Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

East Side Story: Car puszka, car kołokol, car bomba i… car film

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 »
W Rosji carskiej, a potem także w Związku Radzieckim wszystko musiało być najpotężniejsze w całym świecie – armata i dzwon na Kremlu, a za czasów Nikity Chruszczowa bomba jądrowa. Najnowszy obraz Fiodora Bondarczuka wpisuje się w tę manię wielkości. Patetyzmem i pompatycznością dorównuje filmom hollywoodzkim, scenografią je przebija. Ale nietrudno to zrozumieć, biorąc pod uwagę, że „Stalingrad” opowiada o przełomowej bitwie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Fiodor Bondarczuk
‹Stalingrad›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułStalingrad
Tytuł oryginalnyСталинград
Dystrybutor UIP
Data premiery29 listopada 2013
ReżyseriaFiodor Bondarczuk
ZdjęciaMaksim Osadczy
Scenariusz
ObsadaPiotr Fiodorow, Thomas Kretschmann, Maria Smolnikowa, Andriej Smoliakow, Dmitrij Łysenkow, Aleksiej Barabasz, Janina Studilina, Petar Zekavica, Siergiej Bondarczuk, Natalia Kadocznikowa, Oleg Wołku, Polina Rajkina, Oksana Baziliewicz, Kirył Waraksa, Jurij Utkin, Heiner Lauterbach
MuzykaAngelo Badalamenti
Rok produkcji2013
Kraj produkcjiRosja
Czas trwania130 min
Gatunekmelodramat, wojenny
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Nie ma ani krzty przesady w stwierdzeniu, że „Stalingrad” Fiodora Siergiejewicza Bondarczuka to najbardziej oczekiwany film rosyjski roku. Mówiono o nim w mediach już od wielu miesięcy, nakręcając zainteresowanie zarówno widzów, jak i krytyków. Ostatnie tygodnie przed premierą to już niekończący się festiwal artykułów prasowych, wywiadów udzielanych przez reżysera i innych działań o charakterze czysto marketingowym. Ich przypieczętowaniem było podanie do publicznej wiadomości w końcu września informacji, że dzieło autora „9 kompanii” (2005) będzie kandydować do Oscara w kategorii „najlepszego filmu nieanglojęzycznego”. Po takiej deklaracji pewnym było, że publiczność będzie szturmować sale kinowe. I tak też się stało. Warto jednak zaznaczyć, że droga do „Stalingradu” wcale nie była usłana różami. Fiodor Siergiejewicz (rocznik 1967) jest artystą „obciążonym genetycznie” – nie tylko dlatego, że pochodzi z rodziny artystycznej, ale głównie z powodu ojca, Siergieja Bondarczuka, najwybitniejszego batalisty w historii kina radzieckiego (któremu, również pretendujący do tego miana, Jurij Ozierow powinien jedynie buty czyścić). Chcąc więc zmierzyć się z legendą twórcy „Losu człowieka” (1959), „Wojny i pokoju” (1965-1967), „Waterloo” (1970) czy „Oni walczyli za Ojczyznę” (1975), Bondarczuk junior musiał sięgnąć po temat z najwyższej wojennej półki. A co nadawało się do tego bardziej niż batalia stalingradzka? Przy okazji mógł załatwić jeszcze jedną sprawę – rozprawić się z mitem wspomnianego wcześniej Ozierowa, który swoją wersję bitwy o „miasto Stalina” opowiedział niemal równo ćwierć wieku temu. Na dodatek powierzając w niej epizodyczną rólkę żołnierza Iwana dwudziestodwuletniemu wówczas Fiodorowi Siergiejewiczowi…
Po temat radziecko-niemieckich (chociaż nie tylko, bo przecież po stronie hitlerowców walczyli także Włosi, Rumuni, Węgrzy i Chorwaci) walk o dawny Carycyn często sięgali filmowcy. Najwcześniej oczywiście sami Rosjanie; wystarczy wspomnieć monumentalne „Wielki przełom” (1945) Fridricha Ermlera i „Bitwę stalingradzką” (1949-1950) Władimira Pietrowa, które służyły jednak nie tyle ukazaniu prawdy historycznej, co nade wszystko gloryfikacji i apoteozie Józefa Stalina. Znacznie bliższy rzeczywistości, mimo iż wciąż bardzo niedoskonały, był „Stalingrad” (1989) Jurija Ozierowa – głównie dlatego, że oprócz kinematografii enerdowskiej i czechosłowackiej pieniądze na jego produkcję dorzucili również Amerykanie. Cztery lata później doczekaliśmy się pierwszego głosu z drugiej strony barykady pod postacią bardzo udanego obrazu Josepha Vilsmaiera, któremu nie było w stanie dorównać nawet wysokobudżetowe międzynarodowe przedsięwzięcie sygnowane przez Francuza Jean-Jacques’a Annauda zatytułowane „Wróg u bram” (2001). Czy udało się Bondarczukowi, którego „Stalingrad” pochłonął, według oficjalnych danych, 30 milionów euro (a według nieoficjalnych co najmniej dwa razy tyle) – odpowiemy w dalszym ciągu tekstu. Fiodor Siergiejewicz zabrał się za realizację tego filmu krótko po zakończeniu pracy nad ekranizacją „Przenicowanego świata” (2008-2009) Braci Strugackich. Pierwszą wersję scenariusza przygotował, urodzony w Leningradzie w 1970 roku, Ilja Tilkin („Człowiek w oknie”), który oparł swój tekst przede wszystkim na wspomnieniach uczestników bitwy oraz dokumentach archiwalnych. Bondarczuk nie był z tego zadowolony i zdecydował się oddać go do przeróbki zaprzyjaźnionemu reżyserowi i scenarzyście Siergiejowi Snieżkinowi („Pochowajcie mnie pod podłogą”, serial „Biała gwardia” oparty na powieści Michaiła Bułhakowa). Zadanie, jakie przed nim postawił, było bardzo konkretne – Snieżkin miał zadbać o atrakcyjność fabularną filmu, dodać kilka wątków, które przykułyby uwagę widzów. I znalazł je w dziełach beletrystycznych: epickim „Życiu i losie” Wasilija Grossmana oraz bliskich naturalizmowi „W okopach Stalingradu” Wiktora Niekrasowa (choć akurat ta powieść nie została wymieniona w napisach końcowych).
Pierwszy okres zdjęciowy, trwający zaledwie siedemnaście dni, miał miejsce jesienią 2011 roku w forcie kronsztadzkim niedaleko Petersburga. Zrealizowano wówczas dwa kluczowe epizody batalistyczne, w tym niezwykle przejmującą scenę ataku czerwonoarmistów na bunkry nadwołżańskie, w których Niemcy trzymali zapasy paliwa. Wzięło w niej ponoć udział dziewięciuset statystów. Kilka kolejnych miesięcy poświęcono na budowę dekoracji, które miały „zagrać” zniszczone działaniami wojennymi ulice i domy Stalingradu; wzniesiono je w dwóch miejscach – także w okolicach miasta nad Newą – we wsiach Wystaw oraz Sapiornyj. Ekipa filmowa udała się tam w maju i pracowała do końca lipca 2012 roku, by potem zamknąć się w pawilonach wytwórni RWS w Moskwie oraz petersburskiego „Lenfilmu”. Dzieło Bondarczuka powstało w trzech wersjach: klasycznym 2D, 3D oraz IMAX 3D. Po raz pierwszy gotowy już film pokazano pod koniec września bieżącego roku mieszkańcom Wołgogradu (czyli dawnego Stalingradu); pokaz prasowy odbył się kilka dni później w moskiewskim kinie „Oktiabr’”, a właściwa premiera miała miejsce 10 października. W tym samym czasie film trafił na ekrany kin w Armenii i na Ukrainie, a niebawem pokażą go Chińczycy. Co znakomicie rokuje, jeśli chodzi o dochody. Zresztą jeżeli wierzyć oficjalnym doniesieniom (docierającym z Rosji i innych państw), to „Stalingrad” zwrócił się już po pierwszym weekendzie wyświetlania.
Stalingrad odgrywał niezwykłą ważną rolę w planach wojennych III Rzeszy; opanowanie położonego nad Wołgą miasta – trzeciego wówczas pod względem liczby ludności w ZSRR – otwierało bowiem drogę do zajęcia Kubania i Kaukazu północnego, nie mówiąc już o wydźwięku propagandowym, z jakim spotkałaby się w całym Związku Radzieckim kapitulacja „miasta Stalina”. Hitlerowcy (wraz ze swoimi sojusznikami) rozpoczęli szturm w drugiej połowie sierpnia 1942 roku, zanim jeszcze udało się ewakuować mieszkańców; dla wielu, którzy pozostali w swoich domach, zaczęła się tym samym trwająca pół roku gehenna. Akcja filmu Bondarczuka – nie licząc umiejscowionego w Japonii współczesnego prologu (który zresztą niespecjalnie pasuje do treści całego dzieła) – rozgrywa się wczesną jesienią 1942 roku. Armia Czerwona szykuje się do odzyskania opanowanego częściowo przez Niemców Stalingradu; w tym celu zostaje przeprowadzony desant na drugi brzeg Wołgi. Niestety dla Sowietów, kończy się on niepowodzeniem – mimo akcji oddziału specjalnego, nie udaje się zapobiec wysadzeniu w powietrze zgromadzonych nad brzegiem rzeki w specjalnych bunkrach niemieckich zapasów paliwa, które płonąc, tworzy potężną ścianę ognia, praktycznie uniemożliwiającą skuteczny atak piechoty. Jest to osobisty sukces kapitana Petera Kahna – oficera Wehrmachtu, który ryzykując życie, bohatersko broni powierzonego mu odcinka. Kahn nie jest jednak wcale zaprzysięgłym nazistą; to żołnierz z krwi i kości, który stara się jak najlepiej wykonać rozkaz.
Niemiec nosi w sobie osobistą traumę – związana jest ona z przedwczesną śmiercią żony, którą kochał ponad wszystko i której cechy zewnętrzne dostrzega w Maszy, jednej z mieszkanek zniszczonego działaniami wojennymi Stalingradu. Wbrew ideologii nazistowskiej, zakochuje się w pięknej blondwłosej Słowiance; odwiedza ją przy każdej nadarzającej się okazji, przynosi jedzenie, jednocześnie jednak narażając kobietę na oskarżenia o kolaborację i bycie dziwką nazisty. Rodzące się między nimi uczucie pokazane zostało w sposób zaskakująco subtelny, bez ferowania pochopnych wyroków i napiętnowania mniej lub bardziej wyimaginowanych win. To ważne dla odbioru całości dzieła, że Bondarczukowi udało się powstrzymać od jednoznacznego potępienia Maszy, która stając się kochanką Kahna, i tak przypieczętowuje swój nielekki los. Głównym adwersarzem oficera niemieckiego jest radziecki kapitan Gromow (wzorowany na prawdziwej postaci lejtnanta Jakowa Pawłowa), który podczas wspomnianego powyżej desantu z przydzielonymi mu żołnierzami opanowuje ważny strategicznie dom w centrum miasta. Niebawem z ogromnym zdziwieniem stwierdza też, że w domu tym wciąż mieszka młodziutka, niespełna dziewiętnastoletnia Katia. Choć w czasie wcześniejszych walk o miasto zginęli wszyscy jej krewni i sąsiedzi, ona zdecydowała się mimo wszystko pozostać w zniszczonej kamienicy, między innymi po to, aby pilnować ich grobów.
[1] 2 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Wunderwaffe z nader skromnym wunder
Jarosław Loretz

21 VI 2017

W „Wonder Woman” próżno szukać cudowności. Na tle poprzednich porażek DC film ogląda się nieźle, ale to trochę za mało, żeby obwołać renesans uniwersum.

więcej »

Esensja ogląda: Czerwiec 2017 (3)
Kamil Witek

19 VI 2017

W trzecim czerwcowym zbiorze krótkich recenzji filmowych oceniamy gorące wakacyjne blockbustery: "Król Ritchie Artur. Legenda miecza", "Mumia" z Tomem Cruisem i "Baywatch. Słoneczny patrol".

więcej »

East Side Story: Przejście przez ogień
Sebastian Chosiński

18 VI 2017

„Moloch” to w zasadzie film… polski. Polskie były pieniądze, za jakie go zrealizowano, i ekipa, która tego dokonała. Dlaczego więc pojawia się w cyklu „East Side Story” – z definicji poświęconym kinematografiom dawnych krajów Związku Radzieckiego? Z prostej przyczyny: krótkometrażówka Szymona Kapeniaka powstała na Ukrainie i grają w niej aktorzy ukraińscy.

więcej »

Polecamy

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce

Dobry i Niebrzydki:

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Co nam w kinie gra: Stalingrad
— Sebastian Chosiński

Z tego cyklu

Przejście przez ogień
— Sebastian Chosiński

Seks z syreną? Tylko nad Bałtykiem
— Sebastian Chosiński

Zanim zaczęła się wojna… zimna wojna
— Sebastian Chosiński

Nadzieja powraca ostatnia
— Sebastian Chosiński

Miasto w obliczu zarazy
— Sebastian Chosiński

„Nordic noir” rodem z Jakucji
— Sebastian Chosiński

Wszystko zdarza się dwa razy
— Sebastian Chosiński

A Anna Karenina żyła długo i szczęśliwie…
— Sebastian Chosiński

„Woschod 2” jak „Apollo 13”
— Sebastian Chosiński

Pierścionek bez orła w brzuchu
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Non omnis moriar: Wspiąć się na najwyższy szczyt
— Sebastian Chosiński

Zbrodniarz i panna
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Okazja czyni tchórza
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Historia w obrazkach: Ręka w rękę z „czerwonymi”
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Syn i córka leśnika
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Romantyk jazzowej gitary
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: „Polska ma wspaniałych milicjantów!”
— Sebastian Chosiński

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.