Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 grudnia 2017
w Esensji w Esensjopedii

Wunderwaffe z nader skromnym wunder

Esensja.pl
Esensja.pl
W „Wonder Woman” próżno szukać cudowności. Na tle poprzednich porażek DC film ogląda się nieźle, ale to trochę za mało, żeby obwołać renesans uniwersum.

Patty Jenkins
‹Wonder Woman›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWonder Woman
Tytuł oryginalnyWonder Woman
Dystrybutor Warner Bros
Data premiery2 czerwca 2017
ReżyseriaPatty Jenkins
ZdjęciaMatthew Jensen
Scenariusz
ObsadaGal Gadot, Robin Wright, David Thewlis, Connie Nielsen, Chris Pine, Elena Anaya, Lucy Davis, Ewen Bremner
MuzykaRupert Gregson-Williams
Rok produkcji2017
Kraj produkcjiUSA
Czas trwania141 min
WWW
Gatunekakcja, fantasy, przygodowy
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Pójdziesz na dobry film, mówili. Wreszcie DC wstaje z kolan, przekonywali. O nadspodziewanie wysokiej średniej ocen na Rotten Tomatos nie wspominając. A co dostaliśmy? Żeńską wersję Kapitana Ameryki, tyle że pozbawioną tak nachalnego w innych komiksowych produkcjach patriotyzmu, co swoją drogą i tak już jest ogromnym postępem. Ale nic ponadto.
Odnoszę wrażenie, że wychwalanie „Wonder Woman” wzięło się głównie z dwóch przyczyn. Ze względu na Gal Gadot, mającą świetną, królewską postawę i nietuzinkową urodę, a także – czy też raczej przede wszystkim – przez to, że „Batman vs. Superman” i „Legion Samobójców” były taplaniem się w mule dna Rowu Mariańskiego. Amerykańscy widzowie oraz krytycy doznali teraz ogromnej ulgi – kolejny film nie jest knotem i daje się oglądać, a DC zyskało trampolinę, dzięki której odzyska prestiż. Jednak to, że podczas seansu „Wonder Woman” nie trzeba było zbyt gorliwie rozglądać się za poduszką i proszkami od bólu głowy, nie znaczy, że całość można z automatu uznać za obraz ze wszech miar udany. Jest znośny, i tyle.
Już sam początek wzbudza mieszane uczucia. Z jednej strony jest odświeżająco kolorowy i wręcz radosny na tle charakterystycznej dla przygód Batmana czy Supermana ponurej sinizny, z drugiej natomiast irytuje wciśnięciem całej historii w ramy rozdętej retrospekcji, rozgrywającej się na Themiscirze, gdzie od czasów starożytnej Grecji żyje sobie garstka nieśmiertelnych Amazonek, szczęśliwie posiadających komplet piersi i – mniej szczęśliwie, ale zgodnie z wprowadzonymi do komiksu dekadę czy dwie temu parytetami rasowymi – bywających w kolorze czarnym. Diana – przyszła Wonder Woman – grzecznie sobie tam dorasta jako jedyna na wyspie dziewczynka, szkoląc się w sztukach walki i marząc o wyprawie w świat i rozliczeniu się z bogiem wojny, Aresem, siejącym zamęt i zniszczenie.
Mija kwadrans seansu, a my nadal niewiele wiemy o samej wyspie, życiu Amazonek czy nawet pochodzeniu dziewczynki. Ale że czas goni, w dniu, w którym Diana formalnie kończy szkolenie, pokonując swoją nauczycielkę i wyzwalając u siebie nieznaną moc, scenarzyści serwują interwencję militarną z zewnątrz, spoza maskującej istnienie wyspy bariery. Najpierw do zatoki spada niemiecki myśliwiec z I wojny światowej, a zaraz za nim zjawia się kilka łodzi z żołnierzami i podążający za nimi nieduży okręt. Starcie łuków z karabinami kończy się w sposób z grubsza przewidywalny (naturalnie jak na film hollywoodzki), zamknięte zaś zostaje przesłuchaniem wyłowionego z wody pilota. Co się w tym czasie dzieje z załogą ugrzęźniętego na mieliźnie okrętu, nie wie nikt. Twórcy uznali chyba, iż wpatrzony w gibkie wojowniczki widz nie będzie już pamiętał, że w ogóle był jakiś okręt.
Później jest już z górki. Diana i pilot – w istocie brytyjski szpieg – ruszają lichą żaglówką do Londynu, gdzie historia wpada w znane z wielu innych filmów koleiny: z prostaczkiem, co to niezwyczajny nowym czasom wszystkiemu wokół się dziwi, zadając wiele niewygodnych, choć trafnych pytań. Dalej nie ma sensu ciągnąć streszczenia, żeby nie psuć tych paru niespodzianek, które skąpą ręką scenarzystów zostały rozsiane po fabule. Wystarczy nadmienić, że bohaterowie – nie całkiem legalnie – trafiają na front i robią kipisz.
Niestety, rozbiegówka opowieści jest klasycznie rozwlekła i zabiera blisko dwie trzecie seansu, i żadne błyskotliwe dialogi nie są w stanie zatrzeć wrażenia przedzierania się przez kisiel w oczekiwaniu na smaczny, strzelany deser. Wiele scen wkurza zwyczajnym złodziejstwem czasu i aż się prosi o nożyczki (sekwencja z tańcem), inne zaś – zamiast wbić w fotel – rodzą raczej wątpliwości, jak choćby wspomniany okręt, „front” liczący kilkudziesięciu żołnierzy czy pas ziemi niczyjej, ostrzeliwany niby od roku, ale mogący się poszczycić gęstwą solidnych pni drzew. Do tego wiele detali zdradza pójście na łatwiznę, że wymienię tylko automatycznie odpalane silniki bombowca (elektryczne startery pojawiły się dopiero w okresie międzywojennym), niezupełnie zgodne z epoką ubiory kobiece czy milczące założenie, że karabinowe kule nigdy nie latają poniżej trzymanej przez bohaterkę tarczy. Nie do końca wiadomo też, czemu Diana dziwi się wielu społecznym zjawiskom, obcym na jej wyspie, jednocześnie absolutnie ignorując całe mnóstwo rzeczy, które bardziej powinny ją szokować, jak choćby urządzenia techniczne, architekturę czy mnogość rozmaitych przedmiotów codziennego użytku, absolutnie nieznanych starożytnym. W dodatku bohaterka zna słownictwo, jakiego w teorii nie miała w jaki sposób się nauczyć, skoro dostępna jej literatura liczyła co najmniej dwa millenia. Zupełnie odrębny kłopot sprawia Ares, który w ogóle nie wiadomo, czy może być nazywany Aresem. Bo jeśli był bogiem prawdy – a tak się przedstawił – to powinien być… Apollem. Co, tak swoją drogą, mocno by się kłóciło z jego niezbyt porywającą aparycją, a także stawiało pod znakiem zapytania zasadność jego usuwania.
Tak to już jednak jest, gdy widz zaczyna się nudzić i w oczekiwaniu na jakąś żywszą akcję błądzi wzrokiem po krawędziach ekranu i powoli zabiera się za wyciąganie nitek z udostępnionego mu „gobelinu”. A to zawsze kończy się źle – tak dla twórców, jak i dla samego widza. W tym momencie niedopracowane efekty specjalne (w niektórych walkach przeciwnicy bohaterki poruszają się jak plastelinowe ludki) i rozczarowująca ścieżka dźwiękowa, w której tylko dwa czy trzy razy rozbrzmiewa tak charakterystyczna fraza dźwiękowa, są wyłącznie coup de grâce.
Nie sposób jednak pominąć i plusów. Nie ma tu tak wyczuwalnego w poprzednich filmach z uniwersum DC zadęcia, nie ma patosu (choć tu akurat byłby nawet zrozumiały, w końcu fronty pierwszej wojny światowej były rzeźnią na niespotykaną skałę), jest więcej żywego koloru, scenografia potrafi chwilami wzbudzić wręcz zachwyt, a Gal Gadot bez problemu podbija serca męskiej widowni. Seans „Wonder Woman” nie będzie więc mordęgą, jak dwa poprzednie filmy z uniwersum DC, ale i nie ma się specjalnie czym zachwycać. Na prawdziwe odbicie się od dna (albo zamknięcie wieka trumny) trzeba będzie jeszcze poczekać.
koniec
21 czerwca 2017
dodajdo

Komentarze

« 1 2 3 [4]
24 VI 2017   23:23:15

@Piotr Dobry
Amazonki są nieśmiertelne (przynajmniej według uniwersum z roku 1987), więc nie ma mowy o ich śmierci (naturalnej) czy wymianie pokoleniowej. Tak jak były u zarania dziejów, tak są i teraz - te same. Poza Dianą.

@a
Ile razy można pisać, że problemem nie jest obecność samej czarnoskórej postaci (w "Przebudzeniu mocy"), ale wsadzenie jej bez żadnego tła. Nigdzie w okolicy nie widać czarnych, ale jeden trafia na pierwszy plan. Jak połączyć to z kobiecym bohaterem (odgrywającym w zasadzie męską rolę), "parytet" nagle staje się mocno wyraźny.

Kłopot z amerykańskimi wytwórniami polega na tym, że blockbustery zarabiają przede wszystkim na młodzieżowej widowni, aktorzy muszą więc być młodzi (tacy są nawet naukowcy, dowódcy wielkich wypraw czy szefowie korporacji) i różnych ras (żeby widzowie się identyfikowali). I wynika to z odgórnego, na zimno wykalkulowanego założenia, a nie z rzeczywistych fabularnych potrzeb. W niektórych filmach jest to mniej widoczne, w niektórych bardziej. Dowcip polega na tym, że w europejskim kinie w ogóle nie ma takich problemów i role dostają ci, którzy wypadli najlepiej w castingu, a nie ci, których kolor skóry jest premiowany. I mnie chodzi właśnie o absurdalność pewnych wyborów obsadowych (czarne Amazonki ze starożytnej Grecji, czarni Wikingowie, czarny nordycki bóg), biorącą się z podejścia do problemu od zadniej strony. Nie wiem w tym momencie, gdzie widać tu mój domniemany rasizm...

25 VI 2017   02:13:29

@Beatrycze

Śmiejesz się z amerykańskiej niefrasobliwości w traktowaniu źródeł kulturowych, a sama kolejny raz w tej dyskusji udowadniasz, że masz problem z weryfikacją źródeł. W Marvelowskiej wersji Asgard jest planetą, a wikingowie - rasą kosmitów. To nie są nordyccy bogowie z legend. Tak jak Amazonki z "Wonder Woman" nie są Amazonkami od Scytów z podręczników historii, tylko postaciami z komiksowej wariacji na temat - więc tym bardziej podszyte rasizmem czepialstwo Jarka jest nie na miejscu.

@Jale

"Nigdzie w okolicy nie widać czarnych, ale jeden trafia na pierwszy plan"

Lando w oryginalnej trylogii też Ci przeszkadzał? Też jedyny czarny w okolicy. A Olisadebe swego czasu w polskiej reprezentacji? Też jedyny czarny w okolicy. Przykłady można by mnożyć. Albo taki Jabba? Jedyny z rasy Huttów w okolicy. Skandal! Piszesz o "domniemanym rasizmie", ale nie da się ukryć, że masz tym problem, a ponadto...

"Jak połączyć to z kobiecym bohaterem (odgrywającym w zasadzie męską rolę)"

...w pakiecie dorzucasz jeszcze seksizm. Ekstra. To była "męska rola", bo?

"aktorzy muszą więc być młodzi (tacy są nawet naukowcy, dowódcy wielkich wypraw czy szefowie korporacji) i różnych ras (żeby widzowie się identyfikowali)"

I jest to złe, że w blockbusterach widzowie różnych ras dostają (wreszcie, po latach marginalizacji) bohaterów, z którymi mogą się identyfikować, bo?

"Dowcip polega na tym, że w europejskim kinie w ogóle nie ma takich problemów i role dostają ci, którzy wypadli najlepiej w castingu, a nie ci, których kolor skóry jest premiowany."

Kolejna bzdura wyssana z palca. Poczytaj sobie o strajku czarnych aktorów brytyjskich.

25 VI 2017   14:06:49

Do Olisadebe masz tło. Lando (tak jak i Jabba) tła nie potrzebuje. Ale czarny stormtrooper - i owszem. "W zasadzie męska rola", a nie "męska rola" - bo podmiana kobiety na faceta niewiele by w scenariuszu zmieniła. Co do identyfikacji z bohaterami w blockubusterach - napisałem, że to źle? Gdzie? Nie wkładaj, proszę, w moje usta słów, które uważasz, że według Ciebie - jako stuprocentowy rasista, seksista i zapewne w ogóle mizogin - powinienem wypowiedzieć.

Co do czarnoskórych brytyjskich aktorów - ich role żadną miarą nie dają się wyczuć jako "parytet". Są naturalnie osadzone i zagrane. Może filmów takich jest "jedynie" 40% ogółu (o co poszła cała awantura, aczkolwiek nie wiem, jaki limit byłby satysfakcjonujący dla obu stron przy założeniu, że czarnoskórzy stanowią ledwie 3% tamtejszego społeczeństwa), ale w produkcjach rodem z USA są oni mniej zauważalni, mimo że stanowią większy odsetek społeczeństwa (13%). Co ciekawe, według statystyk z lat 2007-2014 (bez roku 2011) procentowy udział Afroamerykanów w obsadzie filmów z pierwszej setki box office'u wynosił 12,5%, co uznano za żenująco niski poziom, podczas gdy Latynosi, których w USA jest 17%, mieli jedynie 4,9% udziału w obsadzie. Dlaczego tak mało osób upomina się o większy odsetek Latynosów w filmach...?

25 VI 2017   14:49:39

@Jale

Co to w ogóle za nieudolna próba argumentacji, że Daisy Ridley dostała "w zasadzie męską rolę", bo przecież bez większych zmian w fabule mógłby odgrywać ją mężczyzna. Tak jak pisałem wcześniej, w zasadzie bez większych zmian w fabule w czterech ostatnich częściach (i w wielu innych) Bonda mógł grać czarnoskóry aktor. Czy to powinno nas prowadzić do wniosku, że Daniel Craig od lat gra "w zasadzie czarnoskórą rolę"?

Co do Boyegi to twoja argumentacja opiera się na magicznej zdolności "wyczuwania, czy rola jest z parytetu, czy nie", którą sobie sam przypisujesz. A nie przyszło ci do głowy, że rola Finna nie była ani biała, ani czarna, a Boyegę zatrudniono dlatego, że Abramsowi najbardziej się spodobał na castingach? I nikt nie stosował tam wymyślanych na poczekaniu kryteriów " z tła". Nikt nie pytał Abramsa "Hej, słucha, super, że podoba ci się ten aktor, ale czy my mamy odpowiednie tło dla niego?".

No i uwielbiam ten moment, gdy osoba, która ma wyraźny problem z jakąś mniejszością etniczną, w ramach odwracania kota ogonem zaczyna nagle stylizować się na człowieka zatroskanego losami innych mniejszości. Jakoś nie zauważyłem wcześniej, żebyś walczył o prawach latynoskich aktorów i aktorek. Nie przypominam sobie na przykład, żebyś rozpaczał nad tym, że Affleck gra Meksykanina w "Argo". Nie przypominam sobie argumentów z wkładania "na siłę" białego aktora.

To jest ten rodzaj argumentacji, na który wskazuję od samego początku. Pozorne otwarcie na kobiety, czarnych aktorów itd. przy jednoczesnych dokładaniu kolejnych kryteriów, które muszą spełniać, aby jaśnie recenzent uznał, że wszystko jest ok. Muszą mieć odpowiednie tło, ich rola musi posiadać wyraźnie męskie bądź etniczne cechy, muszą spełniać wybiórczą i pokrętną logikę recenzenta itd.

25 VI 2017   16:48:11

"Taa, tylko, że studia filmowe bardzo niechętnie wykładają pieniądze na coś, co już nie jest uznaną marką."

I to jest, moim zdaniem, prawdziwy problem - że aż roi się od prequelów, sequelów, remake'ów, czy pozycji, które powstają z przemontowania starych elementów. Te wszystkie "odświeżania" serii... Bardzo rzadko chodzę do kina, ale wybrałabym się na coś jednocześnie wysokobudżetowego i świeżego, a nie odgrzewany kotlet z nieco inną przyprawą.

Swoją drogą, przy kwestiach rasowych naprawdę to mnie dziwi obsadzenie białego w tej chińskiej superprodukcji, co kilka miesięcy temu była w kinach (nawet zamierzałam pójść, ale jak to zwykle bywa zdjęli z ekranów, nim zdołałam się poważnie namyśleć nad wygospodarowaniem wieczoru, ja mentalnie wciąż tkwię w czasach, gdy film gościł na ekranach kilka miesięcy, a jak się go przegapiło, można było pójść na wakacjach, bo w mniejszych miejscowościach puszczano filmy z czasem i półrocznym opóźnieniem). Może trochę to i chęć przyciągnięcia zachodniego widza? Ale podejrzewam, że na samym rynku azjatyckim film, jeśli tam by odniósł sukces, zarobiłby na siebie. A i myślę, że zachodni widz jeśli by poszedł, to bardziej skuszony egzotyką i efektami specjalnymi, a nie twarzą Matta Damona.

25 VI 2017   20:42:22

@Jale

"Co do identyfikacji z bohaterami w blockubusterach - napisałem, że to źle? Gdzie?"

Napisałeś, że "kłopot z amerykańskimi wytwórniami polega na tym, że blockbustery zarabiają przede wszystkim na młodzieżowej widowni, aktorzy muszą więc być młodzi (tacy są nawet naukowcy, dowódcy wielkich wypraw czy szefowie korporacji) i różnych ras (żeby widzowie się identyfikowali). I wynika to z odgórnego, na zimno wykalkulowanego założenia, a nie z rzeczywistych fabularnych potrzeb".

Czyli zimną kalkulację amerykańskich wytwórni, owocującą m.in. bohaterami różnych ras (żeby widzowie się identyfikowali), postrzegasz jako zło, bo rzekomo nie wynika z rzeczywistych fabularnych potrzeb (a de facto - nie odpowiada Twoim potrzebom).

Tymczasem od przyczyn z reguły ważniejszy jest skutek - i jeśli przemysł filmowy wreszcie (topornie, bo topornie, ale zawsze) zauważa, że obligatoryjnym bohaterem ekranowym nie musi być biały mężczyzna hetero, to zasadniczo nie ma znaczenia, czy za postępem stoi chłodna kalkulacja, czy dobre serduszko.

"Nie wkładaj, proszę, w moje usta słów, które uważasz, że według Ciebie - jako stuprocentowy rasista, seksista i zapewne w ogóle mizogin - powinienem wypowiedzieć."

Nie dramatyzuj. Niczego nie wkładam w Twoje usta, nie określiłem Cię żadnym z tych epitetów, odnoszę się wyłącznie do tego, co sam napisałeś.

27 VI 2017   16:32:46

@a

W przypadku Bonda wiele rzeczy trzeba by zmienić, żeby nie podpaść amerykańskim recenzentom, wyczulonym nt. wizerunku czarnoskórych w filmie (rozwiązłość seksualna, przemoc, etc). A na czym polega problem z Ridley, łatwo pokazać przy porównaniu SW z najnowszymi "Strażnikami Galaktyki", gdzie każda rola ma dobrze rozbudowane tło i zmiana płci którejkolwiek z postaci jest tak naprawdę niemożliwa bez większych przeróbek scenariusza.

Poza tym stosujesz dokładnie tę samą metodę, o której używanie wykłuwasz mi oczy. Skąd wiesz, z którą mniejszością mam problemy? I czy w ogóle mam jakieś problemy? I dlaczego mam walczyć o czyjekolwiek prawa? Gdzie? W USA? A jaki mam na to wpływ? I co to da, skoro Amerykanie sprytnie postanowili nie uznawać Latynosów za mniejszość etniczną? A "Argo" nie oglądałem.

Zawsze wytykam bzdury w filmach, i to niezależnie od tego, czy to będzie niewłaściwy dla epoki samochód, wybitnie sztuczne miasteczko czy Indianin grany przez białego aktora. Czarne Amazonki na starogreckiej wyspie są jedną z takich bzdur. Jak chcesz wiedzieć, to w uniwersum WW jest jeszcze przynajmniej jedna wyspa Amazonek, tym razem czarnych, o których padło kilka słów w tej dyskusji. I jeśli na niej pojawiłyby się białe Amazonki, też bym się czepiał. Czy to znaczy, że do białej rasy również jestem negatywnie ustosunkowany? Odnoszę wrażenie, że chcesz wyczytać w moich wypowiedziaćh znacznie więcej, niż faktycznie się w nich znalazło. Tylko nie wiem, w jakim celu.


@ Piotr Dobry

Cała moja wypowiedź dotyczyła tego, że problemem jest wyczuwalność takich założeń, a nie samo ich istnienie. Nie byłoby tak źle, gdyby rzeczywiście starano się odwzorowywać w filmach pełny przekrój społeczny, ale na ogół kończy się to (w przypadku filmów amerykańskich) na jednym bądź dwóch aktorach czarnoskórych traktowanych jak listek figowy. Są na pierwszym planie i wszyscy są szczęśliwi, bo "jest ok". A że wcale nie ma ich na planie dalszym? Kto by się tym przejmował. I o to właśnie chodzi - że jeśli mamy społeczeństwo złożone z bogatej rasowej mieszanki, dlaczego w filmach pojawiają się głównie biali i kilku czarnych? Gdzie Latynosi, Azjaci i Indianie? Jeśli ich nie ma (nie tylko na planie pierwszym, ale i w tle), to nie ma co mówić o równouprawnieniu, a jedynie o fasadowym zaklinaniu rzeczywistości. Jeśli reżyser jest zręczny, to fasada swobodnie się prześlizgnie. Jeśli nie - to łączenia kartonowych ścian widać nawet bez lupy.

I nie dramatyzuję, a co najwyżej się dziwię zjawisku. Czy to, że skrytykuję smak konkretnej landrynki, oznacza z automatu, że jestem landrynkofobem?

27 VI 2017   19:04:04

@Jale

Niestety wiarygodność twoim tłumaczeniom odbiera to, że jakoś tak się dziwnie składa, że ostatecznie czepiasz się zawsze czarnoskórych aktorów albo kobiet. Dlaczego na przykład nie czepiałeś się, że do parytetu dostawiono Finnowi białą postać kobiecą, a nie czarną albo latynoską? Dlaczego nie czepiałeś się, że Poe gra "w zasadzie postać kobiecą", bo równie dobrze mógłby być zagrany przez kobietę? Dlaczego mówiąc o parytetach, które przeszkadzają w zatrudnianiu najlepszego aktora do roli, wspominasz tylko o czarnych, a nie białych aktorach korzystających z parytetu?

I o co ci chodzi z tym tłem? Przecież Boyega nie jest jedyną czarnoskórą postacią pojawiającą się na ekranie w "Przebudzeniu mocy"? Opracowałeś jakiś wzór matematyczny, ilu czarnoskórych aktorów musi przypadać na metr sześcienny, aby ich pojawienie się nie było oznaką poprawności politycznej? I znowu, czy tak samo skrupulatnie liczysz gęstość występowania białych mężczyzn?

" Czarne Amazonki na starogreckiej wyspie są jedną z takich bzdur".

To nie jest starogrecka wyspa, tylko wyspa, na której mieszkają istoty stworzone przez bogów opisywanych w starożytnej Grecji. Czy naprawdę trzeba jakiegoś wielkiego zawieszenia wiary, żeby dojść do wniosku, że skoro taki Zeus potrafi stworzyć istoty o ponadludzkich siłach, to nie stanowi już dla niego większego problemu danie im dowolnego koloru skóry? Dla mnie to jest o wiele mniej problematyczne niż fakt, że jedna z amazonek zostaje amerykańską superbohaterką. Znowu, twoje czepialstwo włącza się tylko w jednym, ściśle określonym kontekście.


Poza tym nie chciałbym, aby w całej tej dyskusji z wieloma przykładami i eksperymentami myślowymi uciekło nam kilka podstawowych faktów.

Esensja jako jedyny znany mi portal filmowy zarzucił "Przebudzeniu mocy", że kobieta i czarni są tam, bo "poprawność polityczna". W czasie, gdy Rey i Finn wygrywali jeden z drugim plebiscyty na ulubioną postać w nowych SW, a Ridley i Boyega byli powszechnie chwaleni za aktorstwo (tak jakościowo rożne od Christnesena i Portman), czytelnicy "Esensji" dowiadywali się, że te postacie i aktorzy pojawili się w filmie z parytetu. Recenzent "Przebudzenia mocy" w 2017 roku ma problem z zaakceptowaniem, że kobieta może pojawić się w roli, która nie ma do siebie przypisanych stereotypowych cech kobiecych.

Nie mam pojęcia, co kieruje redakcją Esensji, że publikuje takie,by posłużyć się słownictwem samego Loretza, bzdury, ale, cóż, to jej wybór. Jeśli Esensja wybrała taki sposób na wyróżnienie się w internecie, pozostaje jej pogratulować.

27 VI 2017   22:04:22

@Jale

"I o to właśnie chodzi - że jeśli mamy społeczeństwo złożone z bogatej rasowej mieszanki, dlaczego w filmach pojawiają się głównie biali i kilku czarnych? Gdzie Latynosi, Azjaci i Indianie? Jeśli ich nie ma (nie tylko na planie pierwszym, ale i w tle), to nie ma co mówić o równouprawnieniu, a jedynie o fasadowym zaklinaniu rzeczywistości".

Dziwny argument w dyskusji pod recenzją filmu, gdzie sidekickami są rdzenny Amerykanin, Szkot i Turek. Inna sprawa, że potraktowani stereotypowo, ale o tym już mówiłem w dyskusji z Konradem.

I nie jest tak, jak piszesz, że innych mniejszości niż czarna "nie ma", organizacje walczące o prawa Azjatów i rdzennych Amerykanów nie składają broni, po prostu w ostatnich latach mniejszość afroamerykańska silniej zaznaczyła swoją obecność, na co złożyło się wiele czynników (pierwszy czarny prezydent, napięcia rasowe wynikłe z nasilonej kryminalizacji czarnych, z brutalności policji, nowa fala afroamerykańskich talentów etc.).

"Czy to, że skrytykuję smak konkretnej landrynki, oznacza z automatu, że jestem landrynkofobem?"

Wyjątkowo niefajna analogia, budząca skojarzenia z Korwinową "krytyką" zapachu konkretnej rasy. Niemniej nikt Cię tu rasistą czy mizoginem nie nazwał, więc chyba jednak reagujesz zbytnim przewrażliwieniem.

Wiesz, czytam właśnie biografię George'a Lucasa. Ciekawe, że w jednej z wersji scenariusza "Nowej nadziei" Luke został wymazany, główną bohaterką miała być Leia - ale pomysł szybko zarzucono jako niekomercyjny. Podobnie, do roli Hana Solo Lucas poważnie rozważał Afroamerykanina - ale ostatecznie przestraszył się reakcji publiczności na romans międzyrasowy Hana i Lei. To dopiero była zimna kalkulacja!

Kilkadziesiąt lat musiało upłynąć, by Hollywood zaczęło mozolnie odchodzić od tego, co Ty nazwałbyś zapewne "niepoprawnością polityczną", a ja - w najłagodniejszej wersji, tchórzliwą zachowawczością. Dlatego szczerze i bez złośliwości - nie rozumiem ludzi, którzy wciąż tkwią mentalnie w rzeczywistości sprzed czterech dekad, w świecie z filmów, na których się wychowali, i podnoszą larum za każdym razem, gdy w dużej franczyzie główną rolę dostanie Afroamerykanin czy kobieta, rzekomo "na siłę". Wy to nazywacie "poprawnością polityczną", ja - zwykłą przyzwoitością. I mogę tylko zapytać, czemu tak późno.

« 1 2 3 [4]

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

East Side Story: …i nie stanie się nic – aż do końca!
Sebastian Chosiński

17 XII 2017

„Arytmia” to festiwalowy pewniak – film z gatunku tych, w których nie dzieje się (prawie) nic, a jednocześnie cały świat bohaterów zostaje przewrócony do góry nogami. Jurorzy i krytycy takie właśnie dzieła uwielbiają, potrafią wyłuskać z nich prawdę o otaczającej nas rzeczywistości. W tym kontekście nie dziwią główne nagrody dla obrazu Borisa Chlebnikowa na przeglądach w Soczi i Warszawie.

więcej »

Poczuć się jak dziesięciolatek
Konrad Wągrowski

14 XII 2017

„Ostatni Jedi” nie jest nowym „Imperium kontratakuje”, nie „wychodzi ze swojej strefy komfortu”, pozostając filmem raczej bezpiecznym, ale jest bardziej efektowny, bardziej złożony i po prostu zwyczajnie lepszy od „Przebudzenia Mocy”.

więcej »

East Side Story: Skandal?… Wiele hałasu o nic!
Sebastian Chosiński

10 XII 2017

Nazwisko reżysera Aleksieja Uczitiela i podjęty temat – czyli rzekomy romans cara Mikołaja II Romanowa i primabaleriny petersburskiego Teatru Maryjskiego Krzesińskiej – sprawiały, że po „Matyldzie” można było spodziewać się naprawdę dużo. Niestety, cały potencjał tkwiący w tej opowieści został zmarnowany, utopiony we łzach ckliwego melodramatu, na dodatek prawdopodobnie daleko odbiegającego od prawdy historycznej.

więcej »

Polecamy

Chwała na wysokości?

Dobry i Niebrzydki:

Chwała na wysokości?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Podręczne z Kairu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Atak paniki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

#MeToo według Kinga
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ludzie bez duszy, replikanci bez ciała
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja ogląda: Grudzień 2017 (2)
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Październik 2017 (2)
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Czerwiec 2017 (2)
— Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Kamil Witek

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Grudzień 2017 (2)
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Październik 2017 (2)
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

W górę i w dół na diabelskim młynie
— Jacek Łaszcz

Nie powielony schemat
— Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Wielka stopa i wtopa
— Jarosław Loretz

Wężogator voodoo
— Jarosław Loretz

Doroczna rozrywka w tanim stylu
— Jarosław Loretz

Rezydencjonalna duchota
— Jarosław Loretz

Brzdąkany dramat grozy
— Jarosław Loretz

Planetarny morderca i konkurencja
— Jarosław Loretz

I w szaleństwie jest metoda
— Jarosław Loretz

Mimo wszystko przeżyć
— Jarosław Loretz

Turbozombie w koreańskim pendolino
— Jarosław Loretz

Remanent filmowy 2016
— Sebastian Chosiński, Gabriel Krawczyk, Jarosław Loretz, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.