Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 maja 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Jak skutecznie oszukiwać

Esensja.pl
Esensja.pl
Wiem, że ta recenzja jest odrobinę spóźniona - kto jest maniakiem kina s-f już pewnie zdążył na film się wybrać i o nim zapomnieć. Może jednak uda mi się ocalić paru spóźnialskich, którzy za kilka miesięcy sięgnęliby po kasety video. Ostrzegam też, że zamierzam bez skrupułów odnosić się do najlepszych i najgorszych scen filmu nie ukrywając fabuły - uważam, że film jest przewidywalny jak dzień po nocy i nikomu zabawy nie zepsuję.

Paul Verhoeven
‹Człowiek widmo›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCzłowiek widmo
Tytuł oryginalnyHollow Man
Dystrybutor Syrena
Data premiery8 września 2000
ReżyseriaPaul Verhoeven
ZdjęciaJost Vacano
Scenariusz
ObsadaElisabeth Shue, Kevin Bacon, Josh Brolin, William Devane, Rhona Mitra
MuzykaJerry Goldsmith
Rok produkcji2000
Kraj produkcjiNiemcy, USA
Czas trwania112 min
WWW
Gatunekgroza / horror, SF
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Lubię być sprawnie i skutecznie oszukiwany. No może nie w każdej sytuacji, ale będąc w kinie, na filmie fantastycznym, zdecydowanie lubię. Nie wiem jak Wy, ale ja, żebym zainteresował się filmem, jego treścią, przesłaniem, motywacją bohaterów, przekazem odautorskim itp. muszę najpierw w film uwierzyć. Muszę zostać na własną prośbę oszukany. Bo film fantastyczny (a przynajmniej taki, który wykorzystuje rekwizyty fantastyczne, lub zgoła tworzy nowe, własne światy) oszukiwać musi. Gdyby wszystko w filmie dawało się naukowo uzasadnić, to scenarzysta pognałby do urzędu patentowego a nie do studia. Gdzieś musi czaić się skaza na pozornie bezbłędnie przedstawionej zasadzie działania statku nadświetlnego, wehikułu czasu, czy czapki niewidki. Rzecz w tym, żeby to zniekształcenie znanej nam rzeczywistości przemycić niepostrzeżenie, i żeby zbudowany na takim fantastycznym pomyśle świat był logicznie bez zarzutu. Często toczę pianę słysząc zdania "Ja nie lubię filmów fantastycznych bo to takie głupoty... Bo tam, panie, bohater lata, chodzi po wodzie, rozmawia z jeżami, obcięte ręce mu odrastają a na dodatek ma jeszcze dziwne, spiczaste uszy, które mu te wszystkie cudowności umożliwiają". Nic bardziej błędnego! "Fantastyka" to nie magiczne słowo zawieszające prawa nauki i logiki. Owszem, facetowi może odrosnąć ręka, ale tylko jeżeli jego dziadkowie ulegli mutacji lub porwało go UFO, względnie zażył nietestowane lekarstwo z WNP. A jeśli mu już ta ręka odrasta, to należy zadbać chociaż o prawo zachowania masy - parę dni temu widziałem znowu, jak w filmie "Gatunek" hodowana z pojedynczych komórek pod mikroskopem obca istota w kilka minut rozrosła się do rozmiarów średniej wielkości węża. Skąd wzięły się te kilogramy mięsa? Jeden obcy wie. Powtarzam: ja wiem że czasem oszukiwać trzeba - jeżeli autor filmu chce żeby bohaterowi odrosła ręka, w porządku - niech odrasta. Ja tylko nie zgadzam się by mnie obrażano pokazując na ekranie banialuki, które dostrzeże średnio rozgarnięty uczeń podstawówki. Niech magister biologii walnie pięścią i zawoła "Bzdura! Ręka nie ma prawa odrosnąć w 3 minuty na ekranie, nawet jeśli bohater nawpycha się białka po same uszy i zażyje prochy z Syriusza." Nic to - większość da się oszukać. Moją zawodową dziedziną jest elektronika i komputery. Prawie w każdym filmie s-f poruszającym tę tematykę, dostrzegam rażące błędy (a właściwie celowe przekłamania). Komputer może wszystko obliczyć, komputer się pomylił, komputer zabija w czasie snu - co tylko chcecie. Ale ja zaciskam zęby i się nie czepiam - większość znajomych "nie-komputerowców" przełyka te bzdury bez zmrużenia oka i ogląda film dalej z przyjemnością. Gorzej, jeśli dostrzegam głupoty w dziedzinach mi obcych, jak biologia na przykład. Wtedy czar pryska a ja znowu czuję, że ktoś robi ze mnie kretyna, dodatkowo za moje pieniądze. I proszę wszystkich krytyków, czy innych humanistów by przestali uśmiechać się z wyższością, bo przecież metafora, poetyka, umowność, symbole, zawieszenie niewiary, itp. itd. Ja wiem, ja rozumiem, ja się zgadzam, mimo technicznego wykształcenia. Jeżeli w "Aniele Zagłady" Bunuela bohaterowie przez cały film nie mogą opuścić domu, w którym się spotkali, to autor nie wyjaśnia w ogóle przyczyny tego zjawiska. Tak jakby mówił wprost: "Niech was nie obchodzi dlaczego nie mogą wyjść z domu, to nie jest ważne - to metafora. Interesujące jest co zrobią w tej sytuacji." Jest to uczciwe postawienie sprawy. Co innego jednak, jeżeli autor umieszcza akcję współcześnie, w laboratorium, a podstawą fabuły czyni eksperyment naukowy. Jeżeli twórca narzuca widzowi pewne ramy rzeczywistości to powinien narzucić je także sobie. Tak się niestety nie dzieje w filmie Paula Verhoevena "Człowiek widmo", który miałem właśnie nieszczęście obejrzeć i który sprowokował mnie do popełnienia tego przydługiego wstępu.
Wiem, że ta recenzja jest odrobinę spóźniona - kto jest maniakiem kina s-f już pewnie zdążył na film się wybrać i o nim zapomnieć. Może jednak uda mi się ocalić paru spóźnialskich, którzy za kilka miesięcy sięgnęliby po kasety video. Ostrzegam też, że zamierzam bez skrupułów odnosić się do najlepszych i najgorszych scen filmu nie ukrywając fabuły - uważam, że film jest przewidywalny jak dzień po nocy i nikomu zabawy nie zepsuję.
Ale po kolei. Film zapowiadał się całkiem nieźle - klasyczna opowieść o niewidzialnym człowieku jest jakby stworzona dla kina s-f najnowszej generacji. Temat daje możliwość rozwinięcia w najróżniejszych wymiarach: psychologicznym, etycznym, poszukiwania tożsamości, ba, nawet religijnym. Przy tym technika efektów specjalnych pozwala już na oddanie wizualnej części widowiska bez umownych rekwizytów w stylu fruwających koszul - marionetek. Krótko mówiąc - liczyłem na coś w stylu "Wywiadu z wampirem", w którym po mistrzowsku potraktowano motyw istoty wyizolowanej ze społeczeństwa przez swą inność i potęgę - wampira. Zawiodłem się gorzko.
"Człowiek widmo" rozpoczyna się w laboratorium umieszczonym głęboko pod ziemią (między wierszami czytaj: tajnym/spec. znaczenia). Grupa młodych naukowców pod przewodnictwem Sebastiana Caine′a, którego całkiem dobrze gra Kevin Bacon, pracuje nad metodą uzyskania niewidzialności organizmów żywych. Dokładniej, są już w posiadaniu odpowiedniego eliksiru (w postaci płynu o kolorze, który chyba wyszedł wprost z bajki Disneya) a teraz głowią się jak ten proces odwrócić. Możemy (a właściwie nie możemy) oglądać niewidzialne zwierzęta w klatkach. Taki początek nastraja optymistycznie. Zawiesiłem więc na kołku swoją niewiarę w to, że można chemicznie (a może genetycznie?) zmusić do niewidzialności kości, włosy i paznokcie (oraz wszystko inne). Aha - pomyślałem - czarna robota już odwalona, teraz zacznie się to co najważniejsze, i to co nie pozwala o filmie zapomnieć: psychologia, etyka, pytania i odpowiedzi.... Gdzie tam! Okazało się, że główny bohater oryginalnością psychiki nie grzeszy: tyran i despota, współpracowników traktujący jak niewolników bez prawa do własnych pomysłów. Za geniusz płaci wysoką cenę: jest nieobliczalny i nieodpowiedzialny. Czyli typowy "szalony naukowiec" z gatunku tych mniej sympatycznych. Także Matthew (w tej roli Josh Brolin) jest papierowy, a przy tym znacznie gorzej zagrany: to ten wiecznie drugi, facet od czarnej roboty, brak iskry bożej rekompensujący wytężoną pracą i rozumiejący swoje miejsce w naukowym stadzie. Osobą łączącą (a właściwie dzielącą) te przeciwieństwa jest kobieta - naukowiec, Linda McKay (grana przez Elisabeth Shue). Reszta postaci to w zasadzie tło - służą jedynie jako "mięso" w końcowych scenach filmu.
Po ciekawym wizualnie eksperymencie na małpie, bohaterowie uzyskują upragniony anty-eliksir. Tu pojawia się pierwszy zgrzyt - małpa powracająca do stanu widzialności wygląda... nienaturalnie. Tzn. nigdy nie widziałem pokrojonej małpy, ale ta była moim zdaniem jak wyjęta z podręcznika - taka kolorowa i po prostu śliczna. Ale to szczegół. Wkrótce po (nie ogłoszonym jeszcze) udanym eksperymencie, naukowcy zostają wezwani na dywanik przez (baczność) Panów Z Wieloma Gwiazdkami (spocznij), którzy finansują badania. Panowie Ci oświadczają, że albo Sebastian znajdzie szybko anty-eliksir, albo oni zwalniają wszystkich z pracy i zabierają zabawki. Oniemiałem. Chciałbym zobaczyć wojskowego, który nie padłby przede mną na kolana i nie pozostał w tej pozycji dowolnie długo za dostarczenie eliksiru niewidzialności. I pal licho jakieś odtrutki! Ale jak się domyślam wojsko amerykańskie jest humanitarne i nie będzie narażało swoich żołnierzy na niewygody niewidzialności dłużej niż to jest konieczne. Ślicznie. Rozjuszony takim ultimatum Sebastian nie puszcza pary z ust i postanawia przyspieszyć prace przechodząc ponad nieżyciowymi przepisami i przeprowadzając eksperyment na człowieku. Rzecz jasna, nie znajduje innego godnego kandydata oprócz siebie samego.
Od tego momentu wydarzenia toczą się według przewidywalnego schematu: eksperyment, który miał się skończyć w 3 dni, przedłuża się. Niewidzialny człowiek, początkowo zirytowany takim obrotem sprawy, szybko przyzwyczaja się do nowej sytuacji i zaczyna odkrywać jej pozytywne (dla niego) strony. Wkrótce wszyscy współpracownicy stają się dla Niewidzialnego zagrożeniem jego władzy i zaczyna się walka o przetrwanie którejś ze stron. Oczywiście efekty specjalne układają się już piętrowo - co z tego, kiedy niektóre wydają się nienaturalne (jak np. mycie niewidzialnej twarzy, albo szalejący ogień - obowiązkowo tęczowo kolorowy - w końcu płonie laboratorium, kto wie co oni tam trzymali). Może kogoś zbulwersuję, ale uważam, że dużym błędem autorów, było niewykorzystanie potencjalnie niesamowitej i oryginalnej wizualnie sceny gwałtu dokonanego przez Człowieka widmo. Zamiast tego zaserwowano mnóstwo scen przemocy budzących jedynie niesmak swoją wtórnością i zbędnością.
To były te dobre strony filmu. Teraz te złe. Po pierwsze całość psychologicznych przemian głównego bohatera można streścić zdaniem "Najpierw był szurnięty a potem woda sodowa zupełnie uderzyła mu do głowy". Znacznie ciekawiej prezentują się reakcje współpracowników Sebastiana, kiedy przychodzi im żyć wespół z Niewidzialnym w zamkniętej przestrzeni laboratorium. U co wrażliwszych w krótkim czasie ujawniają się początki manii prześladowczej. Uważam, że właśnie postawienie przez autora wyłącznie na warstwę wizualną położyło ten film. Za efektami specjalnymi nie ma zaś niczego. Dosłownie i w przenośni - pustka. Niewykorzystana szansa.
Gwoździem do trumny filmu zaś są braki logiczne, na które psioczyłem we wstępie. Pisałem wcześniej, że zaakceptowałem fakt uczynienia człowieka niewidzialnym. Przyjąłem też bez szemrania, że znika taki delikwent poczynając od skóry a nie np. od serca. Ale kiedy Człowiek widmo narzekał, że razi go światło bo ma przezroczyste powieki - zawrzałem. Kurcze blaszka, jak to go razi? Przecież tak naprawdę to on by nic nie widział, albo widziałby zamazane plamy! Optyka zwichrowała by mu się dokumentnie. Plus oczywiście drobiazg: jeżeli oczy mają coś widzieć, to muszą absorbować chociaż część światła, ergo - jak chcesz widzieć, musisz pokazać swoje oczy światu. Podkreślam - nie czepiałbym się, gdyby sami autorzy nie poruszyli tego tematu, próbując robić widzom wodę z mózgu. Jeżeli widać kolorowy płyn wstrzykiwany do żyły Niewidzialnego, to dlaczego nie dostrzegamy skręconej w eleganckie pętelki zawartości jego jelit? Inna scena: palony długą chwilę miotaczem płomieni nagi Sebastian otrzepuje się z resztek spalonej skóry, która opada z niego jak srebrny pył, po czym idzie dalej okryty szczelnie swą niewidzialnością. Tym razem nie powiem, że chciałbym zobaczyć poparzonego człowieka, który w ten sposób pozbywa się spalonej na popiół skóry - bo nie chciałbym tego widzieć nigdy. Kiedy jedyni ocalali bohaterowie (para Linda i Matthew, jakżeby inaczej) wspinają się szybem windy, dochodzi do wybuchu i kabina przelatuje obok nich wystrzelona do góry ognistym podmuchem jak korek od szampana. Oni jednak trzymają się mocno drabinki, a języki ognia liżą ich jedynie ostrzegawczo - od tak, dla podwyższenia napięcia. Jestem przekonany, że kilka innych błędów, które poraziły mnie w kinie, zdążyłem już, na szczęście dla moich nerwów, zapomnieć. W finale, jak w klasycznym horrorze, Niewidzialny wydawałoby się "zabity na śmierć", powraca i trzeba go dobijać. Szkoda gadać.
Gdyby się dobrze zastanowić, to powinienem wiedzieć w co się pakuję. W końcu Verhoeven zrobił "Pamięć Absolutną", w której terraformowanie Marsa przebiega w czasie nie dłuższym niż jeden oddech (dosłownie). Ale w tamtym filmie mieliśmy rekompensatę płytkiego potraktowania psychologii w postaci dziesiątków pomysłowych rekwizytów, scenografii, spiętrzenia fabuły. W "Człowieku widmie" tego wszystkiego zabrakło. Wyszedł film mierny zarówno fabularnie, jak i psychologicznie, a co najwyżej poprawny (jak na dzisiejsze czasy) wizualnie. Film dla dobrego aktorstwa właściwie nie pozostawia miejsca (najlepszy, Kevin Bacon ma zadanie podwójnie utrudnione gdyż przez większość filmu go nie widać).
Dlaczego w takim razie film nakręcono? Oczywiście odpowiedź jest prosta: dla pieniędzy. Tym razem również dla moich 15zł, które wydałem na film "Człowiek widmo". Pisałem w pierwszym zdaniu, że lubię być skutecznie oszukany. Cóż, tym razem nie mam prawa do narzekań - zostałem oszukany prima sort. Choć może niekoniecznie tak jak lubię.
koniec
1 listopada 2000
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

East Side Story: Nadzieja powraca ostatnia
Sebastian Chosiński

21 V 2017

Pochodząca z Syberii reżyserka i scenarzystka Aliona Dawydowa bardzo długo czekała na swój pełnometrażowy debiut. Jej pierwszy kinowy film trafił na ekrany dopiero w trzydziestą dziewiątą rocznicę urodzin Rosjanki. Lepiej jednak późno niż wcale, tym bardziej że „Iwan” to bardzo udany dramat psychologiczny, którego bohaterem jest nie radzący sobie z życiem mężczyzna w średnim wieku.

więcej »

Siedem „ale” przeciw „Trzynastu powodom”
Gabriel Krawczyk

17 V 2017

Trudno mówić o samobójstwie, jeszcze trudniej snuć wokół niego fabułę. Gdzie kończy się empatia, a zaczyna instrumentalne traktowanie ofiar"? Krytycznie o serialu Netflixa.

więcej »

Straszna pasta z kozła
Przemysław Ciura

15 V 2017

Jednym z zadań horroru, książkowego to czy filmowego, jest wzbudzić egzystencjalny niepokój. Co bardziej soczyste dzieła zamienią go na ból estetyczny. Okazjonalnie pojawi się w tym moralitet, gdy działania Złego staną się ekstrapolacją sprawiedliwości kata, słuszności zemsty, zrównującej potęgi śmierci. W „Ostatniej klątwie” Simona Rumleya będziemy mieli tego wszystkiego po trochu, choć w gruncie rzeczy nie wzleci ona ponad pułap miejskiej legendy.

więcej »

Polecamy

Ksenomorfy pod prysznicem

Dobry i Niebrzydki:

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pieprzeni kamikadze w kalifornijskim raju
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pancerz bez ducha
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpa musi się pobrudzić
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dysfunkcyjna rodzina w podróży, czyli rzeźnia, która wzrusza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zabić jelenia gołymi rękami i wyrecytować Konstytucję przez sen
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Marzec 2017 (3)
— Piotr Dobry, Marcin Osuch, Jarosław Robak

Przypominaj to sobie wybiórczo
— Jakub Gałka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.