Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 stycznia 2018
w Esensji w Esensjopedii

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (15)

Esensja.pl
Esensja.pl
Piętnasty przegląd filmów jest nad wyraz bogaty – aż osiem recenzji w jednym tekście. Dramatyczny dokument, powrót Żelaznego Człowieka, Shah Rukh Khan nie śpiewa i nie tańczy, a klasyczny Disney i filmowy Mikołajek nadal rządzą.

SPF, czyli Subiektywny Przegląd Filmów to cykl realizujący dokładnie to, co określa jego tytuł – autorzy „Esensji” przedstawiają swoje opinie na temat niedawno obejrzanych filmów. Każdy tekst będzie dzielony na cztery części. Jutro omawia produkcje, które niedługo wejdą na ekrany naszych kin, Dziś przedstawia filmy, które właśnie pojawiły się w Polsce, Wczoraj to produkcje nieco starsze, ale jeszcze obecne w kinach, a DVD – jak łatwo się domyślić – ukazuje filmy dostępne na płytach.

JUTRO:
Zatoka delfinów (90%)
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Dokument skonstruowany jak rasowy thriller – i to jest jego największa zaleta. Oczywiście tematyka też nie jest bez znaczenia: mordowanym delfinom trudno nie współczuć, podobnie jak nie zżymać się na dwulicowość japońskich władz. Najważniejsza jest jednak konstrukcja samego obrazu. Mamy wyrazistego bohatera po przejściach – Rick O’Barry najpierw pomagał w oswojeniu delfinów, pracując przy słynnym serialu „Flipper”, a później zrozumiał, jak te zwierzęta cierpią w niewoli, i stał się zagorzałym orędownikiem ich uwolnienia. Mamy przygotowania do akcji – fascynujące sceny planowania wyprawy, logistyczną ekwilibrystykę, by przewieźć do Japonii zakazany sprzęt. Mamy pełne napięcia sceny – filmowane przez noktowizory wyprawy aktywistów, by sfilmować tytułową zatokę, w której dochodzi do procederu mordowania delfinów, albo konfrontacje z miejscowymi rybakami. Mamy dramatyczny zwrot akcji – gdy japońscy policjanci nachodzą O’Barry’ego, a widz drży o powodzenie akcji. Mamy słuszne motywacje – brutalne i wyraziste sceny rzezi, oraz sprawiedliwą nagrodę – piękne podwodne ujęcia, pokazujące ludzi pływających w harmonii z delfinami. „Zatoka delfinów” właściwie jest bardziej filmem o ideach i determinacji niż o delfinach. Największym bohaterem jest tu O’Barry i jego ekipa, a nie zagrożone morskie ssaki. To tego wiekowego już przecież aktywistę się podziwia za jego niezłomność (piękna scena końcowego nielegalnego wejścia na międzynarodowe spotkanie decydentów), za wiarę w słuszność swojej krucjaty, za dramatyczną przeszłość i chęć naprawiania grzechów, za umiejętność zarażania entuzjazmem innych. I tylko żal, że nie widać jego następców.
DZISIAJ:
Iron Man 2 (80%)
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Odrobinę gorszy, choć wciąż udany sequel bardzo dobrego filmu superbohaterskiego. Oczywiście żadnych zarzutów nie można mieć ani do scen akcji, ani do roli Downeya Jr., który wciela się w Tony’ego Starka z bodaj jeszcze większym wdziękiem (a wciąż ma do dyspozycji cięte dialogi). Niezłe wrażenie robi też intryga, która idąc w ślad za pierwszą częścią, skupia się na odpowiedzialności za posiadanie śmiertelnie niebezpiecznej broni – tym razem pojawiają się wątpliwości, czy egocentryczny Stark ma moralne prawo do niedzielenia się technologią Iron Mana z współobywatelami (czytaj: z rządem USA). W tle mamy jeszcze korporacyjnego gierki dobrego, choć nieco szarżującego Sama Rockwella w roli konkurencyjnego producenta broni. Nie bronią się za to szczegóły – „Iron Man 2” to film zdecydowanie głupszy od pierwowzoru. Tam mieliśmy tylko geniusza klecącego młotkiem w jaskini odrzutową zbroję, tutaj mamy choćby karykaturalnego rosyjskiego fizyka, który to samo, a nawet więcej – bo tworzy sprzęt zgrabny i elegancki – robi w swoim zdezelowanym mieszkanku. Ale też rzeczony bandzior jest superhakerem, podobnie zresztą jak wymachująca długimi nogami agentka S.H.I.E.L.D. (oboje waląc wściekle w klawiaturę są w stanie zrobić wszystko, na przykład zalogować się do obcego systemu i przejąć nad nim kontrolę), a sam Tony Stark chałupniczo zbudowanym laserem tworzy, uwaga! – nowe pierwiastki. Trochę to boli w trakcie seansu, podobnie jak skonstruowane po macoszemu postacie drugoplanowe: zupełnie zbędna Czarna Wdowa Scarlett Johansson, przerysowany Ivan Vanko Mickeya Rourke’a i niemrawy zbyt poważnego i nieczującego konwencji Dona Cheadle’a (bodaj najlepiej radzi sobie… Jon Favreau w nieco rozbudowanej roli ochroniarza Starka). Nie zawodzą za to drobne kroczki w kierunku budowania całego marvelowskiego universum – scena z tarczą Kapitana Ameryki, jak i scena po napisach końcowych usatysfakcjonują każdego fana komiksu. No i cieszyć musi samo podejście do bohatera – Tony Stark jest w dużej mierze antybohaterem, na pewno dalekim od cukierkowych i politycznie poprawnych wizji Supermana czy Spider-Mana. W połączeniu z dobrymi efektami i faktem, że Robert Downey Jr. doskonale te założenia wyczuł, sprawia to, że przygody Iron Mana można oglądać z przyjemnością, choćby nie wiadomo jak głupie były.
WCZORAJ:
Nazywam się Khan (70%)
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Twórca „Czasem słońce, czasem deszcz” oraz jego gwiazdy Shah Rukh Khan i Kajol w najwyższej formie – jaki może być efekt? Nie, wbrew pozorom nie roztańczona massala osadzona w kolorowych Indiach, ale wzruszający dramat rozliczający się z amerykańską traumą po 11 września. Oczywiście, co nie będzie zaskoczeniem dla miłośników indyjskiego kina, wszystko przepuszczone jest przez specyficzną optykę Bollywood: przerysowane, wyolbrzymione, skupiające się na emocjonalnych skutkach wydarzeń, a nie ich przebiegu lub prawdopodobieństwie, zagrane w maksymalnie przedłużonych scenach i ujęciach. Film w dużej mierze czerpiący i nawiązujący do wysokobudżetowych hollywodzkich dramatów wielu widzom może się wydać balansujący na granicy autoparodii – ale jej nigdy nie przekracza. Bo choć zagęszczenie nieprawdopodobieństw osiąga w pewnym momencie bardzo wysoki poziom (zupełnie zbędne „podkręcanie” bohaterskości postaci Khana przez wątek z powodzią w Georgii), to emocje związane z tymi wydarzeniami są naturalne i bliskie każdemu: miłość, strata, chęć akceptacji, poczucie niesprawiedliwości. Rizvan Khan umie tymi uczuciami żonglować, sprawić, by widzowi płakali i śmiali się (bo i takie momenty się zdarzają) wtedy, kiedy zechce, by kibicowali i współczuli bohaterom, by pałali gniewem na głupich urzędników i okrutnych rasistów. Oczywiście nie bez znaczenia jest też temat – wciąż nierozliczony okres nienawiści Amerykanów do domniemanych pobratymców terrorystów odpowiedzialnych za atak na World Trade Center, a w praktyce do wszystkich ciemnoskórych imigrantów. I jak pokazuje rzeczywistość, okres wciąż niezakończony: lecąc do USA na zdjęcia do tego filmu, Khan został zatrzymany przez służby lotniskowe i poddany intensywnej procedurze sprawdzającej. Zapewne nie tak nieprzyjemnej jak ta przedstawiona w filmie, ale równie uwłaczającej i niesprawiedliwej. Pytanie tylko, czy „Nazywam się Khan” będzie w stanie otworzyć oczy Amerykanom, skoro jako obraz należący w dużej mierze do innego kręgu kulturowego może zostać z automatu odrzucony. A nie zasługuje na to, bo choć nieco przydługi, jest naprawdę przyzwoitym i wzruszającym widowiskiem.
Dorwać byłą (30%)
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Spec od komedii romantycznych Andy Tennant zabrał się za reżyserowanie romcomów skrzyżowanych z filmem sensacyjnym. Za pierwszym razem wyszło mu słabe „Nie wszystko złoto, co się świeci”, a teraz równie kiepskie „Dorwać byłą” – o kilka klas słabsze od uroczego „Ptaszka na uwięzi”, do którego nawiązuje fabularnie. Tutaj też mamy byłe małżeństwo, kobietę sukcesu i niechlujnego, nieokrzesanego faceta, wpadające na siebie dość przypadkowo i ściągające sobie na kark bezwzględnych przestępców – przed którymi muszą uciekać, a by uczynić to skutecznie, najpierw przełamać wzajemną niechęć. Jednak ani Aniston i Butler nie umywają się do Hawn i Gibsona (do tego, mimo że ponoć romansowali ze sobą na planie, w ogóle nie ma między nimi chemii!), ani też Tennant nie jest reżyserem tej klasy co John Badham. Opierając się na słabiutkim scenariuszu z ledwie zarysowaną fabułą i drewnianymi dialogami, przekształca nośny schemat na własną modłę – rezygnując prawie całkowicie z pierwiastka sensacyjnego na korzyść wątku miłosnego. Tyle że nie robi tego z wyczuciem: postacie ciężko polubić, a tym bardziej kibicować im w ich ponownym zejściu, do którego zresztą dochodzi na zasadzie deus ex machina. Sceny sensacyjne nie emocjonują, miłosne nie wzruszają, a co gorsza, te w założeniu śmieszne w ogóle nie bawią – dogryzanie sobie byłych małżonków jest schematyczne i bez polotu, a wprowadzone jako comic relief postacie drugoplanowe są kompletnie chybione.
DVD:
Zakazane królestwo (40%)
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Tak ważny dla kinomanów historyczny moment – pierwsze spotkanie królów kina kopanego, Jackie Chana i Jeta Li – a tak skopany. Nie dosłownie, bo kopania w sensie literalnym tu nie brakuje, a pojedynek między gwiazdorami, choć nie przełomowy, ładnie miesza elementy kina kung-fu i wuxia, ciesząc oko. Zresztą od strony wizualnej ciężko filmowi coś zarzucić: baśniowe krainy, kolorowe plenery, magiczne postaci (kobieta walcząca włosami). Podobnie jak samym aktorom: Li i Chan nie odbiegają od swojego emploi – choć wcielający się w dwie postacie Li zaskakuje odejściem od grobowej miny na rzecz szerokiego uśmiechu – a po zdjęciach nie ustawali we wzajemnych komplementach na temat komfortu pracy (podobno ze względu na profesjonalizm i wyszkolenie aktorów sceny walki wymagały wyjątkowo niewielkiej liczby dubli). Kuleje za to fabuła: tradycyjna mieszanka „Karate Kida” ze sztampową opowiastką o ucieczce w świat wyobraźni rodem z „Kumpli” Aarona i Chucka Norrisów. Historia nieletniego fajtłapy o wielkim sercu, który bazując jedynie na dobrych chęciach, w mig nauczy się sztuk walki, zapewne trafi do najmłodszych, ale starszych widzów pozostawi obojętnymi, a może wręcz znudzonymi. Trochę zbyt wiele tu bowiem skupiania się na problemach dojrzewania – walce z nieśmiałością, radzeniem sobie z miłością, uczeniem się odpowiedzialności – niż na fantastycznej fabule i akcji. Zresztą przeprowadzono to bez wdzięku, a drewniane aktorstwo młodego Michaela Angarano zdecydowanie nie pomaga. Puścić dzieciom można, ale chyba lepiej poczekać na remake „Karate Kida”.
Księżniczka i żaba (80%)
WASZ EKSTRAKT:
70,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Znakomita tradycyjna animacja, świetne odwzorowanie i wykorzystanie charakterystycznego klimatu Nowego Orleanu, pouczające przesłanie, niezłe piosenki, wzruszające momenty, dobrze skrojone postacie, niewymuszony humor. Tak, to jest stary dobry Disney, różniący się od choćby Dreamworksa tym, że przyciąga uwagę tak dzieci, jak i dorosłych nie nawiązaniami do znanych przebojów i humorem opartym na pierdzeniu, ale prezentowaną opowieścią. Co prawda mam przeczucie (którego nie mogę zweryfikować), że najmłodszym widzom bajka może się wydać zbyt straszna i nieco mniej atrakcyjna niż opowieści o zwierzątkach w rodzaju „Króla lwa” czy „Zakochanego kundla”. Jednak przy odpowiedniej asyście rodziców powinni bezpiecznie przebrnąć przez seans, a co ważniejsze, zrozumieć przesłanie (oczywiście jak na Disneya podawane w sposób, który nie jest szczytem subtelności) o konieczności harmonizowania różnych aspektów życia. I nie zgadzam się z Agnieszką Szady, oskarżającą twórców filmu o niezdecydowanie – w „Księżniczce i żabie” widzę raczej trzeźwe połączenie różnych wizji życia i odejście od jednowymiarowych „dreams”, nieważne czy „american”, czy „romantic”. Pokazują, że ani zarzynanie się w pracy nie jest sposobem na życie, ani samą miłością nie sposób się wykarmić – i chwała im za to.
Mikołajek (100%)
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Arcydzieło. Zarówno jako film familijny, jako komedia, jako kino francuskie i jako ekranizacja powieściowego „Mikołajka”. Świetnie dobrano dziecięcych aktorów, którzy nie tylko wiernie odwzorowują najważniejsze cechy bohaterów Goscinnego, ale też grają naturalnie i z wdziękiem, zachowując pewną umowność i przerysowanie, ale bez sztuczności i przesady. Zresztą i dorośli aktorzy wspinają się na wyżyny swoich możliwości, a Valerie Lemercier błyszczy dużo wyraźniej niż choćby w „Gościach, gościach” choć korzysta z podobnego emploi. Ładnie wykonano czołówkę, wykorzystując słynne rysunki Sempego, oraz odwzorowano Francję z przełomu lat 50. i 60. Znakomicie skonstruowano fabułę (i utrzymano jej tempo!), która – w ślad za historiami pisanymi przez Goscinnego – wykorzystuje jako rdzeń fajny pomysł i spójny ciąg wydarzeń, a jednocześnie obudowuje go świetnymi epizodami, pozwalającymi w pełni wygrać humor kryjący się w każdej postaci. I właśnie chyba za to należą się brawa – za wierność książeczkom w każdym calu, za zrozumienie, że siła tego humoru kryje się w przyjęciu dziecięcej percepcji i narracji. I za niezmienianie tego sprawdzonego podejścia choćby o jotę.
Swing Vote (40%)
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Mieszanka politycznej satyry i familijnego wyciskacza łez o dzielnej dziewczynce borykającej się z zapijaczonym i niedorosłym do życia ojcem. To ostatnie sztampowe i za sprawą przerysowanej gry młodej aktorki plasujące film w okolicach niedzielnego popołudnia, ale nad satyrą warto się chwilę zatrzymać. Rzecz idzie o ten sam mechanizm, który mieliśmy już okazję zobaczyć w przypadku wyborów Bush-Kerry – o zwycięstwie w amerykańskich wyborach prezydenckich może zdecydować jeden stan, jedno hrabstwo. Tutaj rzecz oczywiście posunięto do absurdu, bo decydujący głos przypada jednemu miastu, a w nim, w obliczu symetrycznie rozłożonych sympatii politycznych, jednej osobie. Za bohatera, kompletnie nieinteresującego się sprawami kraju buraka, zagłosowała córka, ale w wyniku błędu maszyny głos zaliczono, ale bez wskazania kandydata – bohater musi więc głosowanie powtórzyć. Oczy kraju są skierowane na niego, podobnie jak oczy sztabów wyborczych i kandydatów – którzy zrobią wszystko, także zmienią własne obietnice i programy (demokrata optuje za ograniczeniem imigracji, a republikanin za małżeństwami gejów), by tylko rozgryźć enigmatyczne poglądy polityczne bohatera i się w nie wpasować. Niegłupie to, tylko niezbyt zgrabne, a co gorsza, ostatecznie (pomijając obowiązkowe rozwiązanie wątku z niezadowoloną z ojca córką) zamienia się w pompatyczną pochwałę demokracji i dydaktyczne nawoływanie do pogłębienia własnej świadomości politycznej. Byłoby w sumie niestrawne, gdyby nie dobra rola Kevina Costnera, który zgrabnie wciela się w małomiasteczkowego ochleja. Szkoda, że nie jest w stanie pociągnąć całego filmu.
koniec
17 maja 2010
dodajdo

Komentarze

17 V 2010   13:35:30

"Mordowanym delfinom" - taa, a w Polsce występują Litwini.

17 V 2010   14:56:54

no, i Żydzi

26 V 2010   11:18:44

Dla mnie „Zatoka Delfinów” to naprawdę mocny film! Polecam każdemu, nie ważne czy ta osoba jest ZA, czy PRZECIW połowowi delfinów. Bardzo fajnie nakręcony i tak jak możemy doczytać panuje taki thrillerowaty klimat. Rewelacyjny! Osobiście przypadła mi też do gustu strona o filmie. Znalazłem ją na facebooku: http://www.facebook.com/Zatoka.Delfinow?ref=ts Jak chcecie to zajrzyjcie. Mi się bardzo spodobała :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

East Side Story: Współczesny western górniczy
Sebastian Chosiński

14 I 2018

Nieczęsto zdarza się, aby uznany reżyser zdecydował się stanąć przed kamerą po… ćwierćwieczu milczenia. Mówiąc jednak precyzyjniej: po dwudziestu pięciu latach przerwy w realizacji filmów fabularnych. Bo dokumentalne jednak w tym czasie kręcił. Chodzi o Ormianina Karena Geworkiana, który „Całą naszą nadzieją…” postanowił zabrać głos w dyskusji nad bardzo ważną dla Rosji (choć nie tylko dla niej) kwestią społeczną.

więcej »

Blaski i cienie świata liliputów
Konrad Wągrowski

11 I 2018

Najnowszy film Alexandra Payne’a zaskakuje formą i tematem, ale budzi przy tym raczej mieszane uczucia.

więcej »

6. Konkurs na Recenzję Filmową: Problemy wiekuiste
Jakub Tyszkowski

10 I 2018

Katechizmy trzeba spisać na nowo. Okazuje się, że po śmierci ludzie zamieniają się w duchy – w prześcieradła z wyciętymi na oczy, czarnymi otworami. Uwaga, spoiler, film Davida Lowery′ego nie jest horrorem. W „A Ghost Story” duchy bywają smutne i nigdzie im się nie śpieszy.

więcej »

Polecamy

Partia na party w czasach Brexitu

Dobry i Niebrzydki:

Partia na party w czasach Brexitu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jak smakują Porgi?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Chwała na wysokości?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Podręczne z Kairu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Atak paniki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Coco jest spoko, ale czy to kolejne arcydzieło?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Męska wrażliwość nie ma racji bytu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To nie Ragnarok, tylko Ragnaroczek
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Grimm Girl, czyli diabeł tkwi w szczegółach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Delfin a sprawa japońska
— Marta Karpińska

Pociąg do Bollywood: Walcząc o tożsamość
— Ewa Drab

W żelaznym uścisku
— Ewa Drab

Książę i kelnerka
— Agnieszka Szady

Z tego cyklu

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (19)
— Konrad Wągrowski

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (18)
— Konrad Wągrowski

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (17)
— Jakub Gałka

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (16)
— Jakub Gałka

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (14)
— Jakub Gałka

SPF - Subiektywny Przegląd Filmów (13)
— Jakub Gałka

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (12)
— Jakub Gałka

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (11)
— Jakub Gałka

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (10)
— Jakub Gałka

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (9)
— Jakub Gałka

Tegoż twórcy

O półbogu, który chciał mieć szacun na dzielni
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja ogląda: Maj (2)
— Jarosław Robak, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Esensja ogląda: Listopad 2012 (Kino)
— Sebastian Chosiński, Miłosz Cybowski, Mateusz Kowalski, Gabriel Krawczyk, Alicja Kuciel, Patrycja Rojek

Veni, vidi i nici
— Zuzanna Witulska

Kosmici, na koń!
— Ewa Drab

I ty możesz zostać elfem
— Jarosław Loretz

IRONiczny MANifest
— Piotr Dobry

Podróbka
— Kamil Witek

Pociąg do Bollywood: Zerwane więzi
— Ewa Drab

Wykwintniś
— Ewa Drab

Tegoż autora

Więcej wszystkiego co błyszczy, buczy i wybucha?
— Miłosz Cybowski, Jakub Gałka, Wojciech Gołąbowski, Adam Kordaś, Michał Kubalski, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Nieprawdziwi detektywi
— Jakub Gałka

O tych, co z kosmosu
— Paweł Ciołkiewicz, Jakub Gałka, Jacek Jaciubek, Adam Kordaś, Michał Kubalski, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Wszyscy za jednego
— Jakub Gałka

Pacjent zmarł, po czym wstał jako zombie
— Adam Kordaś, Michał Kubalski, Jakub Gałka, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jarosław Robak, Beatrycze Nowicka, Łukasz Bodurka

Chodzi o dobre historie i ciekawych bohaterów
— Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jakub Gałka, Kamil Witek, Konrad Wągrowski, Michał Kubalski

Porażki i sukcesy 2013, czyli filmowe podsumowanie roku
— Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Ewa Drab, Grzegorz Fortuna, Jakub Gałka, Krzysztof Spór, Małgorzata Steciak, Konrad Wągrowski

Przygody drugoplanowe
— Jakub Gałka

Ranking, który spadł na Ziemię
— Sebastian Chosiński, Artur Chruściel, Jakub Gałka, Jacek Jaciubek, Michał Kubalski, Jarosław Loretz, Konrad Wągrowski, Kamil Witek

Esensja ogląda: Wrzesień 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Jakub Gałka, Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.