Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 grudnia 2017
w Esensji w Esensjopedii

Wyczuwalne tętno

Esensja.pl
Esensja.pl
Podczas seansu najnowszego filmu Daniela Espinosy nasuwa się szereg skojarzeń z jakże bogatą tradycją kina science fiction, w tym przede wszystkim ze zrealizowanym w roku 1979 „Obcym” Ridleya Scotta. Oba obrazy łączą podobieństwa zarówno fabularne, jak i w jakimś stopniu estetyczne. Traktowanie ich jako odmiennych realizacji tej samej opowieści pozwala na dostrzeżenie subtelnej różnicy między solidnym produkcyjniakiem a arcydziełem.

Recenzja nadesłana na konkurs Esensji.

Daniel Espinosa
‹Life›

WASZ EKSTRAKT:
60,0 (0,0) % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLife
Dystrybutor UIP
Data premiery24 marca 2017
ReżyseriaDaniel Espinosa
ZdjęciaSeamus McGarvey
Scenariusz
ObsadaRebecca Ferguson, Jake Gyllenhaal, Ryan Reynolds, Hiroyuki Sanada, Olga Dihovichnaya, Ariyon Bakare, Alexandre Nguyen, Hiu Woong-Sin
MuzykaJon Ekstrand
Rok produkcji2017
Kraj produkcjiUSA
WWW
GatunekSF, thriller
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Mamy do czynienia z kolejnym wariantem dobrze znanej historii. Grupa astronautów powraca na ziemię z misji badawczej na Marsie i przewozi odkryty tam, prymitywny jak się początkowo wydaje, organizm, będący ostatecznym dowodem na istnienie życia poza błękitną planetą. To, co początkowo ma postać zaledwie prymitywnego komórkowca, okazuje się jednak rozwijać w zastraszająco szybkim tempie, błyskawicznie zyskując też takie przymioty jak niebywała siła i inteligencja. Organizm staje się więc śmiertelnym zagrożeniem zarówno dla załogi, jak i dla całej planety, jeśli oczywiście uda mu się dotrzeć bezpiecznie do ,,bazy”.
Prostota historii ze scenariusza spółki Rhett Reese i Paul Wernick prosi się o nasycenie jej elementami, pozwalającymi widzowi na poszukiwanie czegoś odświeżającego ten archetypiczny schemat. Reżyser zatrzymuje się w pół drogi: z jednej strony pozostaje wierny tradycji Scotta, i realizuje horror w statku kosmicznym (co wychodzi nieźle), z drugiej decyduje się momentami na elementy typowe dla science fiction opartego na spektakularnej akcji (tutaj trochę gorzej). Już scena otwierająca film pozwala zauważyć tendencję do łączenia tych dwóch biegunów. Oto w jednym długim ujęciu (zdjęcia Seamusa McGarveya można zaliczyć do udanych aspektów produkcji) kamera penetruje ciemne zakątki statku, budując scenę, na której za kilkadziesiąt minut rozegra się główny dramat. Napięcie wynikające z eksploracji nieznanego terenu szybko zostaje jednak przekute w napięcie towarzyszące efektownej sekwencji wyłapywania przez bohaterów przewożącego cenne próbki satelity, który zboczył z właściwego kursu. Ciszę zastępuje więc hałas, a ciemność korytarzy – pędzące z ogromną prędkością zagrożenie.
Wrażenie rozchwiania na tych dwóch polach – dusznego horroru i efektywnego akcyjniaka, pozostaje już do końca trwania seansu. Z jednej strony można uznać to za próbę dialogu z dwiema tradycjami kina, z drugiej za rażącą niekonsekwencję. Z racji mimo wszystko nijakiego wydźwięku całości i średnio angażujących scen akcji, bliższa prawdzie wydaje się jednak opcja numer dwa. Nie brak tu jednak świetnych i świeżych pomysłów scenariuszowych, jak motyw ukrycia się kosmity, wykorzystującego do tego celu jednego z bohaterów. Broni się też wizja obcego organizmu – prawdopodobnie najbardziej intrygującego kinowego potworka z innej planety od dobrych kilku lat. Tym bardziej potencjał jawi się jednak jako boleśnie niewykorzystany i ostatecznie pozostawiający widza z rosnącym poczuciem zobojętnienia.
Tym, co w „Life” zawodzi bowiem najmocniej, jest obojętność wobec zarysowanych na ekranie bohaterów. Jeśli porównać załogę z filmu Espinosy z grupą zamieszkującą pokład Nostromo, łatwo dostrzec to, co pierwszy tytuł ciągnie do dołu, a drugi wynosi na wyżyny. W jednej scenie wspólnego spotkania załogi z filmu Scotta mamy bowiem więcej życia niż w całym „Life”. Powiedzieć, że bohaterowie zarysowani są szczątkowo, to nic nie powiedzieć. Zgodnie z ostatnim hollywoodzkim trendem do politycznego dywersyfikowania członków kosmicznych eskapad mamy więc czarnoskórego naukowca, świeżo upieczonego tatę Azjatę oraz pobrzmiewającą twardą, wschodnią angielszczyzną dowódcę. Poza tym dwóch amerykańskich chłopców, z których jeden niespecjalnie ma ochotę na powrót do domu, i panią naukowiec, w której w odpowiednim momencie odezwą się wyrzuty sumienia związane z przeprowadzanym eksperymentem. To tyle… nihil novi sub sole.
Trudno przejąć się losami postaci, o których wiemy niewiele, jednak nie jest to ich największa bolączka. Można bowiem nakreślić bohaterów szczątkowo, a mimo to starać się utrzymać zainteresowanie widza ich losami. Najwyraźniej w „Life” zawiodły inne elementy konstrukcji ekranowego czynnika ludzkiego. Nie pomagają aktorzy, którzy grają co najwyżej średnio. Trudno się jednak dziwić skoro dialogi, które każe im wygłaszać reżyser do spółki ze scenarzystami, wołają o pomstę do nieba (jak w scenie, gdy Jake Gyllenhaal czyta fragment dryfującej w statku książeczki dla dzieci). Z tego faktu wynika kolejny irytujący aspekt produkcji – brak jakiejkolwiek chemii pomiędzy członkami załogi. Kiedy w toku fabuły zawiązuje się coś na kształt delikatnego wątku romansowego między parą bohaterów, naprawdę trudno uwierzyć w jego autentyczność. Kolejne zgony można potraktować więc z przymrużeniem oka i z satysfakcją wspomnieć zdradzieckiego androida Kane’a z pokładu Nostromo, który wzbudzał więcej emocji niż cała, w stu procentach ludzka, załoga badająca życie na Marsie.
Mimo wszystko dość ciekawie wypada oldskulowe, horrorowe zakończenie i cały seans upływa dość szybko, mimo że nie wzbudza większych emocji. Są jednak w „Life” sceny kapitalne (zgon pierwszego z członków załogi), które sprawiają, że przez jakiś czas ma się wrażenie obcowania z czymś zgoła nieprzeciętnym. Z racji deficytu tego typu filmów warto więc wybrać się do kina. Tropienie smaczków i snucie porównań może się okazać dobrą rozrywką. Jednak jeśli czyjekolwiek oczekiwania są niebotycznie wysokie lepiej zaczekać na majową premierę nowego „Obcego”, i przekonać się jak sam Scott wypadnie w porównaniu ze swoim klasykiem sprzed ponad trzech dekad.
koniec
11 kwietnia 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

East Side Story: …i nie stanie się nic – aż do końca!
Sebastian Chosiński

17 XII 2017

„Arytmia” to festiwalowy pewniak – film z gatunku tych, w których nie dzieje się (prawie) nic, a jednocześnie cały świat bohaterów zostaje przewrócony do góry nogami. Jurorzy i krytycy takie właśnie dzieła uwielbiają, potrafią wyłuskać z nich prawdę o otaczającej nas rzeczywistości. W tym kontekście nie dziwią główne nagrody dla obrazu Borisa Chlebnikowa na przeglądach w Soczi i Warszawie.

więcej »

Poczuć się jak dziesięciolatek
Konrad Wągrowski

14 XII 2017

„Ostatni Jedi” nie jest nowym „Imperium kontratakuje”, nie „wychodzi ze swojej strefy komfortu”, pozostając filmem raczej bezpiecznym, ale jest bardziej efektowny, bardziej złożony i po prostu zwyczajnie lepszy od „Przebudzenia Mocy”.

więcej »

East Side Story: Skandal?… Wiele hałasu o nic!
Sebastian Chosiński

10 XII 2017

Nazwisko reżysera Aleksieja Uczitiela i podjęty temat – czyli rzekomy romans cara Mikołaja II Romanowa i primabaleriny petersburskiego Teatru Maryjskiego Krzesińskiej – sprawiały, że po „Matyldzie” można było spodziewać się naprawdę dużo. Niestety, cały potencjał tkwiący w tej opowieści został zmarnowany, utopiony we łzach ckliwego melodramatu, na dodatek prawdopodobnie daleko odbiegającego od prawdy historycznej.

więcej »

Polecamy

Chwała na wysokości?

Dobry i Niebrzydki:

Chwała na wysokości?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Podręczne z Kairu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Atak paniki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Październik 2017 (3)
— Jarosław Loretz

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Październik 2017 (3)
— Jarosław Loretz

Dobry stalinista
— Jarosław Robak

Esensja ogląda: Maj 2013 (3)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Kamil Witek

Esensja ogląda: Sierpień 2012 (DVD)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Daniel Markiewicz, Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.