Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Psia tęsknota

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 »
Rok 2010 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Zaczął się straszną zimą, potem było pięć makabrycznych powodzi i tajemnicza katastrofa w Smoleńsku. Nie wiadomo, jak w owe zaszliśmy dzierżawy, z cichego świata w światy wiecznie drżące. W nową dziedzinę, nieśmiertelnie ciemną. „Onirica” Lecha Majewskiego wyrosła właśnie na tej ciemnej tajemnicy.

Lech Majewski
‹Onirica›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułOnirica
Data premiery17 kwietnia 2015
ReżyseriaLech Majewski
ZdjęciaLech Majewski, Paweł Tybora
Scenariusz
ObsadaMichał Tatarek, Elżbieta Okupska, Anna Mielczarek, Jacenty Jędrusik, Szymon Budzyk
MuzykaLech Majewski, Józef Skrzek
Rok produkcji2013
Kraj produkcjiPolska
Czas trwania97 min
Gatunekdramat
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Kiedy w maju 2012 roku podczas konferencji „Polska Wielki Projekt” Lech Majewski odbierał z rąk Jarosława Kaczyńskiego nagrodę im. Lecha Kaczyńskiego, przemowę, którą zaraz po przyjęciu statuetki wygłosił, otworzył słowami: „Bardzo dziękuję, to jest bardzo ważna nagroda. Może powiem, dlaczego. Dlatego że ja nie do końca wierzę w śmierć. Zbyt dużo ludzi, których już fizycznie nie ma między nami, ma ogromny wpływ na to, co robię, i na to, co myślę.”
Słowa wypowiedziane przez autora „Wojaczka”, „Angelusa” czy „Młyna i krzyża” nie dotyczyły jedynie renesansowych czy barokowych malarzy, którzy już od wielu lat są partnerami w jego artystycznych dysputach, prowadzonych na ekranach kin. Nie tylko oni zostali tu przywołani. Chodziło także o Beatę i Irka, narzeczoną i najlepszego przyjaciela.
„Z medycznego punktu widzenia był to niezwykle poważny wypadek. Nie mogło być inaczej, gdy maluch zderza się z ciężarowym nissanem. Siedział z przodu, przy kierowcy; lubił to miejsce, choć jest najbardziej niebezpieczne. On jedyny przeżył, ale szyba weszła mu w twarz. Nawet powieki miał poranione – chirurg wykonał sześćdziesiąt cztery szwy. Lech twierdzi, że ani na sekundę nie stracił przytomności. W szoku jakąś nadzwyczajną siłą rozdarł nad sobą blachę i wydobył się stamtąd.” (Magdaleny Lebecka „Lech Majewski”, seria „Ludzie polskiego kina”)
Jak zaświadcza cytowana książka, po tym wypadku przez jakiś rok Lech Majewski był tak rozbity, że nie potrafił nawet porządnie zasnąć, więc po nocach czytał olbrzymie ilości literatury. Rozdrapywał temat śmierci na wszystkie możliwe sposoby, próbując go ugryźć filozoficznie, bo emocjonalne ogarnięcie tego zagadnienia okazało się być bardzo kosztowne i domagało się jakiegoś rozumowego rusztowania. I tenże temat, ten bakcyl czy stygmat, jak kto woli, nie opuścił go jak dotąd i pewnie nie opuści już nigdy – co samo w sobie nie jest złe. Ale przy okazji każdej obsesji w sztuce w końcu pojawia się pytanie o powtarzalność. Temat podejmowany raz po raz, zwłaszcza gdy jest ciężki i wielowymiarowy, można atakować coraz bardziej wyrafinowanymi narzędziami. Ale i tutaj brak umiaru doprowadza w końcu do tego, że dumne, ambitne płynięcie pod prąd zaczyna przypominać kręcenie się w przerębli.
I z tego powodu „Onirica” nie jest łatwa w ocenie. Od strony technicznej zasługuje na mnóstwo komplementów, bo produkcja jest doskonała. Są znakomite, długie sceny „ciągnione”, jak marsz przez hipermarket czy jazda nocą po mieście. Film jest świetnie udźwiękowiony, współpraca Lecha Majewskiego z Józefem Skrzekiem i Zbigniewem Maleckim okazała się bardzo owocna (nawet dźwięk bywa metaforą, jak w momencie, kiedy w wielkim, przestronnym markecie nagle zaczynamy słyszeć stukot podeszw butów i echo). Natomiast scenariusz, samodzielne dzieło Majewskiego, nosi wszelkie znamiona gwiazdy zapadającej się pod swoim własnym ciężarem.
Przypomniał mi się przy tej okazji jeden z odcinków „Przyjaciół”, gdzie Joey Tribbiani, poproszony przez Chandlera i Monikę o napisanie rekomendacji, która pomogłaby im pomyślnie przejść przez proces adopcji dziecka, otrzymawszy od Rossa pomoc w postaci edytora wyposażonego w tezaurus, przyniósł im tekst, zawierający perełki takie jak: „They’re humid, pre-possessing homosapiens with full-sized aortic pumps” – bo użył tezaurusa prawie na każdym słowie zdania: „They’re warm, nice people with big hearts.” To jest właśnie problem „Onirici”. Lech Majewski stał się twórcą chyba fizycznie niezdolnym, by przestać każdy element swoich metafor obudowywać kolejnymi metaforami, gmatwać je, spiętrzać i przeplatać.
Co gorsze, ten sposób konstruowania filmowego obrazu, który zdaje się dobrze zaspokajać potrzeby twórcze reżysera, dla przeciętnego widza, nawet gotowego na chwilę ambitnych zmagań w kinie, jest nazbyt hermetyczny – i trochę widać próby złagodzenia tych trudności.
Zaczyna się już od tytułu filmu. Roboczo na pewno został on ochrzczony jako „Psie pole”. Zmiana na „Oniricę” była pomysłem fatalnym. Pierwszy tytuł był mocny i tajemniczy, drugi jest pretensjonalny, a w dodatku w zderzeniu z fabułą, w której z miejsca przechodzimy to tematu snu, powoduje u widza wrażenie masła maślanego.
Główny bohater przeżywa dramat, który przydarzył się Lechowi Majewskiemu. Przechodzi przez rozpacz ocalonego. Samochodowy wypadek zabiera mu przyjaciela i żonę, i wytrąca go z życia, posyłając w stan przedziwnego zawieszenia. Od pierwszych kadrów obserwujemy, jak nie tyle żyje, co egzystuje. Praca kasjera w hipermarkecie, podjęta przez byłego pracownika uniwersytetu i poetę niejako „na przeczekanie”, by nie umrzeć z głodu, jest tylko kolejną przeszkodą, zawadą na drodze do snu. Bo tylko ta naturalna narkoza pozwala mu ścigać nieuchwytne marzenie: nieśmiertelność miłości. Jego chęć zapadnięcia w letarg, który „przeniesie jego duszę utęsknioną” gdzie trzeba, staje się obsesją. I popycha go do obcowania z dziełem, które jest właściwie biblią dla tego rodzaju tęsknot. Napisaną plebejskim toskańskim księgą, poświęconą temu, co Oscar Wilde nazwał „opowieścią idioty”, a Jan Kochanowski „bożym igrzyskiem”. Sztuce reżyserowanej i oglądanej przez samego Boga. Boskiej komedii.
Dante pisał swoje opus na politycznym wygnaniu. Do Florencji miał powrócić dopiero pośmiertnie, by spocząć w kościele Santa Croce, po tym jak kostucha dopadła go w Rawennie. Dziś odruchowe niemalże skojarzenie z tytułem „La divina comedia” związane jest z jedną jej częścią, „Inferno”. Z podróżą przez piekło. Poemat Dantego, uznawany za najwspanialsze dzieło średniowiecza, synteza myśli filozoficznej, teologicznej i historycznej tej epoki, w dodatku będące politycznym rozliczeniem autora z jego wrogami, to także opowieść o utraconej miłości i tęsknotą za nią. Więc jej treść, jej anielskie wersety, wydają się idealnym azylem dla kogoś, kto zanurza się w żałobie i potrzebuje przewodnictwa w ciemnej epoce.
Bo nawet jeśli człowiek umiera nagle i w mgnieniu oka, miłość do niego potrafi nigdy nie wygasnąć, chociaż czasem musi ona przejść przez długą agonię żałoby i tęsknoty. Stąd bardzo wymowny w filmie obraz serca w słoju, głośno i uparcie bijącej, niezmordowanej pompy, przywodzący na myśl instalację, którą Lech Majewski uwiecznił kilkunastominutowym filmem „Wypadek”.
„Odebrano nam godność umierania: odchodzimy byle jak, a ten bardzo ważny etap życia staje się coraz bardziej zrutynizowany. Dlatego zapragnąłem złożyć hołd kobiecie, którą kochałem, i urządzić jej królewski, egipski pogrzeb.” Pogrzeb odbył się w zmienionej w mauzoleum katowickiej galerii BWA, gdzie Lech Majewski umieścił zmumifikowane, zabandażowane osobiste przedmioty zmarłej, sięgając również po wywodzące się z Egiptu, pełne pietyzmu o szczątki doczesne, praktyki dotyczące ciała. W akwariach zgromadził wodę, w szklanych gablotach dokładnie wyliczone ilości węgla, potasu, cynku i żelaza, w ogromnym, przeźroczystym pojemniku znalazło się powietrze potrzebne człowiekowi do oddychania przez siedem dni, a w kolejnej cysternie woda w ilości odpowiadającej ilości krwi, którą serce przepompowuje w ciągu jednego dnia.
Poszukiwanie to alchemia.
• • •
Zaprzęg wołów orzący podłogę w hipermarkecie ma szanse przejść do historii kina, zarówno jako niezwykle pojemna metafora, jak i jako jedna z najbardziej wymagających produkcyjnie scen. W trakcie przygotowań do zdjęć okazało się, że nie sposób dziś nigdzie znaleźć wołów chodzących w zaprzęgu. Woły muszą być do tego przysposabiane od małego, najbliższe miejsce, gdzie ciągle jeszcze się to praktykuje – znalazło się w Chinach. I kiedy już reżyser zaczynał się przymierzać do dosyć dalekiej podróży, okazało się, że pod Biskupinem, w prywatnym skansenie, są, niczym ostatni Mohikanie, dwa chodzące w zaprzęgu woły, pokazywane dzieciom jako atrakcja około muzealna. Nie dało się ich przewieźć na żaden filmowy plan, bo tym ciężkim zwierzętom w transporcie pękają kolana, więc trzeba było zbudować studio filmowe na miejscu, wokół wołów, włączając w to całe oświetlenie supermarketu. Sekwencja scen, trwająca jakieś pół minuty, kosztowała półtora roku wymagającej pracy.
Oracz idący za pługiem to jeden z najbardziej czytelnych symboli naszej cywilizacji. Przywołuje ponury fakt wygnania z Raju, na zimno, głód, choroby i wojny. „Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty”. To także oznaka rozwoju: patrzymy na oracza, by uświadomić sobie, jak daleko zaszliśmy, jak wielki postęp stał się naszym udziałem. Do tego stopnia, że praktycznie większość z nas nie przeżyłaby już sama. Bo nie umiemy własnymi rękami, w pocie oblicza naszego, zdobywać pożywienia.
[1] 2 »
dodajdo

Komentarze

01 VIII 2015   01:13:36

" (...) Nie dało się ich przewieźć na żaden filmowy plan, bo tym ciężkim zwierzętom w transporcie pękają kolana, więc trzeba było zbudować studio filmowe na miejscu, wokół wołów, włączając w to całe oświetlenie supermarketu. Sekwencja scen, trwająca jakieś pół minuty, kosztowała półtora roku wymagającej pracy."

niestety - efekt końcowy (pomimo ambicji a la Cremaster Barneya) jest taniochą. Zwłaszcza, jeśli przyjrzeć się temu, co się dzieje przy kopytach i posadzce. Trochę jak ten anegdotyczny, gumowy smok z Wiedźmina.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Nie tak ładnie pachniesz
Konrad Wągrowski

17 XI 2017

„Liga Sprawiedliwości” mogła być czymś więcej niż zwykłym filmem o drużynie superbohaterów walczącej w obronie Ziemi. Ale zabrakło i odwagi, i chyba trochę też talentu.

więcej »

Esensja ogląda: Listopad 2017 (3)
Jarosław Loretz, Kamil Witek

16 XI 2017

Dziś w naszym cyklu trzy recenzje: „HHhH”, „Obcy: Przymierze” i „Hel”.

więcej »

East Side Story: Półwysep zbuntowany
Sebastian Chosiński

12 XI 2017

Filmowcy kochają Półwysep Krymski. Każdego roku powstają tam dziesiątki filmów – najpierw radzieckich, później ukraińskich, teraz rosyjskich. Aż nadszedł takim moment, kiedy stał się on nie tylko tłem fabuły, przepiękną dekoracją, ale – głównym bohaterem. Obraz Aleksieja Pimanowa opowiada o wydarzeniach, jakie miały miejsce w lutym i marcu 2014 roku i doprowadziły do aneksji Krymu przez Rosję.

więcej »

Polecamy

Czeska babcia w roli Kaja

Dobry i Niebrzydki:

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Kobieta na rozdrożu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Brokeback Mountain z punktu widzenia owiec
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpowanie uczłowiecza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Klaun – Frajerzy, do przerwy 0:1
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

„Młyn i Krzyż”, czyli polski „Avatar”
— Alicja Siwik

Tegoż autora

Piosenki Wojciecha Młynarskiego
— Przemysław Ciura, Wojciech Gołąbowski, Adam Kordaś, Marcin T.P. Łuczyński, Konrad Wągrowski

Wracaj, gdy masz do czego
— Marcin T.P. Łuczyński

Scenarzysta bez Wergiliusza
— Marcin T.P. Łuczyński

Dym/nie-dym i polarne niedźwiedzie na tropikalnej wyspie
— Konrad Wągrowski, Jędrzej Burszta, Marcin T.P. Łuczyński, Karol Kućmierz

Zagraj to jeszcze raz, odtwarzaczu…
— Marcin T.P. Łuczyński

Panie Stanisławie, Mrogi Drożku!
— Marcin T.P. Łuczyński

Towarzyszka nudziarka
— Marcin T.P. Łuczyński

Tom Niedosięgacz
— Marcin T.P. Łuczyński

Filiżanki w zlewie
— Marcin T.P. Łuczyński

Wyobraźniewo
— Marcin T.P. Łuczyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.