Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 23 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Agent na rozstajach

Esensja.pl
Esensja.pl
Gdy specjalista od egzystencjalnych dramatów bierze się za film akcji nie wróży to najlepiej – nawet gdy rzeczony twórca ma na koncie cały zestaw Oscarów i innych nagród. Tak było z Markiem Forsterem, reżyserem „Chłopca z latawcem”, „Monster’s Ball” i „Marzyciela”, którego „Quantum of Solace” nie dorównało znakomitemu „Casino Royale” Martina Campbella. Tak też jest ze „Skyfall”, który wypada jeszcze słabiej.

Sam Mendes
‹Skyfall›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSkyfall
Dystrybutor Forum Film
Data premiery26 października 2012
ReżyseriaSam Mendes
Scenariusz
ObsadaDaniel Craig, Javier Bardem, Judi Dench, Naomie Harris, Berenice Marlohe, Ralph Fiennes, Albert Finney, Ben Whishaw
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA, Wielka Brytania
CyklJames Bond
Gatunekakcja, przygodowy, sensacja
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Uwaga! Recenzja może zawierać spoilery.
Nazwisko reżysera oczarowało chyba wielu krytyków i recenzentów, którzy zaślepieni magią hasła „Sam Mendes” dali filmowi kredyt zaufania i nastawili swoją percepcję na odpowiednie tory. Mniej dziwię się piejącemu z zachwytu koledze Krawczykowi, w końcu to fan dramatów skandynawskich i kanadyjskich, dla którego teledyskowy „Sucker Punch” pozostawił po sobie niestrawność. Zaskakuje mnie jednak, że nawet tak wytrawny popkulturysta i bondolog jak Kamil Śmiałkowski uważa ten film za dobry. Dobrze chociaż, że z zastrzeżeniami, dodając, że „film dupy nie urywa” i „takiego Bonda nie każdy zaakceptuje”.
Z tym pierwszym stwierdzeniem zgadzam się w całej rozciągłości, choć pod tym ostatnim niekoniecznie się podpisuję. Bo nowego, Craigowego Bonda zaakceptowałem od pierwszej chwili. I to z całym bagażem jego nie zawsze „tradycyjnie bondowskich” cech i problemów. Agent 007 poddający w wątpliwość swoją służbę, powołanie, lojalność wobec MI6? Kobieciarz gotowy zostać monogamistą? Kupiłem te nowinki genialnie zaserwowane przez Campbella i Craiga, więc bez problemu – na zasadzie kolejnych przykładów uczłowieczenia – kupiłbym też Bonda nieogolonego, zasapanego, chybiającego celu. Ale dalibóg, niechże ten upadek agenta JKM czemuś służy! Najlepiej – wciągającej historii i wbijającej w fotel rozrywce.
Tymczasem, według scenariusza upadek Bonda służy przede wszystkim… jego przemianie i „powstaniu”. W centrum zainteresowań Mendesa znajdują się więc nie wybuchy, strzelaniny i pościgi, ani też trzymająca w napięciu historia (mimo początkowych obietnic o fabule zakrojonej na wielką skalę i niespotykanym dotąd zagrożeniu, otrzymujemy nie walkę z wszechmocnym, tajemniczym przeciwnikiem1), a banalną historię zemsty, z bardzo kameralnym finałem), a zakamarki duszy agenta 007 i meandry jego dojrzewania (jako człowieka, jako podwładnego, jako agenta, jako funkcjonariusza publicznego, jako przyjaciela itp.). Słusznie zauważają mądralińscy recenzenci, że Bond Mendesa jest bardzo Nolanowski w duchu, choć niektórzy popkulturowi ignoranci jako słowo-klucz do odczytania filmu podrzucają hasło „Mroczny Rycerz”, zapominając o jednym ważnym dodatku: „Powstaje”. „Skyfall” to bowiem, mimo postaci antagonisty nieco zbyt przypominającej Jokera, kopia nie drugiej, a bardziej trzeciej części trylogii o Batmanie, cyklu, który uwspółcześnił i uczłowieczył bohatera komiksowego.
Czy tego samego potrzebował Bond? Na dzień dzisiejszy nie, bo wystarczająca redefinicja i urealnienie postaci nastąpiło już na początku, w „Casino Royale”. „Quantum of Solace” było filmem gorszym, bo mniej nowatorskim (i oczywiście słabszym realizacyjnie), ale równocześnie zupełnie dobrym, bo nieźle wpisującym się w nowe założenia, nie próbujące ich upartej weryfikacji. Dwa-trzy filmy to, jak pokazuje historia cyklu, dobry okres by postać okrzepła, ale raczej zbyt krótko, by zaczęła się widzom nudzić i potrzebowała rewolucji. Connery wytrzymał 5 lub 6 filmów (zależy jak liczyć), Moore jeszcze więcej, szczyt formy obu panów następował w połowie stawki, a z ich wymianą na nowsze modele spóźniono się może raptem o jeden film2). Bond Craiga miał więc jeszcze wystarczająco czasu by wykorzystać swoją konwencję do maksimum, bez konieczności jej pogłębiania lub radykalnej zmiany. Tymczasem Mendes serwuje nam… oba te chwyty za jednym zamachem!
„Skyfall” jest bowiem jednocześnie najmroczniejszym z Craigowskich Bondów i… najlżejszym. To pierwsze powodują wspominane wcześniej, oczywiste inspiracje Batmanem, to drugie jest efektem marketingowego szaleństwa wywołanego okrągłym jubileuszem ekranowego życia agenta JKM. W najnowszym filmie Bond równocześnie ginie i flirtuje z Moneypenny, zrywa z MI6 i życiem agenta, ale też korzysta z gadżetów od Q, traci formę fizyczną i psychiczną, co nie przeszkadza mu jeździć samochodem uzbrojonym w szybkostrzelne działka, przeżywa rozterki związane z nielojalnością M i poczuciem obowiązku wobec matkującej mu przełożonej, ale też z lubością popija wstrząśnięte martini, próbując komentować dramatyczne sytuacje ciętymi one-linerami…
Mendes próbuje dosłownie rozdwoić bohatera co nie wychodzi na dobre, ani Bondowi jako postaci, ani fabule filmu, która też jest wyraźnie podzielona na nieprzystające do siebie, zupełnie różne akty. O ile na początku dostajemy pełne emocji zawiązanie akcji (i bardzo wybuchowy „teaser”, być może przebijający efektywnością choć niekoniecznie sensem, to co widzieliśmy w poprzednich częściach), o tyle później reżyser zaczął skupiać się na psychologiczno-etycznych wahaniach bohaterów (przez co, niestety idąc tropemfinałowych przygód Mrocznego Rycerza, nakręcił film zbyt długi, miejscami przegadany i rozwlekły) oraz na nie do końca przemyślanej i nieco natrętnej podróży w przeszłość. I to nie tylko w przeszłość „Bonda” jako cyklu, co skutkuje nawiązaniami do starych filmów3), ale też w przeszłość ekranowej postaci, co jest pomysłem chybionym i w efekcie daje zaskakująco nieatrakcyjny finał, zupełnie nieprzystający do agenta 007.
Najbardziej jednak miłośników cyklu zaboli to, że „Skyfall” (swoją drogą to jeden z słabszych tytułów w historii) nie kieruje agenta 007 w żadnym konkretnym kierunku. Próbuje go udramatyzować na modłę Bruce’a Wayne’a, a jednocześnie dokonuje swoistego „resetu” i wrzuca bohatera w wir umownych zdarzeń, postaci i gadżetów. To tylko część marketingowego świętowania jubileuszu, czy raczej zaplanowana zmiana i próba wpisania nowego Bonda w stare schematy? Na to pytanie odpowiedź przyniesie dopiero 24 część cyklu, bo sam „Skyfall” stoi na rozdrożu. Z jednej strony fabularne rozwiązania są zbyt radykalne, by można było się z nich wycofać, a z drugiej strony Bond nie powrócił w pełni do korzeni, co widać choćby w sposobie rozegrania finałowej walki.
W obliczu tego dualizmu zasadne staje się odwieczne pytanie, przewijające się choćby w dyskusji pod naszym rankingiem, o definicję i wzorzec tej postaci, o zawartość Bonda w Bondzie. Czy Bond może pić piwo? Pewnie tak, o ile taką scenę z humorem i sensem umieści się w fabule. Czy może przeżywać rozterki i mieć wątpliwości – być nie tylko maszyną do zabijania, ale i człowiekiem? „Casino Royale” bez wątpienia udowodniło, że tak. Czy może w finale walczyć z szaleńcem motywowanym nie chęcią władzy nad światem, ale banalną zemstą? Czy walka powinna się odbywać nie w jakiejś fantastycznie zlokalizowanej bazie wroga, a w wiejskiej ruderze? Czy Bond może stawać do niej jak obdartus, ze starą dubeltówką w ręce, zamiast pod muchą i z niezawodnym Waltherem PPK? Pewnie może, ale czy to wciąż jest Bond?
Postawiony wobec takich pytań zdezorientowany widz pewnie może się cieszyć „Skyfall” jako niezłym filmem sensacyjnym, ale raczej będzie rozczarowany nim jako „Bondem”. Oczywiście – i to jest kluczowe założenie – jeśli mówimy o równaniu do najlepszych odcinków, z „Casino Royale” na czele. Bo film Mendesa mimo wszystko wydaje się lepszy niż choćby filmy Johna Glena z Moore’em i Daltonem4) czy niesławne „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”. Ale to chyba był plan minimum, a nie szczyt marzeń pani Broccoli jeśli chodzi o świętowanie tak pięknego jubileuszu…
P.S. Oczywiście niżej podpisany zdaje sobie sprawę, że odbiór filmu zależy od wspomnianego w recenzji „nastawienia percepcji” (recenzent nastawił się na arcydzieło), a wrażenia na gorąco z kinowej premiery, potrafią być czasem zweryfikowane przy kolejnych seansach na spokojnie. Fanów „Skyfall” uprasza się więc o powstrzymanie się od listów z pogróżkami do czasu premiery na DVD.
koniec
29 października 2012
1) Bardemowi słowa uznania się należą, ale zachwyty są chyba nieco przesadzone. Co prawda zastrzeżenia kierować należy nie w stronę aktora, a scenarzystów i reżysera. Postać Raoula Silvy cierpi na podobne rozdwojenie jaźni co cały film: połączyć wyraźnie przerysowanego, typowo „bondowskiego” szaleńca z postacią autentycznie groźną i napędzającą całą fabułę okazało się niemożliwością.
2) Co prawda zawsze można sobie tłumaczyć, że producenci za wyznacznik przyjęli nie filmy sprzed kilku dekad, a zupełnie świeże produkcje z Brosnanem – w tym wypadku rzeczywiście była to równia pochyła i koncepcja, która wyczerpała się właściwie po pierwszym filmie. Być może chęć wprowadzenia zmian była próbą uniknięcia podobnego losu, zwłaszcza gdy okazało się, że „Quantum” nie dorównuje pierwszej części.
3) Zazwyczaj udanymi, bo subtelnymi. Chociaż ciężko oprzeć się wrażeniu, że niektóre elementy umieszczono w fabule zbyt nachalnie, vide np.: jeden ze środków lokomocji Bonda.
4) Co nie znaczy, że wszystkie filmy Glena były jakieś strasznie słabe, ale na pewno te z Moore’em, są poniżej średniej cyklu i wyraźnie zestarzały się pod względem atrakcyjności wizualnej. I pod tym względem stanowią dobry kontrapunkt dla post-bournowskiego Bonda Daniela Craiga, który wciąż biega szybciej, uderza mocniej i ryzykuje bardziej niż podstarzały, dystyngowany Moore, więc siłą rzeczy jego przygody są dla współczesnego widza bardziej emocjonujące. I ciekawsze o tyle, że rozgrywają się tu i teraz.
dodajdo

Komentarze

29 X 2012   10:43:24

No właśnie, mimo peanów (ocena 96% na RottenTomatoes!) Skyfall pozostawia niedosyt. Mniej więcej do momentu aresztowania Silvy to jeszcze Bond w najlepszym wydaniu, ale finałowy motyw a'la "Kevin sam w domu" ociera się o banał.

30 X 2012   18:53:27

Może te peany biorą się z faktu, że Bond wreszcie wrócił?
Może fanom serii podobają się właśnie nawiązania i fakt, że Bond zachowuje się jak Bond a nie jak Bourne?

Bo poprzednie filmy z Craigiem nie miały z serią absolutnie nic wspólnego (poza nazwiskami postaci) i tym samym w moim osobistym rankingu były gdzieś koło "Troi"

A wady... Oczywiście są. Wyłażą kalki z Batmana, przeżycie dwukrotnego postrzału i upadku z mostu jest mocno wątpliwe... Ale i tak w porównaniu do żałosnego Quantum film jest świetny.
A Casino Royal? Nie przypadł mi do gustu i tyle.

31 X 2012   22:33:47

Tak to jest James Bond. Byłem, widziałem...łykam wszystko jak młody pelikan...

W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” wcale nie jest takie złe...

01 XI 2012   10:13:54

Ten film ma sens tylko jeśli ogląda się go z pewnymi założeniami, to jest:
1) logika? jaka logika? od początku do końca nie ma i nie może być czegoś takiego. No bo wybaczcie, upadek do wody z bardzo dużej wysokości? Ludożerne warany? Sensu to to jednak nie ma.
2) jeśli chodzi o konwencję, to jest to przerysowany Bond. Wtedy złoczyńca staje się wystarczająco psychopatyczny, fabuła w porządku, a Aston Martin rządzi.
Jednak przy takich założeniach trudno uwierzyć w cały scenariusz. Nie kupuję M jako zimnej manipulatorki, no po prostu nie.

04 XI 2012   15:03:42

Nieczęsto zgadzam się w ocenach filmów z Jakubem, ale w tym przypadku mógłbym stanąć za nim murem.

11 XI 2012   18:30:58

Całkowicie się nie zgadzam z dwiema tezami zawartymi w tekście recenzji. Po pierwsze (choć to 100% kwestia gustu), że to jeden ze słabszych Bondów w serii - dla mnie Bondy z Craigiem to jedyne Bondy, które da się oglądać bez bólu zębów albo napadów śmiechu. Po drugie, że jest rozwlekły - film trwa ponad 2 godziny, ale w przeciwieństwie do większości poprzednich części w ogóle nie jest nużący. Przeciwnie, kiedy film dobiegał już końca, pomyślałem sobie "jak to, to już?"

@Anna - widzę w Twojej wypowiedzi kilka nieścisłości ;) Generalnie w filmach o Bondzie (a już na pewno w tych przed Craigiem) nigdy nie było mowy o logice, ba - te filmy mogłyby wręcz służyć za synonimy przekoloryzowania, przerysowania, o którym wspominasz. Co prawda Bond craigowski w CR pokazał drugą (moim zdaniem o niebo lepszą) stronę - stał się bardziej sensowny, a mniej groteskowy, ale w Skyfall następuje swoisty powrót do przedcraigowskiej konwencji serii. Dlatego zarzucanie mu przerysowania i braku logiki jest chyba samo w sobie nie bardzo logiczne ;)
A warany? Warany są groźnymi drapieżnikami i człowieka skonsumują z równą chęcią, jak każde inne zwierzę. W tym akurat nic dziwnego nie ma.

26 XI 2012   16:56:14

Tak! Jakubie, zdefiniowales to czego nie potrafilem wyrazić po obejżeniu SkyFall w kinie. Wszyscy (a na pewno Bond i Silva) bohaterowie cierpią tu na jakieś psychiczne "rozpieprzenie". Nie wiedzą, w lewo, czy w prawo. Bardem ma się tu do Antona (z "To nie jest kraj dla starych ludzi") tak jak Craig do Bonda z Casio Royale. Nie powiem zebym się śmiertelnie nudził, ale jak tylko wyglądało że zacznie dziać się coś ciekawego, intryga rozwiewała się z mało dyskretnym smrodkiem. Widziałem sporo lepszych filmów - szpiegowskich (np. ostatni "Szpieg"), z mordobiciem (Casino Royale, albo "Tożsamość Bourne'a np.), kryminalnych (że wspomnę ostatni z Craigiem - "Milennium...", choć wolę oryginał), czy o rozterkach wewnętrznych bohatera. A tu.. Bardem może miał być straszny i trochę żałosny, wyszedł żałosny i śmieszny. Już pod koniec pierwszej sceny z nim, myślałem że to koniec filmu, bo zaraz sobie palnie w głowę! Skyfall miał być pewnie o wszystkim , a wyszedł o niczym. Najlepsze fragmenty filmu - pierwsze kilka minut, z czołówką włącznie, i może koniec. Dupy nie urywa, to prawda - choć, dla obowiązku, obejżeć można.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Transatlantyk 2017: Sery, wina, trufle i crème brûlée
Konrad Wągrowski

20 VII 2017

Jeśli szukacie dojrzałego i ambitnego dzieła filmowego, „Paryż może poczekać” raczej nie spełni waszych oczekiwań. Jeśli jednak frajda obcowania z pięknem francuskich pejzaży, urokami francuskiej kuchni i Diane Lane są dla was wystarczającymi powodami, by pójść do kina, istnieje duża szansa, że seans będzie przyjemnością.

więcej »

Transatlantyk 2017: Śmierć indiańskiej dziewczyny
Konrad Wągrowski

18 VII 2017

„Wind River” to znakomity kryminał o morderstwie w indiańskim rezerwacie z solidnie przepracowanym społecznym tłem. Jego twórca, Taylor Sheridan, okazał się być nie tylko aktorskim przystojniakiem, ciekawym scenarzystą, ale swój drugi film potrafi wyreżyserować jakby miał w tym 30 lat doświadczenia.

więcej »

Transatlantyk 2017: Wojna cywili
Konrad Wągrowski

17 VII 2017

„W czterech ścianach życia” to kameralny film o dramacie cywili w czasie trwającej wojny. Minimalistyczna forma potęguje emocje widza i wręcz zmusza to postawienia się w roli bohaterów. Zwłaszcza, że wiemy, że fabuła dotyczy współcześnie toczącego się konfliktu.

więcej »

Polecamy

Baby jest jakiś inny

Dobry i Niebrzydki:

Baby jest jakiś inny
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ove chce się zabić
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Gdy zajrzy w oczy widmo korozji…
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pod skorupą
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Listopad 2012 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Mateusz Kowalski, Gabriel Krawczyk, Alicja Kuciel, Patrycja Rojek

Esensja ogląda: Październik 2012 (kino)
— Sebastian Chosiński, Krystian Fred, Gabriel Krawczyk, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski

Mroki przeszłości
— Gabriel Krawczyk

Tegoż twórcy

Bond rytualny
— Gabriel Krawczyk

Wszyscy mamy źle w głowach…
— Ewa Drab

Wybrukowana dobrymi chęciami
— Ewa Drab

Tegoż autora

Więcej wszystkiego co błyszczy, buczy i wybucha?
— Miłosz Cybowski, Jakub Gałka, Wojciech Gołąbowski, Adam Kordaś, Michał Kubalski, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Nieprawdziwi detektywi
— Jakub Gałka

O tych, co z kosmosu
— Paweł Ciołkiewicz, Jakub Gałka, Jacek Jaciubek, Adam Kordaś, Michał Kubalski, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Wszyscy za jednego
— Jakub Gałka

Pacjent zmarł, po czym wstał jako zombie
— Adam Kordaś, Michał Kubalski, Jakub Gałka, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jarosław Robak, Beatrycze Nowicka, Łukasz Bodurka

Przygody drugoplanowe
— Jakub Gałka

Ranking, który spadł na Ziemię
— Sebastian Chosiński, Artur Chruściel, Jakub Gałka, Jacek Jaciubek, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Ludzie jak krewetki
— Jakub Gałka

Katana zamiast pazurów
— Jakub Gałka

Trzy siostry Thorgala
— Jakub Gałka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.