Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 28 marca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Berlinale 2014: Pozdrowienia z Glasgow

Esensja.pl
Esensja.pl
Stuart Murdoch
„God Help the Girl” to dość nietypowy musical; wyreżyserował go znany dzięki założonemu w 1996 roku zespołowi Belle & Sebastian szkocki muzyk Stuart Murdoch, zaangażowani przez niego aktorzy kontakt z muzyką mieli dotychczas raczej znikomy, a akcja filmu dzieje się…w mało efektownym Glasgow. Mimo to, a może właśnie dzięki temu, prezentowany w sekcji Generation film okazał się jednym z odkryć tegorocznego festiwalu.

Z reżyserem filmu „God Help the Girl”, Stuartem Murdochem, o miłości do kina, nienawiści do rock′n′rolla i śniadaniach rozmawia Marta Bałaga.

Stuart Murdoch
‹Dziewczyny›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDziewczyny
Tytuł oryginalnyGod Help the Girl
Dystrybutor Vue Movie Distribution
Data premiery12 grudnia 2014
ReżyseriaStuart Murdoch
ZdjęciaGiles Nuttgens
Scenariusz
ObsadaHannah Murray, Olly Alexander, Pierre Boulanger, Cora Bisset, Emily Browning
Rok produkcji2014
Kraj produkcjiWielka Brytania
Czas trwania111 min
WWW
Gatunekdramat, melodramat, musical
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Marta Bałaga: Jak bardzo osobisty jest Twój film? Zdecydowałeś się nakręcić go w mieście, które dobrze znasz, a kilka lat temu sam zmagałeś się z chorobą, to właśnie muzyka pomogła Ci wyzdrowieć. Parafrazując Flauberta, czy Eve to ty?
Stuart Murdoch: Pierwsze pytanie i od razu takie trudne (śmiech). Chcesz, żebym opowiedział Ci historię mojego życia? Trochę mnie znajdziesz pewnie w bohaterach filmu, w Jamesie i w Eve, w Cassie już raczej mniej. Dzielę z nimi pewne doświadczenia, ale mnie to wszystko przytrafiło się bardzo dawno temu, w 1989 roku. Wtedy nie potrafiłbym napisać o tym filmu, potrzebowałem trochę czasu. Pewnego dnia po prostu poczułem nagle obecność Eve, zupełnie jakby siedziała mi na ramieniu. Dla mnie Eve jest prawdziwa, mimo że w pewnym sensie jest przybyszem z mojej przeszłości.
MB: Przemawiasz więc poprzez postać kobiecą. Jakie to uczucie?
SM: Paradoksalnie okazało się to bardzo proste. Myślę, że pisanie z myślą o Eve w pewnym sensie mnie wyzwoliło, było to dla mnie coś zupełnie nowego. Kiedy zasiadłem do pisania od razu wiedziałem, co powie. Jedyną rzeczą, na której się znam to pisanie piosenek, może dlatego Eve komunikuje się z otoczeniem za ich pośrednictwem. Lubię tę postać, choć pewnie mogłem zrobić kilka rzeczy o wiele lepiej. Właściwie wszystko mogłem zrobić lepiej (śmiech). Ciężko pracowałem nad tym filmem i kiedy skończyliśmy pracę nad montażem starałem się więcej o nim nie myśleć. Potem obejrzałem go na festiwalu w Sundance wraz z publicznością i pomyślałem sobie, że jest dobrze. Nie uważam, że to spektakularny film, ale jest w porządku. Na chwilę obecną niczego więc tak naprawdę nie żałuję.
MB: W filmie ukazujesz piramidę wyobrażającą najważniejsze rzeczy w życiu. Czy odzwierciedla ona choć w części Twoje spojrzenie na świat?
SM: Ktoś kiedyś mi ją rozrysował, o ile dobrze pamiętam był to jakiś psychiatra. To wydarzyło się bardzo dawno temu, ale po latach nagle powrócił do mnie ten obraz.
Wiesz jak to jest, kiedy jest się młodszym czyta się Dostojewskiego i ma się depresję (śmiech). Wszystko sprawia trudność, dorośli są okropni, nie chce się szukać pracy. Byłem wtedy w fatalnej kondycji, a tu nagle ktoś powiedział, że takie właśnie jest życie, na tym polega i że tak naprawdę jest bardzo proste. Wywarło to na mnie duże wrażenie.
MB: Jesteś Szkotem, w „God Help the Girl” udało Ci się stworzyć miłosną odę do Glasgow. Twoi bohaterowie pochodzą jednak z innych miejsc.
SM: Początkowo wyobrażałem ich sobie jako typowych Szkotów z Glasgow, Eve miała pochodzić z małej wioski. Po prostu zaangażowaliśmy najlepszych ludzi i postanowiliśmy zmienić kilka rzeczy. James stał się Brytyjczykiem, który chciałby być Szkotem, Cassie - stuprocentową Brytyjką, a Eve, jak grająca ją Emily Browning, pochodzi z Australii.
MB: Twoi bohaterowie wydają się żyć w rzeczywistości trochę innej niż ta, którą znamy. Nie siedzą wciąż na Facebooku, nie rozmawiają przez komórkę.
SM: Może rzeczywiście są nieco nietypowi. To takie nastolatki renesansu, chcą siedzieć po nocy i czytać Prousta. Wydaje mi się jednak, że takie dzieciaki naprawdę istnieją, są pretensjonalnymi snobami i za to ich lubię. Może właśnie takie nastolatki polubią mój film.
MB: Aktorzy, których wybrałeś, są młodzi, ale mają już na swoim koncie wiele ról. Czy jako debiutujący reżyser skorzystałeś z ich doświadczenia?
SM: Tak, sporo mnie nauczyli i pomogli mi zrozumieć, jak trudny jest wykonywany przez nich zawód. Ja nigdy nie mógłbym robić tego, co oni. Wywarli wielki wpływ na film - gdy tylko zebraliśmy ich trójkę na planie wprowadziliśmy wiele zmian. Ciągle przesiadywali gdzieś razem i nie dopuszczali nikogo do swojego zamkniętego kółka. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że musimy uchwycić w filmie tę więź, to poczucie przynależności do jakiegoś tajemniczego gangu. Zachowywali się tak, jak w filmie i wciąż wychodzili na papierosa, nazywaliśmy ich „trzema kominami”.
MB: Jak pracowało Ci się z Emily Browning?
SM: Nie wiem zbyt wiele o technicznych aspektach filmu, o obiektywach czy oświetleniu, ale obsada od samego początku była dla mnie najważniejsza. Jeśli uda Ci się znaleźć utalentowanych ludzi, bardzo ułatwi Ci to życie, zwłaszcza w przypadku debiutującego reżysera. O rolę Eve starało się ponad dwa tysiące dziewczyn, zgłoszenia napływały nawet przez internet. Emily była po prostu...solidna. To prawdziwa profesjonalistka, w końcu robi to już od lat. Z drugiej jednak strony jest po prostu cool. Nigdzie nie mieszka na stałe, nie ma domu i wciąż podróżuje, nigdy nie odpisuje na moje maile ani na SMS-y, po prostu nagle się pojawia. Bardzo przypomina Eve. Czułem, że będzie w tej roli doskonała.
MB: Czy brałeś pod uwagę kandydaturę Catherine Ireton? (kanadyjska piosenkarka, z którą Murdoch nagrał początkowo utwory, które pojawiają się w filmie – przypis autorki) Odegrała kluczową rolę w rozwoju całego projektu.
SM: Tak, oczywiście, że tak. Catherine była na drugim miejscu jeszcze na miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć. Było to może niesprawiedliwe, bo bez niej ten projekt nigdy by nie powstał, razem nagraliśmy płytę i ruszyliśmy w trasę koncertową po Europie. Catherine w pewnym sensie była już Eve, ale Barry i ja ostatecznie uznaliśmy, że potrzebujemy jednak kogoś innego. Poza tym, kiedy wreszcie doszło do realizacji filmu była już starsza, a my chcieliśmy, aby był to film z młodymi ludźmi dla młodych ludzi.

‹Internationale Filmfestspiele Berlin 2014›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
MiejsceBerlin
Od6 lutego 2014
Do16 lutego 2014
WWW
MB: „God Help the Girl” powstał jako seria piosenek. Dlaczego zdecydowałeś się na nakręcenie filmu?
SM: Kiedy założyliśmy zespół przestałem słuchać muzyki, zacząłem natomiast namiętnie oglądać filmy. Każdego wieczora po koncercie wracałem do domu i oglądałem „Pretty in Pink” albo „Grease”. Zakochałem się w kinie, więc kiedy w mojej głowie pojawili się ci bohaterowie wydało mi się naturalne, aby zacząć myśleć o zrobieniu o nich filmu.
MB: W filmie James mówi, że to nie ty tworzysz zespół, ale zespół tworzy ciebie. Czy się z tym zgadzasz? Jak było w przypadku Belle & Sebastian?
SM: Nie zgadzam się ze wszystkim, co mówi James. Myślę, że czasem wygłasza jakieś stwierdzenie, by już po chwili sobie zaprzeczyć (śmiech). Naprawdę nie wiem, czy w przypadku mojego zespołu tak właśnie było, ale mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że kocham Belle & Sebastian, bez nich byłbym nikim. Uwielbiam zespoły, nie lubię artystów solowych. Nie znoszę, gdy się rozpadają, kiedy rozpadli się The Smiths nie rozumiałem, o co k... chodzi. Zespół to potęga. My gramy już razem prawie dwadzieścia lat, nie bylibyśmy w stanie tego robić, gdybyśmy się dobrze nie rozumieli. Zdarzało nam się kłócić, kilka osób odeszło i teraz już wiem, że nie powinno się nigdy spotykać z kimś, kto gra z tobą w zespole (śmiech). To naprawdę zły pomysł.
MB: Podobno przy realizacji filmu inspirowałeś się dziewczęcymi zespołami z lat 60-tych.
SM: Tak było na początku, myślałem wtedy o The Ronettes, The Shangri-Las, o takim typie brzmienia. Później, gdy postać Eve zaczęła nabierać życia, myślałem już głównie o niej, o tym, jak sama śpiewa.
MB: „God Help the Girl” powstawał przez ponad dziesięć lat. Czy masz jeszcze ochotę i siłę na zrobienie kolejnego filmu?
SM: Zdecydowanie tak. W przeciwieństwie do muzyki pop, która jest skierowana przede wszystkim do młodych ludzi i tworzy się ją łatwiej, kiedy samym jest się młodszym, film dysponuje szerszą paletą. Można poruszać w nim każdy temat, można zgłębiać w nim ludzką naturę. Nie wiem, czy mój kolejny film znów będzie musicalem, mogę tylko powiedzieć, że z pewnością nie będzie to film biograficzny o jakimś muzyku. Tego nigdy bym nie zrobił.
MB: Pomysł na film przyszedł Ci podczas joggingu, jak z autora piosenek stawałeś się scenarzystą?
SM: Pisanie scenariusza stanowiło najlepszy okres w moim życiu. Zrobiłem sobie przerwę od Belle & Sebastian i wróciłem do Glasgow, siedziałem sam w moim małym mieszkanku i świetnie się bawiłem. Wstawałem rano i pisałem przez jakieś pół godziny, po czym uznawałem, że już wystarczy i wychodziłem przejechać się na rowerze (śmiech). Lubię pracować w ten sposób, tak powstały moje najlepsze piosenki. Zatrzymywałem się gdzieś na poboczu, wyciągałem dyktafon i śpiewałem do niego udając, że rozmawiam przez telefon.
Wszystko stało się prostsze, gdy w mojej głowie narodzili się już bohaterowie. Po prostu pozwoliłem im mówić. To jedyny sposób, jaki znam, nie jestem świetnym pisarzem, nie potrafię konstruować skomplikowanych historii szpiegowskich. Po prostu słucham, co moi bohaterowie mają do powiedzenia. Scenariusz był początkowo o wiele bardziej rozbudowany, Eve i Cassie w nieskończoność rozmawiały na przykład o praniu staników.
MB: Brzmi to jak dziewczęca wersja dialogów Tarantino.
SM: Być może (śmiech). Rozmowy między dziewczynami są o wiele ciekawsze od męskich.
MB: Czy po tym doświadczeniu zauważasz jakąś różnicę pomiędzy tym, jak funkcjonuje przemysł muzyczny i filmowy?
SM: Pod względem biznesowym oba są bardzo podobne. Dla mnie przemysł filmowy jest o wiele bardziej ekscytujący, ale pewnie dlatego, że wciąż traktuję go jako coś egzotycznego. No i pozostaje też kwestia śniadania. Zawsze budzę się wcześnie, nie biorę narkotyków i nie piję, więc rock′n′roll strasznie mnie nudzi. Nienawidzę rock′n′rolla! Uwielbiam za to śniadania. Dziś na festiwalu zjedliśmy świetne śniadanie, wszyscy rozmawiali o filmach, scenariuszach i czułem się jak w „Graczu” Altmana. Gdybym natomiast był w trasie, rano siedziałbym przy stole z kilkoma skacowanymi, śliniącymi się facetami. Niech się p..., ja mam już tego dość.
koniec
12 lutego 2014
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Dobry western powinien być prosty
John Maclean

20 XI 2015

Z Johnem Macleanem o stawianiu sobie ograniczeń i o tym, dlaczego wszystkie westerny są rewizjonistyczne rozmawia Marta Bałaga.

więcej »

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?
Menno Meyjes

23 XI 2014

Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.

więcej »

Cyniczna chęć uczynienia świata bezpieczniejszym
Andrew Bovell

29 X 2014

„Po jedenastym września utraciliśmy zdolność do rozpoznawania niewinności. Jesteśmy zbyt podejrzliwi” – mówi australijski dramaturg i scenarzysta, Andrew Bovell, autor scenariusza do filmu „Bardzo poszukiwany człowiek” i dramatu „Językami mówić będą”.

więcej »

Polecamy

Małpa musi się pobrudzić

Dobry i Niebrzydki:

Małpa musi się pobrudzić
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dysfunkcyjna rodzina w podróży, czyli rzeźnia, która wzrusza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zabić jelenia gołymi rękami i wyrecytować Konstytucję przez sen
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

You complete me!
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oscary intymne i okruchy życia
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

„Wstręt” w baletkach, czyli prawdziwa sztuka rodzi się w bólach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pola, łączki, lasy, czyli zaświaty według Jacksona
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

A idź z tym gniotem!
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Krwawa makabra jest dobra
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

To jest bingo!
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Co nam w kinie gra: Dziewczyny
— Marta Bałaga

Berlinale 2014: Świat zapośredniczony
— Anna Kazejak-Dawid

Berlinale 2014: Mała Lady Makbet
— Marta Bałaga

Berlinale 2014: Rodzinny portret
— Marta Bałaga

Berlinale 2014: Skok na głęboką wodę
— Hippolyte Girardot, Caroline Sihol

Berlinale 2014: Podwójne życie Zhanga Zili
— Fan Liao

Berlinale 2014: Ostrożnie, pożądanie
— Marta Bałaga

Berlinale 2014: Teatr Telewizji
— Marta Bałaga

Berlinale 2014: Maria łaski pełna
— Marta Bałaga

Berlinale 2014: Mission: Impossible
— Marta Bałaga

Z tego cyklu

Świat zapośredniczony
— Anna Kazejak-Dawid

Mała Lady Makbet
— Marta Bałaga

Rodzinny portret
— Marta Bałaga

Skok na głęboką wodę
— Hippolyte Girardot, Caroline Sihol

Podwójne życie Zhanga Zili
— Fan Liao

Ostrożnie, pożądanie
— Marta Bałaga

Teatr Telewizji
— Marta Bałaga

Maria łaski pełna
— Marta Bałaga

Mission: Impossible
— Marta Bałaga

Anioły w Ameryce
— Marta Bałaga

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.