Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Esensja ogląda: Kwiecień 2014 (2)

Esensja.pl
Esensja.pl
Dziś w „Esensja ogląda” bogato i ciekawie. Z kina recenzujemy niedawne premiery: „Grand Budapest Hotel” i „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” oraz starsze, ale jeszcze obecne na ekranach „American Hustle”. Z DVD „Oslo, 31 sierpnia”, „Kick-Ass 2” i „Człowiek ze stali”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Grand Budapest Hotel
Agnieszka Szady [90%]
Film ten wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Zaczyna się jak obyczajowa komedia retro, potem osuwa się w kryminał, który szybko mutuje w czarną komedię. W każdym razie nastrój jest jedyny w swoim rodzaju – można go podsumować stwierdzeniem „Roland Topor spotyka Amelię”. Szkatułkowa kompozycja i osadzenie w fikcyjnym państwie nadaje całości specyficznej nierealności, podkreślanej ujęciami gór i kolejki szynowej, które nawet nie próbują udawać, że nie są makietą.
Kiedy w ten półbaśniowy światek nagle wkrada się zabójstwo, w pierwszej chwili można doznać wrażenia, że to jakaś mistyfikacja, może głupi dowcip. Potem akcja zaczyna nabierać rozpędu: pojawia się groteskowo-straszna rodzina ofiary, a motyw kryminalny „kto zabił” niemal od razu przeradza się w makabreskę niczym z opowiadań Topora: kiedy na ekranie pojawił się pakunek zawierający martwego kota, tylko czekałam, aż ktoś pomyli go z zającem kupionym na pasztet. Kolejne sceny potęgują nastrój absurdu: ucieczka z więzienia wygląda jak „Allo, Allo” sfilmowane przez Quentina Tarantino, a bohaterowie telefonujący z dobrze oświetlonej budki stojącej w mglistym polu pośród stogów mogliby pochodzić wprost z obrazu jakiegoś surrealisty. Reżyser zgrabnie żongluje komedią (wręczenie krawatów przebranym w łachmany bohaterom, żeby mogli skorzystać z wagonu jadalnego), eskalacją przesady (tajne Stowarzyszenie Skrzyżowanych Kluczy i jego niekończące się telefony), makabrą (odcięte palce, rzeź strażników) i specyficznym romantyzmem w wykonaniu Monsieur Gustave’a, który nawet na krawędzi śmierci jest w stanie deklamować wiersze. Ten przełożony personelu hotelowego jest prawdziwym bohaterem filmu – narrator, Zero Mustafa, to tylko obserwator. Pan Gustave, ekscentryczny uwodziciel starszych dam, jest początkowo kreowany na pozera i żigolaka, a potem okazuje się osobą zaskakująco odważną i szlachetną. To jedno z wielu zaskoczeń tego niezwykłego filmu.
WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz
Sebastian Chosiński [70%]
Adaptacjom komiksów Marvela końca nie widać; średnio co kilka miesięcy na ekrany kin wchodzi bowiem kolejny powiązany z jego uniwersum blockbuster. Jak nie jest to osobna opowieść o Hulku, Thorze czy Iron Manie, to historia wszystkich Avengersów razem wziętych. W każdym razie kino superbohaterskie ma się nieźle, jak nigdy wcześniej. Ale najważniejsze, że kolejne produkcje nie zaniżają poziomu, mimo że odpowiadają za nie różni autorzy i scenarzyści; szczęśliwie jednak główne role panów i pań w trykotach powierzane są tym samym aktorom. Jak chociażby Chrisowi Evansowi, który wyspecjalizował się w postaci Kapitana Ameryki. Przed „Zimowym Żołnierzem” był już nim trzykrotnie i będzie po raz piąty w kręconej właśnie przez Jossa Whedona kontynuacji „Avengers” – „Age of Ultron” (premiera zapowiadana jest na maj przyszłego roku). „Zimowy żołnierz” został luźno, a nawet bardzo luźno, oparty na wydanej niedawno w Polsce – w „Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela” – historii autorstwa Eda Brubakera (scenariusz) i Steve’a Eptinga (rysunki), która w Stanach Zjednoczonych ukazywała się w latach 2005-2006. Akcja rozgrywa się współcześnie, w XXI wieku, co oznacza tyle, że po kilkudziesięciu latach spędzonych w „zamrażalniku” Steve Rogers został odhibernowany, aby pomóc T.A.R.C.Z.Y. w walce z rozprzestrzeniającym się międzynarodowym terroryzmem. Służy temu przygotowywany właśnie program „Wizja”, którego wprowadzeniem kieruje Alexander Pierce (niepokojąco złowieszczy Robert Redford). Wątpliwości co do jego sensowności nie może jednak pozbyć się Nick Fury (po raz kolejny Samuel L. Jackson) i dlatego prawdopodobnie pada ofiarą zamachu. Rogers postanawia rozwiązać zagadkę śmierci Fury’ego, w czym wydatnie pomaga mu Czarna Wdowa (Scarlett Johansson).
Źródła całej intrygi tkwią, jak się okazuje, w okresie tuż powojennym, kiedy to, po rozpadzie koalicji antyhitlerowskiej, oba bloki polityczno-militarne rozpoczęły masowe polowanie na dawnych nazistowskich naukowców, chcąc wykorzystać ich teraz do własnych celów. W efekcie po latach wewnątrz T.A.R.C.Z.Y. powstaje tajemnicza organizacja Hydra, której celem jest przejęcie pełnej kontroli nad światem, co ma się odbyć pod przykrywką zwalczania międzynarodowego terroryzmu. Tym sposobem autorzy filmu bardzo sprytnie pożenili przeszłość z teraźniejszością. Udało im się to również z postacią samego Kapitana Ameryki, który, pojawiwszy się w obcym sobie świecie, musi w przyspieszonym tempie uczyć się rządzących nim zasad. Jak na superbohatera przystało, udaje mu się to wybornie. Co jednak wcale nie oznacza, że pojedynek z tytułowym Zimowym Żołnierzem (wyjątkowo mało przekonujący Sebastian Stan) będzie dla niego jedynie przyjemną przechadzką po Central Parku. Tym bardziej że w śmiertelnym wrogu Rogers rozpoznaje doskonale sobie znaną postać z przeszłości. Początek filmu w niewielkim stopniu kojarzy się z dotychczasowymi produkcjami superbohaterskimi, znacznie bardziej z „zimnowojennymi” sensacyjnymi obrazami szpiegowskimi, jakimi na potęgę karmiono Amerykanów jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku (kłaniają się nawet Bondy). Dopiero w drugiej części do głosu dochodzą ponadnaturalne zdolności głównych postaci dramatu, do których dołącza, jako pomocnik Kapitana Ameryki, czarnoskóry Sam Wilson, czyli Falcon. Podsumowując: świetne kino rozrywkowe, w którym najsłabiej wypadają – zresztą po raz kolejny – efekty 3D.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
American Hustle
Miłosz Cybowski [70%]
Szkoda mi czasami Bale’a, którego tyle razy mogliśmy oglądać jako solidnie umięśnionego Batmana, a który tym razem wciela się w otyłego faceta zmagającego się nie tylko z kryzysem wieku średniego, ale też z bardziej poważnymi życiowo problemami. Na szczęście zajmowana przez niego przestrzeń na planie nie sprawia, że staje się głównym bohaterem całej historii. Historii, która była rzeczywiście bezczelnym skokiem na Oskary, ale której zabrakło odpowiedniej głębi i uniwersalnego przesłania, by zdobyć jakiekolwiek statuetki.
Z początku można odnieść wrażenie, że to jednak Bale jest dla filmu postacią centralną, ale to szybko mija, kiedy na scenie pojawiają się kolejni bohaterowie, zawiązują się kolejne relacje między nimi i całość staje się odrobinę bardziej skomplikowana. W gruncie rzeczy okazuje się bowiem, że film nie jest ani o cwanym oszuście, ani o jego żonie (Jennifer Lawrence) i kochance (Amy Adams), ani nawet o przebiegłym, łasym sławy i zaszczytów agencie (Bradley Cooper). Efekt ten nie wpływa jednak na przyjemność z seansu, bardzo łatwo bowiem ów brak konkretnych centralnych postaci zostaje przesłonięty całą rozbuchaną stylistyką lat 70. (muzyka, dekolty Adams). Ale pod tą całą warstwą wizualną kryje się nie w pełni wykorzystany pomysł na film… obyczajowy? Gangsterski? Dramat? Ciężko to jednoznacznie określić, bo elementy każdego z tych gatunków bez problemu znajdziemy w „American Hustle”. Co ciekawe, wciśnięto je tam w miarę bezboleśnie, bez przeładowywania całości, ale też bez jednego konkretnego pomysłu.
Ten brak decyzji wpływa na tempo całej opowieści, która potrafi na początku wciągnąć i gnać naprzód, by krótko potem zwolnić i niepotrzebnie się dłużyć. Dobrze opowiedziany i wyreżyserowany początek rychło ustępuje rozwlekłemu środkowi, który prowadzi widzów i aktorów nie wiadomo dokąd. I właśnie w taki nie wiadomo jaki sposób wszystko nagle się kończy, zostawiając widza z poczuciem niedosytu i chęcią doszukiwania się znaczeń i podtekstów tam, gdzie nic podobnego się nie pojawiło. Historia jednak pozostaje na tyle ładnie opowiedziana i przede wszystkim pokazana, że wychodzimy z kina z dziwnym poczuciem satysfakcji, nawet jeśli później trudno wydobyć z pamięci o „American Hustle” coś więcej niż niejasne wrażenie o niezwykle udanej stylistyce.
DVD i Blu-Ray
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Oslo, 31 sierpnia
Sebastian Chosiński [60%]
Drugi – po „Reprise: Od początku raz jeszcze” (2006) – pełnometrażowy obraz urodzonego w Kopenhadze norweskiego reżysera Joachima Triera, dalekiego krewnego Larsa, który dopisał sobie do nazwiska szlachecki przedrostek „von”. Joachim aż takich ambicji nie miał i pozostał „zwykłym” Trierem, mimo że ma wśród swoich przodków osoby zasłużone dla kinematografii skandynawskiej. „Oslo, 31 sierpnia” zdobyło całkiem sporo nagród – nie tylko w ojczyźnie, ale także na festiwalach i przeglądach w Turcji, Szwecji, Stanach Zjednoczonych i Rumunii. Zaskakująco dużo jak na film, który niczym specjalnym nie zaskakuje, a już na pewno nie oryginalnym ujęciem dość oklepanego tematu. Główny bohater, Anders (w tej roli Anders Danielsen Lie), jest byłym narkomanem, który ostatnie cztery lata spędził w ośrodku zamkniętym na odwyku. W dniu, w którym ma wyjść na przepustkę, próbuje popełnić samobójstwo; gdy nie udaje mu się utopić w jeziorze, dochodzi do wniosku, że nie ma innego wyjścia i trzeba zmierzyć się z rzeczywistością. Wraca do Oslo i zaczyna swą dwudziestoczterogodzinną podróż po mieście, w czasie której odwiedza starych znajomych, zagląda do rodzinnego domu, udaje się na imprezkę. Wchodząc w normalne życie innych ludzi, uświadamia sobie, jak dużo stracił przez nałóg. Jest już po trzydziestce, a niczego nie osiągnął – nie ma rodziny ani dobrej posady, nawet żadnych planów na przyszłość. Czuje się gorszy od wszystkich wokół, co z czasem wywołuje w nim coraz większą frustrację i prowadzi do finału, którego w zasadzie można się spodziewać, a już na pewno trudno uznać go za zaskakujący.
Stwierdzenie, że z tego tematu dałoby się wyciągnąć więcej – razi banałem. Ale dokładnie tak jest. Joachim Trier pokazał portret mężczyzny przegranego, którego każdy, z kim się styka, choć nieświadomie, utwierdza w przekonaniu, że zaprzepaścił wszystko, co mógł. Każdy wpycha go w koleinę, która prowadzi tylko w jednym kierunku. Gdyby chociaż Anders próbował zrobić coś, co pozwoliłoby mu się wyrwać z tego dołka – byłby to jakiś konkretny punkt zaczepienia dla scenarzystów, który ożywiłby bardzo niemrawą akcję. Ale gdzież tam! Mężczyzna robi niemal dokładnie to, czego się spodziewamy po narkomanie, który wyrwał się na wolność. I nawet jeśli tak właśnie zachowałoby się dziewięćdziesiąt procent jemu podobnych w identycznej sytuacji, niekoniecznie trzeba od razu kręcić o tym film. Warto dodać, że obraz był inspirowany na poły autobiograficznym opowiadaniem „Le feu follet” (1931) francuskiego prozaika, dramaturga i publicysty Pierre’a Drieu La Rochelle’a, hitlerowskiego kolaboranta z czasów drugiej wojny światowej, który popełnił samobójstwo w marcu 1945 roku. Odpowiednikiem filmowego Andersa był w nim poeta-dadaista Jacques Rigaut, który strzelił sobie w serce w listopadzie 1929 roku, mając niespełna trzydzieści jeden lat. Kto wie, może gdyby Trier zdecydował się nie przenosić akcji w czasy nam współczesne, „Oslo, 31 sierpnia” zyskałoby na atrakcyjności. Ale też takie dzieło kosztowałoby znacznie więcej.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Kick-Ass 2
Jarosław Loretz [30%]
Trochę nie rozumiem tego filmu. Wielki budżet, świetna technika realizacyjna, doskonała muzyka, kilka ciekawych postaci (no dobrze, głównie Eisenhower), a przy tym wszystkim fabuła… jak w jakimś fanfiku, gdzie grupa jajcarzy, z których każdy ma inne poczucie humoru, aczkolwiek oscylujące z grubsza wokół seksualnej bądź kloacznej tematyki, przekrzykuje się i wrzuca w scenariusz wszystko, co tylko komu do głowy przyszło. W efekcie powstała mordercza krzyżówka płaskiego romansu dla nastolatek, miałkiego melodramatu dla… tak naprawdę nie wiadomo, kogo, bo nie przychodzi mi do głowy nikt, kto mógłby gustować w takich nudnych smętach, oraz hałaśliwej, dynamicznej rozpierduchy na otarcie łez dla tych, którym podobała się poprzednia część i liczyli na repetę. Tyle że ta rozpierducha to trwa tu ze dwie minutki, tam ze trzy, i tu jeszcze z pięć. I to wszystko. Zupełnie jak łyżka miodu w beczce dziegciu. Nie mam pojęcia, kto dopuścił do nakręcenia takiego knota i kto pozwolił przeskoczyć intrydze z krwistoczerwonej kadzi "zabawa dla wszystkich" do oblepionego cekinami różowego wiaderka z nalepką "dziewczyńskie problemy w liceum", ale idąc tym tropem - istnieje wysoka szansa, że trzecia część będzie już tylko dla dzieci, zaś superherosi będą się tam mazać kupami po twarzach…
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Człowiek ze stali
Jarosław Loretz [60%]
Ciężki film. Ciężki detalem, ciężki kostiumem (walka na Kryptonie jest wręcz komicznie powolna), ciężki przeładowaną scenografią i ponurą kolorystyką. A mimo to przygody chłoptasia w pelerynce - a już szczególnie ostatnią ich godzinę - ogląda się całkiem przyjemnie. Być może dlatego, że nie ma tu irytującej już dziś słodkości starej serii, że nie ma tej sielskiej delikatności i oderwania od rzeczywistości, że rozwałka - jak już się zacznie - idzie pełną gębą i faktycznie wgniata w fotel, bodaj jak nigdy dotąd pokazując niemal totalne zniszczenie ogromnego miasta. I nawet jeśli od czasu do czasu fabuła odpycha garścią scen wyraźnie krojonych pod nastoletniego amerykańskiego widza (patos, patriotyzm, misja społeczna, a do tego problemy w szkole), a także wynikającą z niskiej kategorii wiekowej wizualną sterylnością (brak krwi mimo istnej rzeźni), film zapewnia całkiem sporą dawkę zupełnie godziwej rozrywki i otwiera furtkę do podobnie niszczycielskich kontynuacji. Gdy jednak pomyśleć, jak by cała ta historia wyglądała, gdyby Zack Snyder, reżyser świetnego, bardzo krwawego przecież "Świtu żywych trupów", nie musiał przestrzegać ograniczeń wiekowych i dostał zupełnie wolną rękę… Ech… Pomarzyć wolno…
koniec
15 kwietnia 2014
dodajdo

Komentarze

15 IV 2014   11:24:43

Nie wiem, jaki jest sens robienia mini-recenzji "Kapitana Ameryki", która jest w 80% streszczeniem, w dodatku zawierającym kilka spoilerów.

15 IV 2014   18:40:02

Muszę się zgodzić - tak jak lubię teksty Sebastiana, tak tutaj za mało było recenzji w recenzji.

15 IV 2014   19:37:21

superman. jakkolwiek naiwnie to zabrzmi, ten film udowodnił mi, że nie da się zrobić poważnego filmu o supermanie.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Asgard to nie miejsce…
Agnieszka ‘Achika’ Szady

20 XI 2017

…mówił Odyn, a mnie w głowie narzucało się: „…Asgard to stan umysłu”. W każdym razie na pewno stan umysłu twórców trzeciej części przygód Thora był zbliżony do stanu umysłu twórców „Strażników galaktyki”, bo po raz kolejny w Marvel Cinematic Universe pojawiła się komedia. I to dobra!

więcej »

Nie tak ładnie pachniesz
Konrad Wągrowski

17 XI 2017

„Liga Sprawiedliwości” mogła być czymś więcej niż zwykłym filmem o drużynie superbohaterów walczącej w obronie Ziemi. Ale zabrakło i odwagi, i chyba trochę też talentu.

więcej »

Esensja ogląda: Listopad 2017 (3)
Jarosław Loretz, Kamil Witek

16 XI 2017

Dziś w naszym cyklu trzy recenzje: „HHhH”, „Obcy: Przymierze” i „Hel”.

więcej »

Polecamy

Czeska babcia w roli Kaja

Dobry i Niebrzydki:

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Kobieta na rozdrożu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Brokeback Mountain z punktu widzenia owiec
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpowanie uczłowiecza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Klaun – Frajerzy, do przerwy 0:1
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Maj 2015 (2)
— Jarosław Loretz, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja ogląda: Sierpień 2014 (1)
— Karolina Ćwiek-Rogalska, Jarosław Robak

Esensja ogląda: Czerwiec 2014 (2)
— Sebastian Chosiński, Piotr Dobry, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski

Wspomnienie miłości, czyli „Grand Budapest Hotel”
— Karolina Rochnowska

Kiedy tarcza nie wystarcza
— Piotr Przytuła

Bohater na nasze czasy
— Jarosław Robak

Co nam w kinie gra: Grand Budapest Hotel
— Marta Bałaga

Esensja ogląda: Marzec 2014 (1)
— Miłosz Cybowski, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Luty 2014
— Sebastian Chosiński, Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Grzegorz Fortuna, Jarosław Loretz

Wszyscy jesteśmy oszustami
— Ewa Drab

Z tego cyklu

Listopad 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Kamil Witek

Listopad 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Listopad 2017 (1)
— Jarosław Loretz, Anna Nieznaj

Październik 2017 (3)
— Jarosław Loretz

Październik 2017 (2)
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Październik 2017 (1)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch

Wrzesień 2017 (3)
— Jarosław Loretz

Wrzesień 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Wrzesień 2017 (1)
— Piotr Dobry, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch

Sierpień 2017 (1)
— Sebastian Chosiński, Piotr Dobry

Tegoż twórcy

Nie tak ładnie pachniesz
— Konrad Wągrowski

Who Watches the Watchmen?
— Kamil Witek

Dobro kontra… dobro
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Superman na dzisiejszą porę roku
— Jakub Gałka

Ach, jaka piękna choroba
— Karolina Ćwiek-Rogalska

3. American Film Festival: Dzień pierwszy
— Kamil Witek

Alicja w Krainie Koszmarów
— Mateusz Kowalski

Teledyskowy miszmasz
— Gabriel Krawczyk

Katany, panienki i mroki umysłu
— Ewa Drab

Zastrzyk adrenaliny na widok podnoszącej się kurtyny
— Artur Zaborski

Tegoż autora

Esensja czyta dymki: Listopad 2017 (3)
— Marcin Mroziuk, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Asgard to nie miejsce…
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Z filmu wyjęte: Mózgi, świeże mózgi
— Jarosław Loretz

Kobieta kobiecie półwilkiem
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja czyta dymki: Listopad 2017 (2)
— Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Rezydencjonalna duchota
— Jarosław Loretz

Z filmu wyjęte: Przenośny karmnik
— Jarosław Loretz

East Side Story: Półwysep zbuntowany
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Różne oblicza Joachima Kühna
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Starcie tytanów
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.