze dwa problemy: po pierwsze – facet kryje się głęboko w dżungli, za liniami wroga. Po drugie – to wariat z krwią na rękach. Trzeba go jakoś odróżnić od reszty.

Dyskutujemy o nich, przeżywamy, wspominamy, raz po raz wracamy do dawnych filmów właśnie dla nich. Dla konkretnych scen. Zadziorne dialogi, efektowne ujęcia, przejmujące aktorskie kreacje, prześmieszne gagi. Wzruszające, przerażające, pobudzające do refleksji. Niezapomniane. Poprosimy światła na kolejną scenę.

Francis Ford Coppola
‹Czas Apokalipsy: Powrót›

WASZ EKSTRAKT:
100,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCzas Apokalipsy: Powrót
Tytuł oryginalnyApocalypse Now Redux
Dystrybutor Kino Świat
Data premiery11 lipca 2003
ReżyseriaFrancis Ford Coppola
ZdjęciaVittorio Storaro
Scenariusz
ObsadaScott Glenn, Robert Duvall, Harrison Ford, Laurence Fishburne, Martin Sheen, Marlon Brando, Dennis Hopper
MuzykaFrancis Ford Coppola, Carmine Coppola, Mickey Hart
Rok produkcji1979
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania202 min
Gatunekdramat, wojenny
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Kapitan Willard bardzo powoli, z maczetą w ręku i maskującym błotem na twarzy, skrada się do wnętrza starej, zanurzonej w kambodżańskiej dżungli budowli, w której mieszka pułkownik Walter Kurtz. Słyszy, jak ten mówi do mikrofonu swojej radiostacji, nadając nielegalną audycję do każdego, kto chce słuchać: „Każą naszym chłopcom zrzucać na ludzi ogień, ale nie pozwolą im umieścić na kadłubach samolotów słowa »pierdolić«, bo jest to obsceniczne”. Chwilę później stają ze sobą twarzą w twarz i Willard szlachtuje Kurtza. Zadaje brutalne ciosy, jeden za drugim. Pułkownik umiera, leżąc na podłodze. Sił mu wystarcza tylko na to, by patrząc już w wieczność, mamrotać: zgroza, zgroza.
Ta scena to kulminacja bardzo długiego filmowego obrazu – w zasadzie dziś już kultowego – pod tytułem „Czas apokalipsy” w reżyserii Francisa Forda Coppoli, z Martinem Sheenem i Marlonem Brando w rolach głównych. Za każdym razem, gdy czytam jakąś recenzję czy tekst o innym charakterze dotyczący tego filmu, niemal zawsze, w dziewięciu przypadkach na dziesięć, prędzej czy później natrafię na stwierdzenie, że to opowieść o tym, co się dzieje, gdy człowiek uwierzy, że jest Bogiem.
Otóż guzik prawda. Ten film rzeczywiście to pokazuje, tak jak pokazuje chociażby – że sięgnę po wyświechtany frazes – okropności wojny. Ale opowiada o czymś innym. O czymś zupełnie innym.
• • •
Użycie przez żołnierzy niemieckich w czasie II wojny światowej cyklonu B w obozach zagłady miało dwie przyczyny. Pierwsza była czysto ekonomiczna: przy tak dużej ilości ludzi przewidzianych do uśmiercenia rozstrzeliwania stały się zbyt kosztowne. Należało znaleźć inny sposób likwidowania podludzi – taki, który nie wymagał zużywania amunicji, tak potrzebnej dzielnym niemieckim żołnierzom na wielu frontach.
Ale była też inna przyczyna, którą dobrze opisuje pewne zdarzenie. Swego czasu Reichsführer SS Heinrich Himmler wizytował obozy zagłady, przeprowadzając ich inspekcję. W jednym z nich był świadkiem masowego rozstrzelania, widział żołnierzy mordujących matki trzymające w objęciach niemowlęta, widział, jak raniona kobieta, wrzeszcząc histerycznie, próbuje się wygrzebać spod innych trupów i wyczołgać z wielkiego dołu, do którego padały po egzekucji.
Potem bardzo sobie wyrzucał swoje zachowanie, kpiąc z samego siebie słowami: „Zachowałem się jak intelektualista”. Bo nie wytrzymał tego widoku. Odbiegł szybko gdzieś na bok, wymiotując. Wtedy właśnie przypadł do niego komendant wizytowanego obozu, chwycił mocno za ramię i powiedział: „Herr Reichsführer! Proszę spojrzeć w oczy tych żołnierzy! Proszę zobaczyć, jak są wstrząśnięci! Jakich ludzi tu wychowujemy? Kryminalistów i zboczeńców!”.
• • •
W jednym z pierwszych odcinków znakomitego wojennego serialu „Kompania braci” można odnaleźć scenę ataku kilku plutonów kompanii „E” na ukryte przeciwlotnicze działa. Ponieważ były one dość dobrze chronione, oddział natrafił na zaciekły opór, na deszcz pocisków wystrzeliwanych z ciężkich karabinów maszynowych. Dwóch czołgających się żołnierzy, kuląc się i płaszcząc na ziemi, naradzało się nad dalszym planem akcji, z konieczności krzykiem próbując przebić się przez huk wystrzałów. Rozmowę przerwali dosłownie w pół słowa, gdy jeden z nich został trafiony w głowę. Rozległ się głośny brzęk hełmu trafionego pociskiem. Jeden mężczyzna znieruchomiał, a drugi po prostu odczołgał się gdzieś na bok.
• • •
W Sienkiewiczowskim „Potopie” znajdziemy opis sceny, kiedy to pan Kmicic, znany konfederatom jako Babinicz, wyprawia się wraz z oddanymi pod jego komendę Tatarami na tyły szwedzkiej armii, by tam „kąsać” wroga podjazdami. Dociera daleko, aż do Prus elektorskich:
W tydzień później przedostał się pan Kmicic w granice Prus elektorskich pod Rajgrodem. Przyszło mu to dość łatwo, gdyż przed samym odejściem pana hetmana polnego zapadł w lasy tak skrycie, iż Duglas był pewien, że i jego wataha pociągnęła razem z całą dywizją tatarsko-litewską pod Warszawę, i małe tylko załogi po zameczkach do obrony tych stron zostawił.
[…] Za czym, nie mogąc wywrzeć zemsty za krzywdy Rzeczypospolitej i swoje na osobie zdrajcy, wywarł ją w straszliwy sposób na posiadłościach elektorskich.
Tej samej nocy jeszcze, w której Tatarzy minęli słup graniczny, niebo zaczerwieniło się łunami, rozległy się wrzaski i płacz ludzi deptanych stopą wojny. Kto polską mową o litość umiał prosić, ten z rozkazu wodza był oszczędzany, ale natomiast niemieckie osady, kolonie, wsie i miasteczka zmieniały się w rzekę ognia, a przerażony mieszkaniec szedł pod nóż.
I nie tak prędko oliwa rozlewa się po morzu, gdy ją żeglarze dla uspokojenia fal wyleją, jak rozlał się ów czambuł Tatarów i wolentarzy po spokojnych i ubezpieczonych dotąd stronach. Zdawało się, iż każdy Tatar umiał się dwoić i troić, być naraz w kilku miejscach, palić, ścinać. Nie oszczędzano nawet łanów zbożowych, nawet drzew w sadach.
Tyle przecież czasu trzymał pan Kmicic na smyczy swych Tatarów, że wreszcie, gdy ich puścił na kształt stada drapieżnych ptaków, prawie zapamiętali się wśród rzezi i zniszczenia. Jeden przesadzał się nad drugiego, a że jasyru brać nie mogli, więc pławili się od rana do wieczora we krwi ludzkiej.
Sam pan Kmicic, mając w sercu niemało dzikości, dał jej folgę zupełną i choć własnych rąk we krwi bezbronnych nie walał, przecie patrzył z zadowoleniem na płynącą. Na duszy zasię był spokojny i sumienie nic mu nie wyrzucało, bo była to krew niepolska i w dodatku heretycka, więc nawet sądził, że miłą rzecz Bogu, a zwłaszcza świętym Pańskim czyni.
Przecie elektor, lennik, zatem sługa Rzeczypospolitej z dobrodziejstw jej żyjący, pierwszy podniósł świętokradzką rękę na swą królową i panią, więc należała mu się kara, więc pan Kmicic był tylko narzędziem gniewu bożego.
Dlatego co wieczora spokojnie odmawiał różaniec przy blasku płonących osad niemieckich, a gdy krzyki mordowanych zmyliły mu rachunek, tedy zaczynał od początku, aby duszy grzechem niedbalstwa w służbie bożej nie obciążyć.
• • •
Kurtz wysiadł z łodzi. Odłączył się od całego pieprzonego programu. Jak to się stało? Co takiego zobaczył podczas tamtej pierwszej tury służby?
Te powyższe akapity można by wydłużyć w znacznie obszerniejszą listę, choć to zbyteczne, ponieważ płynąca z nich konkluzja – taka mianowicie, że wojna zmienia człowieka – jest dość oczywista. Refleksja na temat tej przemiany człowieka, tej osobliwej, wojennej metanoi umysłów prowadzącej do zobojętnienia, do bezduszności i beznamiętności, to jeden z najczęstszych motywów obecnych w sztuce, nawet jeśli pojawia się przy okazji innych rozważań, niejako w ich tle.
Problem pojawia się, gdy owa zmiana następuje po obu stronach. Kiedy skutki użycia normalnych, standardowych – jakkolwiek to zabrzmi – metod prowadzenia walki przestają robić na kimkolwiek wrażenie. Zaczyna rosnąć popyt na terror, na zbrodnie. Na wyrafinowanie w zadawaniu bólu, w zastraszaniu. I nagle przed tak zwanym cywilizowanym żołnierzem, takim, którego obowiązuje konwencja genewska, który wyrósł w kulturze potępiającej pewne praktyki, w środowisku, które wykształciło i wypełniło treścią pojęcia humanitarności i praw człowieka, staje konieczność podjęcia dramatycznej decyzji i udzielenia odpowiedzi na pytania: Co jestem gotów zrobić? Jak daleko się posunę? Co mam zrobić, gdy walczę z wrogiem, którego nie sposób pokonać ani zastraszyć normalnymi metodami? Mam się poddać w imię humanizmu? Unieść ręce i powiedzieć: „Nie, to nie dla mnie, ja tego nie umiem, nie potrafię się zmusić, nie piszę się na to”? A co, jeśli ta decyzja zabije we mnie człowieka? Co, jeśli się skutecznie zmuszę i pokonam wroga, ale stanie się to kosztem mojej psychiki? Mojej osobowości? Kiedy przywyknę do takich zbrodni, do takich czynów, że nie będzie już dla mnie miejsca w moim domu, w kraju, którego bronię. Wśród normalnych ludzi.
Poszliśmy do obozu, by zaszczepić kilkoro dzieci. Opuściliśmy obóz po tym, jak zaszczepiliśmy dzieci przeciwko polio, i wtedy ten stary człowiek pobiegł za nami, płakał, nie mógł mówić. Więc wróciliśmy tam. A oni przyszli i odrąbali każde zaszczepione ramię. Tam były, na kupce, stosie małych rączek. I pamiętam, ja… ja… ja płakałem, szlochałem jak jakaś babcia. Chciałem sobie wydrzeć zęby, sam nie wiedziałem, co chcę zrobić. I chcę to pamiętać, nie chcę tego nigdy zapomnieć. Nie chcę nigdy zapomnieć. I wtedy sobie uświadomiłem, jakby mnie trafił… jakby mnie trafił diament, diamentowy pocisk prosto w czoło, pomyślałem sobie: mój Boże, geniusz tego, geniusz, wola, by to zrobić, doskonała, prawdziwa, kompletna, krystaliczna, czysta. I wtedy sobie uświadomiłem, że oni byli mocniejsi ode mnie, bo potrafili to znieść. To nie były potwory. To byli ludzie, wyszkolone kadry. Ludzie, którzy walczyli z sercem, mieli rodziny, dzieci, byli przepełnieni miłością, a mieli siłę, siłę, by zrobić coś takiego. Gdybym miał dziesięć dywizji takich ludzi, nasze problemy tutaj skończyłyby się bardzo szybko. Musisz mieć ludzi, którzy są moralni i jednocześnie zdolni do tego, by spożytkować swoje prymitywne instynkty, by zabijać bez uczuć, bez pasji, bez osądu. Bez osądu. Bo to właśnie osąd nas pokonuje.
Jak pokonać takiego wroga? Jak się pozbyć „osądu”? Czy jest to możliwe bez „wysiadki z łodzi”? „Czas apokalipsy” opowiada właśnie o tym. O tym, że naprzeciwko naszemu światu, naszemu domowi, a bywa, że całej cywilizacji, powstaje czasem wróg tak bezwzględny, że nie sposób go pokonać normalnymi środkami. Że czasem żołnierz musi swoją psychikę, swój system wartości i zasad, swój ogląd świata zmienić w „jądro ciemności” (to chyba dobre miejsce, by przywołać tytuł książki Josepha Conrada, na motywach której powstał „Czas apokalipsy”), ryzykując, że stamtąd już nie wróci. Zrobić to, co musi być zrobione „bez osądu”. I jeśli przez to utraci „cnotę”, nie wolno mu wracać między swoich. Nie wolno mu zanieść między nich swojego odmienionego spojrzenia, swojego zatrutego serca, swojej ogarniętej przez mrok duszy.
Opisywana scena właśnie tę myśl wyraża. Kurtz, ten okrutny, beznamiętny Kurtz, żyjący pomiędzy wielbiącymi go ludźmi, władca panujący pośród smrodu leżących na każdym kroku trupów, „twardy skurwysyn”, który przerwał swą błyskotliwą wojskową karierę na szczytach hierarchii, by przejść forsowny, morderczy trening w oddziałach sił specjalnych – tenże Kurtz jest ofiarą. Żołnierzem, który składa sam siebie w ofierze. Ta myśl jest bardzo czytelna dzięki przepleceniu obrazów egzekucji dokonywanej przez Willarda ze sceną szlachtowania ofiarnego wołu. Ciosy maczet dosięgają zwierzę – zarówno to uwiązane u palika, jak i zezwierzęconego człowieka siedzącego przy maszynie do pisania. Człowieka, który z pełną premedytacją, dla wyższego celu wykorzystał swoje prymitywne instynkty, by stoczyć własną wojnę w obronie wartości, które wyznawał. Pozycja guru czy wręcz boga była dlań tylko narzędziem, owocem jego charyzmy i bezwzględności, które są wszak cechami boskości. W żadnym razie nie była celem. Kurtz nie chciał sprawować swej władzy dla niej samej. Chciał skutecznie walczyć z wrogiem zdolnym do tego, by okaleczyć małe dzieci za to, że zostały zaszczepione przez przeciwnika. Z wrogiem zdolnym do bezwzględności w każdej sytuacji, nawet dla celów czysto demonstracyjnych. Dla demonstracji woli i siły.
Nade wszystko Kurtz chciał, by ktoś go zrozumiał i stanął po jego stronie. Bezwzględnie likwidował wszystkich nasłanych nań zabójców, ponieważ ci nie pojmowali jego myślenia, nawet się nie starali. Traktowali go jak wariata, gdy tymczasem on myślał trzeźwo i jasno. Uważał, że wnioski, do których owo myślenie go prowadziło, były nieuchronne, pojawiały się nieubłaganie bez względu na to, jak brzydki i przerażający miały wydźwięk. I że były problematyczne dla armii, ponieważ nie przystawały do funkcjonującego w niej, usankcjonowanego na wysokich szczeblach hierarchii fałszu. „Każą naszym chłopcom zrzucać na ludzi ogień, ale nie pozwolą im umieścić na kadłubach samolotów słowa »pierdolić«, bo jest to obsceniczne”.
I właśnie dlatego oszczędził Willarda. Dostrzegł w nim bratnią duszę. Kogoś, kto dokona nie egzekucji, lecz ofiary. Pozwoli jemu, zasłużonemu pułkownikowi, odrzuconemu przez swoich za sprzeciw wobec zachowywania reguł narzucanych przez hipokryzję, umrzeć godnie, po żołniersku, z właściwych powodów. Nie tych, którymi kierowała się armia. Nie tych kompletnie absurdalnych dla każdego, kto – jak Willard – miał za sobą podróż w górę rzeki, do miejsca, gdzie żołnierz zapytany: „Kto tu dowodzi?” odpowiada pytaniem: „Nie pan?”.
Kurtz był gotów na ofiarę całopalną. Wiedział, że ludzie, których ukształtował, których zmienił w maszynę wojenną znieczuloną na ludzki ból i widok okrucieństwa, nie mogą wrócić pomiędzy normalnych ludzi. Zupełnie jak ci żołnierze z batalionów obozowych SS, znieprawieni do stopnia wręcz toksycznego. Dlatego pozostawił w swoim maszynopisie skreślone czerwienią słowa: „Zrzućcie bombę, zabijcie ich wszystkich”. W świecie nie było już miejsca dla jego wychowanków, dla ludzi idących przez życie „bez osądu”. Dla ludzi, którzy od czasu do czasu, spoglądając we własną przeszłość, widzą to, co umierający Kurtz.
Zgrozę.
koniec
18 września 2008
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Mózgi, świeże mózgi
Jarosław Loretz

20 XI 2017

Otóż nie. Dzisiejszy odcinek wcale nie będzie o zombie.

więcej »

Dobry i Niebrzydki: Czeska babcia w roli Kaja
Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

17 XI 2017

Tydzień temu rozmawialiśmy o włoskim kandydacie do Oscara, dziś czas na czeską propozycję do tej nagrody. Zostało nam więc do omówienia jeszcze około 90 filmów zgłoszonych jako krajowe propozycje do nagrody Akademii Filmowej. A na dziś – „Kobieta z lodu” Bohdana Slamy.

więcej »

Z filmu wyjęte: Przenośny karmnik
Jarosław Loretz

13 XI 2017

Ponoć najlepszym zabezpieczeniem przed uczuciem głodu jest noszenie wałówki ze sobą. Ale jak to robić, gdy się jest truposzem?

więcej »

Polecamy

Czeska babcia w roli Kaja

Dobry i Niebrzydki:

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Kobieta na rozdrożu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Brokeback Mountain z punktu widzenia owiec
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpowanie uczłowiecza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Klaun – Frajerzy, do przerwy 0:1
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

50 najlepszych filmów wojennych wszech czasów
— Esensja

Apokalipsa spełniona
— Joanna Bartmańska

Więcej czasu, mniej Apokalipsy
— Michał Chaciński

Oświadczenie reżysera filmu
— Francis Ford Coppola

Z tego cyklu

Monolog nad umarłym światem
— Marcin T.P. Łuczyński

Tam, na piętrze…
— Marcin T. P. Łuczyński

Rozmowa przy kawie
— Michał Kubalski

Miasto za rzeką
— Marcin T. P. Łuczyński

Za dwadzieścia dolarów
— Marcin T. P. Łuczyński

Luke i jego Cień
— Konrad Wągrowski

Jednemu z tych braci moich najmniejszych…
— Marcin T. P. Łuczyński

Graal dla każdego
— Marcin Łuczyński

Tegoż twórcy

Tetro w stylu retro
— Konrad Wągrowski

Konstruktor refleksji
— Urszula Lipińska

Nowości: Listopad 2003
— Joanna Bartmańska, Konrad Wągrowski

Apokalipsa spełniona
— Joanna Bartmańska

Tegoż autora

Piosenki Wojciecha Młynarskiego
— Przemysław Ciura, Wojciech Gołąbowski, Adam Kordaś, Marcin T.P. Łuczyński, Konrad Wągrowski

Wracaj, gdy masz do czego
— Marcin T.P. Łuczyński

Scenarzysta bez Wergiliusza
— Marcin T.P. Łuczyński

Psia tęsknota
— Marcin T.P. Łuczyński

Dym/nie-dym i polarne niedźwiedzie na tropikalnej wyspie
— Konrad Wągrowski, Jędrzej Burszta, Marcin T.P. Łuczyński, Karol Kućmierz

Zagraj to jeszcze raz, odtwarzaczu…
— Marcin T.P. Łuczyński

Esensja czyta: Maj 2013
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Marcin T.P. Łuczyński, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek

Esensja ogląda: Maj 2013 (1)
— Anna Kańtoch, Gabriel Krawczyk, Jarosław Loretz, Marcin T.P. Łuczyński

Panie Stanisławie, Mrogi Drożku!
— Marcin T.P. Łuczyński

Towarzyszka nudziarka
— Marcin T.P. Łuczyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.