Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (3/3)

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 3 »
Jak co roku prezentujemy obszerną relację z naszych przygód na (już nie Era) Nowych Horyzontach. Przedstawiamy Wam ponad 50 krótkich recenzji, które postanowiliśmy z litości dla czytelnika podzielić na trzy części. Dziś kończymy – filmy od litery R do Z.
„Raigyo” („Raigyo”, reż. Takahisa Zeze)
Zuzanna Witulska [80%]
Widzowie spodziewający się, że w filmach z gatunku pinku eiga seks jest elementem priorytetowym lub przynajmniej równorzędnym wobec opowiadanej historii, srogo się zawiodą. Kiedy w latach ’80 ubiegłego wieku Japonię zalała fala filmów hard porno, przyszłość filmu różowego stanęła pod znakiem zapytania. Twórcy, postawieni pod ścianą, musieli znaleźć dla swojej twórczości nowe rozwiązania. Film różowy nie upadł, mało tego, przeżył swój renesans, nazywany także różową nową falą, której najbardziej znaczącymi twórcami była czwórka reżyserów, nazywana czterema diabłami. Za cel postawili sobie tworzenie filmów erotycznych, ale naznaczonych autorskim piętnem reżysera i elementami artyzmu. Do grona tych filmowców zalicza się Takahisa Zeze, reżyser „Raigyo”. Tytuł filmu nawiązuje do gatunku ryby, niejadalnej z powodu znajdujących się w jej wnętrzu pasożytów. Raigyo ma wymiar symboliczny. Świat wykreowany przez Zeze naznaczony jest lękiem i wizją rozkładu. Zarówno miasto jak i bagna, na które mało kto się zapuszcza, mają ten sam, zgniło-zielony odcień. W tej przestrzeni snują się ludzie, szukając kontaktu z drugim człowiekiem. Jednak gdy dwójka bohaterów w końcu się odnajdzie (za sprawą serwisu randkowego), dla jednego z nich skończy się to śmiercią. Reżyser serwuje nam nieprzyjemny obraz w klimacie zamierzonej enigmatyczności i tajemniczości. Trawiący bohaterów pasożyt, popychający do krwawych zbrodni, pozostaje nieuchwytnym i nieumotywowanym. Ale jest i w filmie iskierka nadziei i pytanie o możliwość odkupienia.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
„Rozstanie” („Jodaeiye Nader az Simin”, reż. Asghar Farhadi)
Ewa Drab [90%]
Przejmujący dramat Asghara Farhadiego zdobył Złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie, a we Wrocławiu zawładnął sercem publiczności. To doskonały dowód na to, że kino ma uniwersalny język, który potrafi dotykać emocjonalnie niezależnie od korzeni kulturowych i geograficznych odbiorcy. Podobnie jak w poprzednim filmie Farhadiego – „Co wiesz o Elly?” – tak w „Rozstaniu” kameralna historia rodzinna funkcjonuje jako odzwierciedlenie problemów i podziałów społeczeństwa irańskiego. Separacja małżonków spowodowana niechęcią męża do wyjazdu z Iranu pociąga za sobą liczne wydarzenia, które prowadzą do pogłębiającej się wrogości na łonie rodziny. Niepotrzebne sekrety, niedomówienia i lęki sprawiają, że nikt nie może efektywnie porozumieć się z bliźnim. Wszystko ma dwie strony – oficjalną, wystawianą na widok publiczny oraz nieformalną, prywatną, pokazywaną jedynie najbliższym, jeśli nie pozostawioną nietkniętą w głębi duszy jednostki. Farhadi ma na planie fantastycznych aktorów, którzy ukazują w najmniejszym detalu wszystkie ukrywane i uzewnętrzniane emocje, żeby za pomocą aktorskiego ascetyzmu zbudować postaci wiarygodne i nieobojętne publiczności. Chociaż film ma ścisły związek z tłem społecznym Iranu, odwołuje się do wartości i pojęć znanych na całym świecie. Z tego powodu „Rozstanie” pozostawia zadrę w pamięci niezależnie od pochodzenia i światopoglądu widza.
„Różowe flamingi” („Pink flamingos”, reż. John Waters)
Kamil Witek [80%]
Opus magnum Johna Watersa, mimo już prawie 40-letniej metryki, dalej spełnia tę samą rolę jak w chwili powstania. Zdecydowanie nie do polecenia dla widzów o słabszych nerwach, bo sceny spożycia psich odchodów czy dziwacznych seksualnych orgii mogą wywrócić niejeden żołądek do góry nogami. W „Różowych flamingach” Waters kontynuuje inwazję złego smaku bez żadnych ograniczeń. Z tą różnicą, że tym razem swoje idące zdecydowanie za daleko pomysły powrzucał w zwartą i w swego rodzaju poukładaną fabułę, jeśli w ogóle można tak określić toczący się w niej pojedynek o tytuł „najobrzydliwszych ludzi świata”. Co by nie powiedzieć o osobliwej amatorszczyźnie realizacyjnej i scenach wykrzywiających nawet najtwardszych widzów, to po seansie „Różowych flamingów” można tylko potwierdzić słowa jednego z uznanych amerykańskich krytyków filmowych, który przyznał, że na filmie Watersa bawił się znacznie lepiej niż na „Szeptach i krzykach” Bergmana.
„Self Made” („Self Made”, reż. Gillian Wearing)
Zuzanna Witulska [90%]
Zakwalifikowanie filmu Gillian Wearing do kategorii Filmów o Sztuce zrodziło wśród widzów uzasadnione wątpliwości, które ujawniły się podczas rozmowy z twórcami. Dokument rejestruje warsztaty aktorskie prowadzone przez Sama Rumbelowa – trenera metody Stanisławskiego. Wedle tej metody aktor, by naturalnie odegrać rolę, czerpie z własnych, życiowych doświadczeń i wywołuje u siebie określone stany emocjonalne. I to właśnie charakter warsztatów oraz zaproszenie do udziału w eksperymencie osób nie mających wcześniej doświadczeń scenicznych spowodowały, że psychiczna terapia protagonistów, która miała być efektem ubocznym całego przedsięwzięcia, w rzeczywistości zdominowała cały film, a występy aktorskie uczestników były już tylko (a raczej aż) ostatecznym ukoronowaniem wewnętrznego procesu, którego każdy z nich doświadczył z osobna. Nie jest to jednak wada, bo choć niejako wbrew zamierzeniom twórców, obraz stał się autentycznym i przejmującym zapisem trudu, jakiego podjęli się uczestnicy, konfrontujący się z osobistymi lękami i słabościami.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
„Skóra, w której żyję” („La piel que habito”, reż. Pedro Almodovar)
Kamil Witek [80%]
Tych, których Almodovar zawiódł „Przerwanymi objęciami” od razu uspokoję – Hiszpan obniżenie lotów ma już za sobą. Mimo, że tak jak główny bohater, chirurg plastyczny Robert Ledgard, nie ustaje w doświadczeniach – w przypadku reżysera – na polu filmowej wrażliwości i własnej almodramy. Almodovar utkał fabułę na podstawie cudzej powieści, ale przełożył ją na osobisty język. Sprawnie operując odrzucającą ultra-suchością Antonio Banderasa kreuje postać tak jak i cały film w co najmniej ambiwalentnym ujęciu. Szaloną acz precyzyjną w działaniach i wystudzoną aż do bólu w porywających emocjach. Bo „Skóra, w której żyję” to opowieść nie tylko o szaleństwie, zemście i pożądaniu, ale także o miłości absolutnej. Uczuciu doskonałym, które warte jest podjęcia syzyfowej próby sięgnięcia przez człowieka po nieosiągalną doskonałość. Dlatego Ledgardowi najbliżej do doktora Frankensteina, ogarniętego obsesją stworzenia człowieka idealnego. Na swój sposób równającemu się z Bogiem, podejmując ryzykowny empiryczny eksperyment z ludzkim ciałem, jednocześnie bez baczenia na wrażliwą i podatną na każdą zmianę psychikę. Tytułowa skóra jest tu bowiem powierzchnią, którą można dowolnie zmieniać, modelować i układać, ale jest to zaledwie zewnętrzna fasada, kostium pod którym może toczyć się niesamowite piekło, o którym na zewnątrz nikt nie ma pojęcia. Almodovar w charakterystycznej dla siebie elegancji stawia właśnie aspekt ludzkiej tożsamości przed szereg, ujmując dramat niejako swoistą parafrazą, że to nie skóra definiuje człowieka, a człowiek skórę.
Zuzanna Witulska [70%]
„Skóra, w której żyję” przysparza mi najwięcej kłopotów z nowohoryzontowej gamy. Nowy Almodóvar, jak zaczęto nazywać go po realizacji filmu, z jednej strony złagodniał. Widać, że wyśmienicie czuje się w luksusowych, przestronnych wnętrzach i jeszcze więcej uwagi poświęca stronie wizualnej filmu. Nadało to obrazowi, a przede wszystkim zdjęciom, niezmiernie przyjemnego dla oka estetycznego waloru. Z drugiej strony, ten łagodny reżyser pakuje do filmowego worka niezliczoną ilość dramatyczno-mrocznych elementów, zapominając przy tym, że od nadmiaru głowa potrafi solidnie rozboleć. Mamy tu więc i bratobójstwo, i samobójstwo, i jeszcze inne śmierci. Jest szalony doktor naukowiec, współczesny Frankenstein, opętany nie tylko wizją stworzenia swojego potwora, ale także trawiony wyrzutami sumienia za śmierć najbliższych mu osób. Nie zabrakło gwałtu, porwania i syndromu sztokholmskiego. Wszystko to oczywiście podlane melodramatycznym sosem, co sprawia, że całość, nawet jak na Almodóvara, prezentuje się momentami stanowczo zbyt karykaturalnie. W całym tym natłoku, za którym trudno momentami nadążyć, giną atuty, które film niewątpliwie posiada. Oprócz wspomnianej wirtuozerii realizacyjnej, należy wymienić sam temat tożsamości człowieka i możliwości kreacji w dobie współczesnych osiągnięć cywilizacyjnych, może sam w sobie nie tak oryginalny, za to bardzo atrakcyjnie ujęty. Powraca Antonio Banderas, nadal diablo przystojny, ale bardziej stonowany, umiejętnie kreując bohatera głęboko skrywającego targające nim demony. Towarzyszy mu, nie zostając daleko w tyle, piękna Elena Anaya. Najnowszy film hiszpańskiego reżysera pokazuje, że intensywnie poszukuje on dla siebie nowych rozwiązań, z różnym rezultatem. To jednak wystarczy, bym bez zastanowienia udała się na jego kolejny film. Wtedy dopiero okaże się, czy „Skóra…” jest filmem przełomowym w jego karierze.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Wunderwaffe z nader skromnym wunder
Jarosław Loretz

21 VI 2017

W „Wonder Woman” próżno szukać cudowności. Na tle poprzednich porażek DC film ogląda się nieźle, ale to trochę za mało, żeby obwołać renesans uniwersum.

więcej »

Esensja ogląda: Czerwiec 2017 (3)
Kamil Witek

19 VI 2017

W trzecim czerwcowym zbiorze krótkich recenzji filmowych oceniamy gorące wakacyjne blockbustery: "Król Ritchie Artur. Legenda miecza", "Mumia" z Tomem Cruisem i "Baywatch. Słoneczny patrol".

więcej »

East Side Story: Przejście przez ogień
Sebastian Chosiński

18 VI 2017

„Moloch” to w zasadzie film… polski. Polskie były pieniądze, za jakie go zrealizowano, i ekipa, która tego dokonała. Dlaczego więc pojawia się w cyklu „East Side Story” – z definicji poświęconym kinematografiom dawnych krajów Związku Radzieckiego? Z prostej przyczyny: krótkometrażówka Szymona Kapeniaka powstała na Ukrainie i grają w niej aktorzy ukraińscy.

więcej »

Polecamy

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce

Dobry i Niebrzydki:

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Transatlantyk 2013: Dzień 8
— Sebastian Chosiński, Gabriel Krawczyk, Iwona Michałowska

Lepiej się nie zbliżać
— Urszula Lipińska

Tabu kłamstwa
— Ewa Drab

Skóra, w której chciałbym żyć
— Łukasz Gręda

Dwubiegunowość seksualna
— Ewa Drab

Co nam w kinie gra: Skóra, w której żyję, W imieniu diabła
— Urszula Lipińska, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (2/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (1/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Z tego cyklu

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (2/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (1/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Tegoż twórcy

Kiedy irański mężczyzna kocha irańską kobietę
— Karolina Kopcińska

31. Warszawski Festiwal Filmowy: Dzień drugi
— Karolina Ćwiek-Rogalska

Rodzina na swoim
— Jarosław Robak

Esensja ogląda: Luty 2014
— Sebastian Chosiński, Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Grzegorz Fortuna, Jarosław Loretz

Esensja ogląda: Październik 2013 (2)
— Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Kamil Witek

Dotknąć obrazu
— Ewa Drab

Złe Wy...Konanie
— Bartosz Sztybor

Po prostu porozmawiać
— Kamila Sławińska

Tegoż autora

Dobry i Niebrzydki: Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Czerwiec 2017 (3)
— Kamil Witek

Esensja ogląda: Czerwiec 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Kamil Witek

Dobry i Niebrzydki: Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dobry i Niebrzydki: Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dobry i Niebrzydki: Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dobry i Niebrzydki: Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dobry i Niebrzydki: Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dobry i Niebrzydki: W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dobry i Niebrzydki: Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.