Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Wściekły pies

Esensja.pl
Esensja.pl
„Wściekłe psy” otwiera interpretacja piosenki „Like a Virgin”, dokonywana przez Quentina Tarantino. Grany przez reżysera bohater twierdzi, że utwór Madonny opowiada o wyjątkowo puszczalskiej dziewczynie, która robiła już wszystko i ze wszystkimi, a seks stał się dla niej czymś absolutnie powszednim. Pewnego razu spotyka jednak kogoś, kto sprawia, że czuje się – cytując samą Madonnę – „jak za pierwszym razem”, „jak dziewica”.

Quentin Tarantino
‹Django›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
90,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDjango
Tytuł oryginalnyDjango Unchained
Dystrybutor UIP
Data premiery18 stycznia 2013
ReżyseriaQuentin Tarantino
Scenariusz
ObsadaJamie Foxx, Leonardo DiCaprio, Christoph Waltz, Samuel L. Jackson, Kerry Washington
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA
WWW
Gatunekdramat, western
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Według jednej z najciekawszych teorii na temat filmów amerykańskiego reżysera, scena ta jest metaforą całej jego twórczości. „Dziewicą” z piosenki Madonny jest widz, który widział już setki filmów gatunkowych i myśli, że nic nie jest w stanie go zaskoczyć, poruszyć, wybić z odbiorczych przyzwyczajeń. Tarantino wchodzi natomiast w rolę tego, kto sprawi, że podczas seansu poczujemy się, jakbyśmy siedzieli na sali kinowej po raz pierwszy i oglądali pierwszy film w życiu. Cała kariera twórcy „Pulp Fiction” zdaję się tę teorię potwierdzać – reżyser żonglował gatunkami, mieszał je ze sobą i brał z nich to, co najlepsze: zawsze po to, by ostatecznie wydobyć z takiej zabawy nową jakość i zaoferować doświadczenie oryginalne, zdumiewające, wcześniej widzom nieznane.
Na pierwszy rzut oka „Django” też wpisuje się w opisaną wyżej koncepcję. To spaghetti pełne nawiązań do włoskich filmów o Dzikim Zachodzie, nie będące jednak ich współczesną podróbką. To western wykorzystujący gatunkowe klisze, ale budujący z nich coś nowego. Tarantino po raz kolejny pożycza i miksuje, filtruje schematy przez własną wrażliwość i proponuje widzom blisko trzy godziny kina w stanie czystym. W wypadku „Django” nie to jest jednak najważniejsze. Tutaj Tarantino sam jest bowiem w pewnym sensie „dziewicą” – po raz pierwszy od wielu lat nie eksperymentuje z narracją, nie zaburza chronologii, nie pozwala zapożyczeniom i odniesieniom przyćmić przedstawianej historii, zaskakująco często uderza też w poważne tony. W jego najnowszym filmie najważniejsza jest opowieść sama w sobie; opowieść wieloaspektowa i oryginalna, rozegrana jako pojedynek trzech charakterów: Django, eks-niewolnika, próbującego odzyskać żonę, jego głównego przeciwnika – plantatora Calvina Candiego – i Doktora Kinga Schultza, który zwrócił Django wolność i postanowił pomóc mu w wyjątkowo skomplikowanej misji. To postacie złożone i niejednoznaczne, nakreślone w sposób na tyle subtelny, że niektóre ich cechy ujawniają się w pozornie nieistotnych, łatwych do przeoczenia scenach.
Niektórzy krytycy zwracali uwagę, że King Schultz jest swoistą kopią Hansa Landy z „Bękartów wojny”. Podobieństwa narzucają się same: Schulz i Landa to bohaterowie wrzuceni niejako w nieswoje środowisko, w którym – co w obu wypadkach pozwala Tarantinowi na prawdziwy popis scenopisarskiej wirtuozerii – czują się jak ryba w wodzie. Tak, jak Landa wykorzystywał spryt i niebywałą inteligencję, by wyszukiwać zbiegów i konspiratorów w drugowojennej rzeczywistości, tak Schulz te same cechy pożytkuje, by w świecie Dzikiego Zachodu – brutalnym, ale pełnym luk prawnych, które bohater z jego intelektem może śmiało wykorzystywać – zarabiać na życie, polując na bandytów. Wrażenie podobieństwa wzmaga zresztą fakt, że w obu bohaterów wciela się Christoph Waltz, który – choć aktorem jest znakomitym – obie role odgrywa w podobny sposób. Schulz to jednak wcale nie Landa; dużo więcej w nim z Pana White’a ze wspomnianego debiutu Tarantina. Grany przez Harveya Keitela gangster miał tę istotną cechę, że – w przeciwieństwie do Landy – przechodził w toku fabuły poważną przemianę. Na początku scharakteryzowany przez jednego z wspólników jako „facet w typie Lee Marvina” (a więc nieugięty, niezłomny, taki, który wszystko już widział i nic nie jest w stanie go zaskoczyć), w finale okazuje się jedynym bohaterem zdolnym do czysto ludzkich odruchów, do współczucia, emocji, których nie filtruje już przez chłodny umysł profesjonalisty.
Z Schultzem jest dokładnie tak samo: początkowo to po prostu oczytany, bardzo inteligentny cynik, który mieszkańców Południa z całą ich głupotą i niewiedzą wykorzystuje do własnych celów. Zabijając bandytów pilnuje, żeby prawo stało po jego stronie; zawsze ma w kieszeni przygotowany list gończy i dokumenty potwierdzające tożsamość, co pozwala mu na wychodzenie bez szwanku z najpoważniejszych tarapatów. Kiedy w pierwszej scenie filmu uwalnia Django, też robi to z pobudek stricte egoistycznych – Django wie, jak wyglądają bracia Brittle, na których głowy wyznaczona została wysoka nagroda. Schultz chcę ją zdobyć, zawiera więc z niewolnikiem konkretny układ: Django ma wskazać wspomnianych braci, a Schulz daruje mu w zamian wolność. Prosta i dobrze pomyślana wymiana przysług nie kończy jednak ich współpracy, co przywołuje kolejne skojarzenie ze „Wściekłymi psami” – tak jak Mr. White zupełnie bezinteresownie zaprzyjaźnił się z Mr. Orange’em, tak samo doktor przywiązuje się do oswobodzonego przez siebie Django i postanawia pomóc mu w uratowaniu żony-niewolnicy, Broomhildy.
W tym miejscu dochodzimy do trzeciego bohatera Tarantinowskiego spektaklu i… kolejnej paraleli z „Wściekłymi psami”. Debiut Tarantina był po części filmem o wchodzeniu w rolę, stawaniu się kimś innym – Mr. Orange, policjant rozpracowujący od środka gangsterską szajkę, musiał zagrać bandytę tak dobrze, by żaden z jego nowych kolegów nie zorientował się, kim naprawdę jest. W „Django” pojawia się niemal identyczny wątek – Django i Schulz udają, odpowiednio: bogacza zainteresowanego brutalnymi walkami niewolników i specjalistę od tego typu bijatyk, by dostać się na plantację Calvina Candiego, na której przebywa Broomhilda. Candie to dokładne przeciwieństwo Schultza – bezduszny, demoniczny głupiec i utracjusz, udający inteligenta zafascynowanego kulturą francuską. Idealnie charakteryzuje go już sama aparycja – zza perfekcyjnie ułożonej fryzury i pięknego bordowego fraka wyzierają przegniłe, ohydne zęby, będące w tym wypadku odbiciem jego prawdziwej tożsamości.
To na plantacji Candiego rozgrywa się pojedynek między tymi trzema charakterami, prawdopodobnie jedna z najbardziej emocjonujących rozgrywek słownych, jakie widziało współczesne kino. Rewolwery idą bowiem w ruch stosunkowo późno, esencją filmu Tarantina są dialogi (co zresztą nie dziwi), ale traktowane przez reżysera w sposób zupełnie inny niż wcześniej. Nie pełnią roli przerywników w akcji (tak, jak to było w ostatnich filmach reżysera – choćby w „Kill Billu” czy „Death Proofie”), to one same w sobie tę akcję stanowią. Z jednej strony stoi Candie – niezbyt inteligentny pozorant, który przez większą część filmu nie wie, o co tak naprawdę chodzi jego przybyszom, ale jest właścicielem Broomhildy, więc nieświadomie utrzymuje status quo; z drugiej – Schultz, zmieniony już nieco przez ojcowsko-synowską (albo mistrzowsko-uczniowską) relację z Django, zszokowany bezmyślnym sadyzmem Candiego; i wreszcie sam Django – tak skupiony na przeżyciu i wypełnieniu swojego celu, że w pewnym sensie zatracający w tej sytuacji człowieczeństwo. To właśnie w postaci niewolnika ujawnia się fascynacja Tarantina spaghetti westernem, a przede wszystkim niezwykłymi filmami Sergio Corbucciego. Nadrzędną cechą protagonistów Corbucciego była często ambiwalencja moralna – kibicowało się im nie dlatego, że byli niewinni i cnotliwi, ale dlatego, że w świecie pełnym bestialstwa i zdziczenia byli najmniej zdziczali i bestialscy. Django po części odbija tę filozofię – przechodzi nie tylko drogę od niewolnika do mściciela i od „czarnucha” do „Afroamerykanina”, ale też od ofiary do kata. Słodko-gorzki finał, również pożyczony od Corbucciego, tylko potwierdza, że Tarantino ucieka w „Django” od jednoznaczności, a lekcję wyniesioną z seansów niezliczonych spaghetti westernów odrobił na szóstkę.
Jak to wszystko działa, jak ze sobą współgra w kontekście specyficznego stylu Tarantina? Twórca „Pulp Fiction” przyzwyczaił wszak widzów do zabawy, żonglerki gatunkami, zaskakiwania na każdym kroku, do tego, że po seansie czujemy się, jakbyśmy zostali „rozdziewiczeni” przez kino. „Django” dowodzi, że zamykanie Tarantina w szufladkach jest bezcelowe, bo każdym kolejnym filmem reżyser się z tych więzów wymyka. Już w „Bękartach wojny” dał przykład swojego specyficznego sposobu myślenia o historii (wymieszanej oczywiście z kinem klasy B), kiedy pozwalał Żydom rozstrzelać Hitlera. „Bękarty wojny” nie były jednak filmem poważnym w tym sensie, w jakim poważne jest zwykle kino wojenne, nie szokowały widokami prawdziwych wojennych okropności. W „Django” niewolnictwo jest już jednak traktowane zupełnie na serio, bez upiększeń, bez charakterystycznego dla reżysera nawiasu. Nie oznacza to oczywiście, że Tarantino przeprowadza w swoim westernie szczegółową analizę sytuacji czarnoskórych przed wojną secesyjną. Tarantino zawsze myśli kinem, myśli gatunkiem, a więc wszystko przenosi na płaszczyznę emocjonalną, nacisk kładzie na sam aspekt wrażenia, jakie jego film wywrze na widzu. W „Django” rozgrywa to za pomocą genialnego w swej prostocie podziału na dwa rodzaje przemocy – śmierć „tych złych” jest widowiskowa, krew bucha z postrzelonych ciał jak z balonów wypełnionych czerwoną farbą, a my cieszymy się jak dzieci. Sceny śmierci niewolników są z kolei jak ostry kamień, który dostał się niepostrzeżenie do wygodnego trampka; wybijają z odbiorczego nastawienia na zabawę, rażą dosłownością, bo męczarnie ludzi biczowanych czy rozszarpywanych przez psy wychodzą poza gatunkowy cudzysłów i trafiają widza z siłą solidnego kopniaka.
Choć zachwyty amerykańskich krytyków, którzy pisali o tym, że Tarantino poważnie poruszył kwestię niewolnictwa, wydają się nieco przesadzone, to jednak trudno nie zauważyć, że „Django” jest w tym aspekcie prawdziwszy niż hagiografie pokroju spielbergowskiego „Lincolna”. W kontraście z nastawieniem, jakie towarzyszy wycieczce na nowy film Tarantino, i rozbuchaną przemocą, której ofiarami padają bezmyślni ludzie plantatora, los niewolników przeraża, a po seansie trudno otrząsnąć się z myśli, że zobaczyliśmy coś więcej niż zabawę kinem.
Tarantino zachowywał się do tej pory wobec westernu trochę jak gimnazjalista, który boi się zagadać do atrakcyjnej koleżanki; niby flirtował z poetyką gatunku w „Kill Billu vol. 2” i „Bękartach wojny”, ale jakoś nigdy nie miał odwagi, żeby nakręcić pełnokrwisty western, osadzony w brutalnym świecie Dzikiego Zachodu. „Django” tłumaczy dlaczego. Nawet Tarantino, reżyser tak inteligentny, ironiczny, żonglujący kinowymi motywami z wprawą kuglarskiego mistrza, wobec westernu, tego najbardziej amerykańskiego ze wszystkich gatunków filmowych, czuje się w pewnym sensie bezradny, pozbawiony dystansu. „Django” to być może najbardziej osobisty i najbardziej dosłowny film w całej jego twórczości. Na pewno pierwszy od czasów „Jackie Brown”, w którym bohaterowie i opowiadana historia liczą się o wiele bardziej niż to, co „meta”, niż to, co związane z jego autorską kinofilią. I jest w tym podejściu coś naprawdę pięknego.
koniec
5 lutego 2013
dodajdo

Komentarze

05 II 2013   13:22:29

"Django i Schulz udają, odpowiednio: bogacza zainteresowanego brutalnymi walkami niewolników i specjalistę od tego typu bijatyk"
Chyba odwrotnie?

05 II 2013   13:38:40

"Django i Schulz udają, odpowiednio: bogacza zainteresowanego brutalnymi walkami niewolników i specjalistę od tego typu bijatyk" Na odwrót

05 II 2013   14:24:43

Bardzo dobra recenzja! dziękuję

05 II 2013   14:45:40

Świetna recenzja. Nie lubię filmów Tarantino (nie ze względu na ich umowność, zapożyczenia czy zabawę konwencjami, po prostu nie trafia do mnie taka forma;), nie porusza, a tego oczekuję od kina ) jednak tutaj czuję się zachęcona; z pewnością obejrzę ten obraz.

05 II 2013   15:29:39

Moim zdaniem "Django" ma wstęp, rozwinięcie akcji ale nie ma niestety takiego zakończenia, które mogłoby być równoważne dwóm pozostałym składowym. Nie ma w tym filmie też bohatera równorzędnego dla Dr Kinga Schultza.

Tytułowy Django to tylko "papierowy rycerzyk" - ot uwolniony dzięki przychylnemu losowi odkrywszy w sobie (nie wiedzieć skąd) talent do broni palnej w miarę efektownie i efektywnie kosi tych których mu fabuła postawiła do wyeliminowania na drodze jego "misji". Bardziej nijaka jest już chyba tylko Hilda, której całą rolę można by zdefiniować cytatem "Jest nagroda za cierpienie. Kto się śmieli, ten korzysta". Ona jest ową nagrodą czekającą na śmiałka. Oczywiście zarysowuje się niby jej wcześniejszą krnąbrność ale w filmie jej rola to czysta pasywność. Calvin Candie jako przerysowany buffonisty "złowrogi arystokrata z południa" raczej nie znajdzie się w czołówce galerii filmowych psychopatów - choć nie mówię, że nie próbował ;) Jednak jego postać jest tak nakreślona, że w efekcie bardziej widza śmieszy niż przeraża - nawet morderczy dureń mimo wszystko jest wciąż tylko durniem ;) Na tym tle Dr Shultz prawdziwie błyszczy - jego dialogi, pragmatycznie ujmujące nawet najbardziej szalone zagrywki filmowej rzeczywistości są pyszne. Wydaje się wręcz chwilami, że jest beznamiętnym mechanizmem przyobleczonym w człowieczy kształt :) To on staje na drodze Django, uwalnia go, berze pod swoje skrzydła a w końcu zaprzyjaźnia się z nim na tyle, że postanawia mu pomóc w jego ryzykownej misji. Jest obcy w obcym kraju - ale dzięki swoistej umiejętności dopasowania się do jego reguł bez zatracania samego siebie wybrał sobie dość "interesujący" sposób na życie - polowanie na ludzi w majestacie prawa. I to jest dopiero przerażające, gdy Dr Shultz z upiorną precyzyjną kalkulacją zysków i strat zupełnie na zimno likwiduje swe cele - nie programowo szalony nierozgarnięty Candie czy mściwy Django a właśnie ta perfekcyjna "legalna maszyna śmierci" naprawdę jeży włos na głowie. A najdziwniejsze, że mimo wszystko trudno nie czuć sympatii dla owego byłego dentysty ;)

Cóż nie będzie to chyba wielkim spojlerem jeśli wyjawię, że niestety o wiele za długo przed zakończeniem akcji filmu przychodzi nam pożegnać się z uroczo zabójczym niemieckim Doktorem. Co więcej, niemal równocześnie żegnamy się też z jakby się zdawało kreowanym na głównego adwersarza karykaturalnym synem południa. Dlatego właściwie barak w tym filmie zakończenia - oczywiście nie ma łatwo i przed napisami końcowymi Django przyjdzie rozbryzgać jeszcze całe wiadra "czerwonej farby", ale żadnej kulminacji na miarę choćby spaghetti westernów już się widz nie doczeka. Krótko mówiąc króluje krwawa zemsta a nie klasyczny pojedynek "dobra i zła". Chyba jedynym usprawiedliwieniem dla takiej konstrukcji zakończenia tej historii jest Stephen (powiem tylko, że to jest dopiero prawdziwie nomen omen ;) czarny charakter). Tylko, że przy całej swej złowieszczości jego postać nie nadaje się na równorzędnego przeciwnika dla takiego killera jak Django więc ich "konfrontacja" wypada pomimo całej huczności dość żałośnie...

Czy zatem uważam "Django" za film nie warty obejrzenia? Ależ skądże znowu. Warto się zapoznać z tą wycieczką Quentina Tarantino (zwłaszcza jeśli się lubi specyficzny styl tego reżysera) na westernowe poletko. Myślę tylko, że nie ma co za bardzo sugerować się "zachwytami krytyki" bo po seansie można poczuć lekkie ukłucie zawodu...

05 II 2013   15:42:18

Ender -> Nie zgadzam się co do braku pojedynku dobra i zła. Moim zdaniem po prostu błędnie identyfikujesz głównych przedstawicieli obu stron - jak dla mnie są nimi postacie Foxksa i Jacksona.

05 II 2013   16:32:04

Chm... To niezupełnie tak. Przecież napisałem, że to Stephena uważam za "prawdziwie (...) czarny charakter". Po prostu nie ma w tym filmie na zakończenie tego drżenia emocji jakie pojawia się w wielu westernach gdy przychodzi do ostatecznej rozgrywki, bo nie ma już mowy o równorzędnym pojedynku...

05 II 2013   16:38:38

Ani słowa o roli doskonałego Samuela Jacksona ani słowa? Jak to?

06 II 2013   10:52:29

@ender73
A ja sądzę, że to celowy zabieg Tarantino - nie ma w tym filmie ostatecznego pojedynku z czarnym charakterem, ponieważ widz spodziewa się go zobaczyć. I tak Tarantino znów bawi się naszymi przyzwyczajeniami.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu potrzebne są rozwiązania systemowe
Agnieszka ‘Achika’ Szady

22 XI 2017

Co ma wspólnego Batman z romantyzmem i dlaczego nie pamiętam, z kim walczył w poprzednim filmie? Czyli trochę o „Lidze Sprawiedliwości”, a trochę o superbohaterach w ogólności.

więcej »

Asgard to nie miejsce…
Agnieszka ‘Achika’ Szady

20 XI 2017

…mówił Odyn, a mnie w głowie narzucało się: „…Asgard to stan umysłu”. W każdym razie na pewno stan umysłu twórców trzeciej części przygód Thora był zbliżony do stanu umysłu twórców „Strażników galaktyki”, bo po raz kolejny w Marvel Cinematic Universe pojawiła się komedia. I to dobra!

więcej »

Nie tak ładnie pachniesz
Konrad Wągrowski

17 XI 2017

„Liga Sprawiedliwości” mogła być czymś więcej niż zwykłym filmem o drużynie superbohaterów walczącej w obronie Ziemi. Ale zabrakło i odwagi, i chyba trochę też talentu.

więcej »

Polecamy

Czeska babcia w roli Kaja

Dobry i Niebrzydki:

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Kobieta na rozdrożu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Brokeback Mountain z punktu widzenia owiec
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpowanie uczłowiecza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Klaun – Frajerzy, do przerwy 0:1
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Maj 2013 (3)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Kamil Witek

Esensja ogląda: Maj 2013 (2)
— Miłosz Cybowski, Ewa Drab, Gabriel Krawczyk, Kamil Witek

Esensja ogląda: Luty 2013 (Kino)
— Miłosz Cybowski, Gabriel Krawczyk, Alicja Kuciel, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Styczeń 2013 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Piotr Dobry, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Alicja Kuciel, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Podoba mi się, jak kręcisz filmy, chłopcze
— Ewa Drab

Tegoż twórcy

Jedyna taka mitologia
— Piotr Dobry

Esensja ogląda: Maj 2013 (3)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Kamil Witek

Esensja ogląda: Maj 2013 (2)
— Miłosz Cybowski, Ewa Drab, Gabriel Krawczyk, Kamil Witek

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (10)
— Jakub Gałka

Daj się uwieść obliczu żydowskiej zemsty
— Konrad Wągrowski

Gaz do dechy
— Kamil Witek

DVD: Wściekłe psy
— Konrad Wągrowski

Stój, bo mamuśka strzela!
— Agnieszka Szady

Kill Bill - czwórgłos
— Marta Bartnicka, Michał Chaciński, Anna Draniewicz, Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Lisy w krainie wilków
— Grzegorz Fortuna

Nic już nie gra
— Grzegorz Fortuna

Głupota jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową
— Grzegorz Fortuna

Porażki i sukcesy 2014
— Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Jarosław Robak, Grzegorz Fortuna, Jacek Walewski, Konrad Wągrowski, Krystian Fred, Kamil Witek, Miłosz Cybowski, Adam Kordaś

Źródła
— Grzegorz Fortuna

Llewyn Davis jest palantem
— Piotr Dobry, Ewa Drab, Grzegorz Fortuna

Oswajanie melancholii
— Grzegorz Fortuna

Apokalipsa według Guillermo del Toro
— Grzegorz Fortuna

Zakleszczeni w postkomunie
— Grzegorz Fortuna

To zdecydowanie zły dzień, żeby szklana pułapka
— Grzegorz Fortuna

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.