Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 28 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Bo najlepszy sposób na kobietę, znaleźć sobie skażoną planetę

Esensja.pl
Esensja.pl
Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że Ridley Scott należy do grona hollywoodzkich reżyserów-fanów, artystów nie zawsze zdolnych wykreować nową wizję ex nihilo, ale sprawnie i przemyślnie czerpiących z przedsięwzięć innych twórców. „Obcy: Przymierze” pokazuje, że przyszło mu stać się fanem własnych dokonań, ale nie tylko, bo też… Jamesa Camerona.

Ridley Scott
‹Obcy: Przymierze›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułObcy: Przymierze
Tytuł oryginalnyAlien: Covenant
Dystrybutor Imperial CinePix
Data premiery12 maja 2017
ReżyseriaRidley Scott
ZdjęciaDariusz Wolski
Scenariusz
ObsadaKatherine Waterston, Michael Fassbender, James Franco, Noomi Rapace, Guy Pearce, Carmen Ejogo, Billy Crudup, Danny McBride
MuzykaJed Kurzel
Rok produkcji2017
Kraj produkcjiAustralia, Nowa Zelandia, USA, Wielka Brytania
CyklObcy
GatunekSF, thriller
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Chociaż cisnące się na mózg skojarzenia intertekstualne pozwalają mniemać, że został nim już przy okazji prac nad „Prometeuszem”, który w schemacie narracji i warstwie psychologicznej bardzo przypomina „Galaktykę grozy”, do której Cameron przyłożył się jako asystent reżysera i scenograf. Mimo że film ten jest późniejszy o dwa lata od oryginalnego „Obcego”, obecna jest w nim wyśniona podobno przez Scotta piramida, po której błąkają się bohaterowie – co miało być pierwotnym pomysłem na scenariusz pierwszej historii o ksenomorfie. Jak widać, jest to skomplikowany węzeł powiązań, którego rozwikłanie zasługuje z pewnością na osobny artykuł. Dość rzec, że na poziomie scenerii Ridley Scott nie idzie tym razem na siłę. Dalej czerpiąc z H.R. Gigera lepiej dobiera oprawę, uciekając się do niewykorzystanych jeszcze w filmach prac Szwajcara, zamiast recyklingować niezrealizowane pomysły (vide: wciśnięty w „Prometeusza” jak pięść w nos projekt twierdzy Harkonnenów z nieukończonej „Diuny” Jodorovskiego).
Skoro zaczęliśmy od tego, co widać, tym tropem będziemy podążać. Film już od początku mile nawiązuje do klasyki, prezentując – niegdyś oklepane i wyśmiane, dzisiaj nieco utęsknione – pełne ujęcie na podróżujący, dłuższy jeszcze niż większy kosmolot. Wnętrze „Przymierza” oferuje ciekawe akcenty, uzasadniając np. skąd na międzygwiezdnych okrętach korporacji Weylanda (a później Weyland–Yutani) mogły wziąć się zwisające z sufitów stalowe łańcuchy albo co kapsuła hibernacyjna może mieć wspólnego z wysłużonym garniturem tudzież garsonką. Także efekty specjalne pokazujące działanie podzespołów statku i wartość naddana, jak przeznaczone dla widza napisy relacjonujące położenie kolonistów, są nieco bardziej siermiężne w porównaniu do tych z poprzedniego filmu. Świadczy to o nieco głębszych przemyśleniach na temat tego, jak stworzyć obskurny klimat straceńczej podróży i co zadowoli fanów serii. Ci jednak nie będą mogli liczyć na wiele niespodzianek, jeśli tylko rozpoznali już powtarzane i we wcześniejszych produkcjach patenty. Znając bowiem Ridleya Scotta, wystarczy znaleźć w obsadzie pierwszą brunetkę, aby wiedzieć kto z załogi przeżyje. Dość zobaczyć ładownię i serwisujący ją osprzęt, aby domyśleć się, gdzie nastąpi walka. Nie ma nawet co liczyć, że członkowie grupy zwiadu pofatygują się po hełmy, choć wyrozumiale niech będzie tu odnotowane, że znowu mamy do czynienia z wyrobnikami za korporacyjne pieniądze, z dostępem do broni automatycznej, a nie z naukowcami podającymi się za najświetniejszą ziemską elitę intelektualną. Powie ktoś, że misja kolonizacyjna na Origae-6 nie mogła rekrutować przecież byle kogo, ale znowuż – czekające nas niewątpliwie kolejne kryzysy gospodarcze (i oświatowe) mogły uzasadnić zdanie się Weyland Corp na powierzenie kontroli nad lotem androidowi i Matce (której obecność to kolejny miły ukłon w stronę „starej przyszłości”).
Na wspomnienie syntetyka pojawia się też potwierdzenie, że i tu reżyser sięgnął po zapoczątkowane w „Prometeuszu” rozważania odnoszące się do początków ludzkości i pozostawianej przez nią neuroelektronicznej schedy. Przy czym trzyma się tu raczej ateistycznej koncepcji Arthura C. Clarka, wysuwanej choćby w tezach „Końca dzieciństwa”, niż przesyconych duchowością dociekań Teilharda de Chardina (które na polu futurologii rozwijał np. Dan Simmons w „Upadku Hyperiona”). Zdaje się więc, że w przeważającej liczbie fantastycznych wizji ludzie są jak Klingoni – lubują się w zabijaniu swoich bogów, choćby były to tylko mordy symboliczne, wyrażone w nihilizmie autorów. Ludzkie potomstwo zaś pozostaje równie krwiożercze i tak to się ciągnie, „szewc zabija szewca”, oszczędzając scenarzystom mnóstwa filozoficznych problemów. Niewątpliwie obraca się to w niekłamaną zaletę „Przymierza”, gdyż film nie brnie dzięki temu w newage’owe bajdurzenie, jak miał ku temu skłonności jego nieudany poprzednik, a skupia się na iście starotestamentowym (albo po prostu – antycznym) konflikcie, w którym decydująca okazuje się próba sił i chytra przemoc.
Nieznający jeszcze filmu czytelnik może nie dać temu wiary, ale położenie nacisku na akcję nadaje tej osobliwej rozprawie dużo elegantszy ton. Argumenty rozbrzmiewają tutaj w działaniach postaci, a nie w mętnych psychologicznych niuansach czy zawiłościach religijno-etycznych. Tezy są proste jak upadek, spostrzeżenia ostre jak kieł, dowody tnące jak nóż, a wynikające z nich wnioski pokraczne jak anatomia tytułowej istoty. W końcu celem tej historii jest opowieść sama w sobie, a nie odkrycie nieskalanej Prawdy, która lśniłaby jak słońce na czołach mędrców starożytnych. W ten sposób „Przymierze” oddala się na krok od filozofii, a staje bliżej mitu, malując tematy z prastarych reliefów na tle burzy jonowej. Nadrzędną rolę pełni tu narracja o spaczonym demiurgu, Szatanie tworzącym własny wszechświat przedrzeźniając nieobecnego Stwórcę. Przejście tym tropem wzbija chmurę pyłu znad apokryfów Starego Testamentu, ale nie tylko. Można by zgadywać, że Scott czerpie nawet z „Silmarillionu”, pamiętając, że skoro u Tolkiena świat powstał z muzyki, także i u niego diabeł może zagrać na fujarce. Sekwencja, w której cytowany jest „Ozymandiasz” Shelleya, ukazana z rozmachem dziesiątek „Ben-Hurów”, powoduje dylatację oczu niemal odczuwalną fizycznie. A nie wszystko to jeszcze, bo intertekstualny smakosz znajdzie tu rękę Berena i cień Jokasty, z wybranej konwencji niewynikające może organicznie, ale explicite wypisane pośród mnożących się motywów i emanacji. Niejeden kulturoznawca albo neoplatonik, byle nie stronił od science-fiction, chętnie wsadziłby kij w takie mrowisko. Najciekawszym jednak jawi się, że spoiwem łączącym tę menażerię jest w sumie jeden bohater, tak samo wredny w świetle filmowych wydarzeń, jak i na poziomie meta-narracyjnym, bo kradnący tragizm Edypa, podłość Glaurunga, czar Lucyfera i dumę Kaina. Niełatwo osądzić bez wgłębiania się w zdradliwe szczegóły, czy cechy te zostały udźwignięte na poziomie aktorskim, czy zadowalają po prostu w warstwie scenariusza, lecz wystąpienie wobec nich gorzkiej mieszanki nienawiści z fascynacją można tutaj stwierdzić.
W stosunku do kogo zaś, o tym widz będzie musiał upewnić się sam lub sięgnąć do mniej oględnej polemiki Dobrego i Niebrzydkiego. Próbując bowiem przekonać o wartości filmu, nie można powiedzieć za dużo. Dodatkowy problem „Przymierza” wynika z faktu, że najistotniejszy zwrot w fabule następuje już w drugim akcie, a dalszy jej bieg śledzi się odhaczając zgadywane przez świadomego kinomana wydarzenia. Można za to powiedzieć, że Scottowi udało się wprowadzić i utrzymać napięcie, napędzić pikawki adrenaliną i nie obrazić przy tym niczyjej inteligencji. Sensacyjna strona produkcji się sprawdza. „Przyzwyczajenie mówiło, że potworów już nie ma, ale one naprawdę istnieją”, parafrazując słowa pewnej dziewczynki. Panika wybucha jak ogień i wypala się z hukiem, mroczne lokacje hipnotyzują, zdroworozsądkowe decyzje zawodzą. A przy tym nie ma przekombinowań wizualnych, najefektowniejsze potyczki można z powodzeniem uzasadnić rozrywką, która nie zaburza złowieszczego nastroju dreszczowca. Przenoszenie akcji pomiędzy planetą a statkiem kosmicznym zdało swój egzamin, tworząc swoistą hybrydę „Decydującego starcia” i „Ósmego pasażera Nostromo”. Niech w tym miejscu ironicznie wybrzmi konstatacja, że sam reżyser stworzył mutację kilku znanych tworów. Zaplanowaną, skuteczną, dopasowaną do środowiska, jakim są oczekiwania współczesnego odbiorcy. Jak dobrze skrojone buty.
koniec
25 maja 2017
dodajdo

Komentarze

26 V 2017   09:43:18

Widzę, że obejrzeliśmy dwa zupełnie różne filmy noszące ten sam tytuł.... Dziękuję za interesujący punkt widzenia, nie przekonałeś mnie jednak.

26 V 2017   12:07:14

Nic na siłę ;) Wiele recenzji zarzuca Scottowi wtórność, brak nowatorstwa. Ja spojrzałem na to przez pryzmat postmodernizmu i uznałem za zaletę. Te punkty widzenia można jednak łatwo odwracać, jak kto woli.

26 V 2017   12:23:01

2/10 to za dużo dla tego czegoś, z kina wyszliśmy ze znajomymi zniesmaczenie tym co nam zaserwowano.

26 V 2017   13:25:15

Bardzo podziwiam Przemku za dużą wiedzę filmowo literacką i jeszcze większą chęć szukania tak szerokich koneksji - recenzja o wiele lepsza od samego filmu. Jako fan uniwersum Aliena od 1979 ze zgrozą przyjąłem to, co zaserwował Ridley w Prometeuszu. Covenant dosłownie mnie dobił. Piszesz "dopasowana do oczekiwań współczesnego odbiorcy" i to może być niestety racja. Wracam do starych filmów :(

27 V 2017   17:54:34

Smaczków jest w filmie więcej. Niestety są przykryte warstwą nielogiczności i słabych pomysłów
UWAGA MNÓSTWO SPOILERÓW
Najpierw moja ulubiona mitologia germańska:
TYR W mitologii skandynawskiej bóg Tyr poświęca rękę, żeby spętać potwornego wilka Fenrira. Poświęcenie pozwala odsunąć w czasie Zmierzch Bogów. Oczywiście Tyrem jest Walter. Walter to imię germańskie i jak sprawdziłem w otchłaniach Internetu oznacza panowanie.
LOKI to David. Na początku Loki był pomocnikiem bogów, potem stał się ich wrogiem. Spłodził tez potwory: wilka Fenrira i węża Midgardsorma, które zniszczą świat stworzony przez bogów.
WEYLAND w saskiej mitologii, skandynawski Wolund, to genialny kowal, twórca wielu magicznych przedmiotów, odpowiednik greckiego Dedala.
ORAM (dowódca statku „Przymierze”) nosi starogermańskie imię. Cóż ono znaczy podpowiadają Internety: http://www.surnamedb.com/Surname/Oram
This unusual and interesting name is of Old Norse origin, and is mainly found recorded in the north of England, in particular the areas of the heaviest settlement of Scandinavian invaders. The modern surname derives from the Old Norse personal name "Ormr", in Old Danish and Old Swedish "Orm", which was originally a nickname meaning "snake, serpent" or "dragon"

BTW warto przypomnieć, że fabuła dwóch pierwszych części cyklu ma wiele wspólnego („Alien” i „Aliens”) z fabułą BEOWULFA (tyle że tam Beowulf jest kobietą).
Na to że nie wyssałem tych powiązań z palca, wskazują sami twórcy filmu każąc nam słuchać Wagnera (a przy okazji sugerują, że David jest futurystycznym nazistą).

Teraz Biblia:
KRÓL DAWID Dalsze tropy podsuwa wielki posąg Dawida. David tak jak biblijny Dawid zabija olbrzyma (a właściwie wielu olbrzymów). Ponadto zabija Waltera, żeby „posiąść” Daniels, tak jak król Dawid skazał na śmierć Uriasza, by posiąść Batszebę. Może w następnym obcym David się nawróci?
PROROK DANIEL Prorok Daniel zostaje wrzucony do jaskini lwów, ale dzięki opiece Boga, wychodzi z tej przygody żywy. Ponadto prorok Daniel zabija smoka, którego czcili Babilończycy. Robi to faszerując potwora trującą mieszanką, jak Skuba smoka wawelskiego. No i już wiemy dlaczego Daniels nazywa się Daniels, tylko dlaczego nie podrzuciła xenomorfowi barana wypchanego siarką?

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Esensja ogląda: Czerwiec 2017 (4)
Marcin Mroziuk, Kamil Witek

26 VI 2017

Patronką czwartego czerwcowego odcinka krótkich recenzji filmowych została Scarlett Johansson. Nie może być inaczej, skoro za jednym zamachem oceniamy jej wszystkie tegoroczne produkcje. W ramach dodatku najnowszy Bruce Willis, choć to wisienka raczej średniej jakości...

więcej »

East Side Story: (Nie) chcieć, (nie) żyć, (nie) kochać
Sebastian Chosiński

25 VI 2017

Andriej Zwiagincew dostąpił zaszczytu należnego największym twórcom kina. Gdy na ekrany trafia jego nowy film, widzowie mówią, że wybierają się na „nowego Zwiagincewa”. Tak samo, jak niegdyś chodziło się na „nowego Tarkowskiego”, „nowego Bergmana” czy wciąż jeszcze chodzi się na „nowego Konczałowskiego” (Michałkow wypadł już z tej zaszczytnej listy). Jeśli więc tylko będziecie mieli taką okazję, idźcie na „Niemiłość”, bo to dzieło wybitne.

więcej »

Wunderwaffe z nader skromnym wunder
Jarosław Loretz

21 VI 2017

W „Wonder Woman” próżno szukać cudowności. Na tle poprzednich porażek DC film ogląda się nieźle, ale to trochę za mało, żeby obwołać renesans uniwersum.

więcej »

Polecamy

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce

Dobry i Niebrzydki:

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Październik 2015 (2)
— Jarosław Loretz, Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Verne XXI wieku
— Gabriel Krawczyk

Esensja ogląda: Listopad 2012 (DVD i Blu-Ray)
— Sebastian Chosiński, Krystian Fred, Jakub Gałka, Jarosław Loretz, Daniel Markiewicz, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Sierpień 2012 (kino)
— Sebastian Chosiński, Grzegorz Fortuna, Anna Kańtoch, Alicja Kuciel, Małgorzata Steciak, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Lipiec 2012
— Sebastian Chosiński, Ewa Drab, Grzegorz Fortuna, Alicja Kuciel, Małgorzata Steciak, Konrad Wągrowski

Nawiązując do klasyków science fiction
— Jakub Gałka

O lwie zabitym przez mrówkę i nie tylko…
— Marcin T.P. Łuczyński

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (16)
— Jakub Gałka

Dlaczego Robin Hood?
— Agnieszka Szady

Co nam w kinie gra: Robin Hood, Samotny mężczyzna
— Piotr Dobry, Urszula Lipińska, Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Straszna pasta z kozła
— Przemysław Ciura

Zordon, który puka się w czoło
— Przemysław Ciura

O pustej Golgocie
— Przemysław Ciura

Piosenki Wojciecha Młynarskiego
— Przemysław Ciura, Wojciech Gołąbowski, Adam Kordaś, Marcin T.P. Łuczyński, Konrad Wągrowski

Gdzie się podziały tamte strzykawki?
— Przemysław Ciura

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.