Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 28 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Polegam na instynkcie

Esensja.pl
Esensja.pl
Katell Quillévéré
Katell Quillévéré ma blond grzywkę, w którą co chwilę dmucha, wysłużoną skórzaną ramoneskę i zmęczone oczy wskazujące na to, że wciąż próbuje przyzwyczaić się do dnia polarnego. Nie jest to łatwe – na założonym przez braci Kaurismäki Midnight Sun Film Festival w samym sercu Laponii słońce świeci nieprzerwanie 24 godziny na dobę, a ostatni seans zaczyna się o czwartej nad ranem. Na szczęście francuska reżyserka wie, czego się po Laponii spodziewać – w małym miasteczku Sodankylä gości już po raz drugi.

Katell Quillévéré

ImięKatell
NazwiskoQuillévéré
Pomimo niewyspania młodziutka Quillévéré lepiej odnajduje się na małym fińskim festiwalu niż w eleganckim Cannes, gdzie cztery lata temu prezentowała swój pierwszy film „Love Like Poison”, czy na zeszłorocznej ceremonii rozdaniu Cezarów, podczas której jej drugie dzieło „Suzanne” walczyło o statuetki aż w pięciu kategoriach. Cierpliwie odpowiada na pytania widzów i cieszy się z wyprzedanych seansów, choć większość w nich ma miejsce… w gigantycznym namiocie. „Nigdy wcześniej nie pokazywałam moich filmu w cyrku” – zauważa ze śmiechem.
O filmach reżyserki, jej najbardziej kontrowersyjnej postaci i Ninie Simone rozmawia Marta Bałaga.
Marta Bałaga: W Twoich filmach najbardziej uderza mnie to, że zawsze ciepło pokazujesz swoich bohaterów. Nawet, jeśli to, co robią jest złe.
Katell Quillévéré: Myślę, że po prostu staram się nie oceniać ludzi. W życiu codziennym wciąż się oceniamy, bo każdy z nas ma własne życie i własne poglądy. Dla mnie robienie filmów to dobry sposób na to, żeby pokazać prawdziwie ludzkie oblicze. Zawsze myślę o takich reżyserach jak Jean Renoir, którzy byli prawdziwymi humanistami, chciałabym potrafić robić tak ludzkie filmy jak on. W każdym z nas jest wszystkiego po trochu, staram się podkreślać tę złożoność.
MB: W „Love Like Poison” bardzo ważna jest postać umierającego dziadka, jowialnego starszego pana, który w pewnym momencie zaczyna składać swojej wnuczce dwuznaczne propozycje. Choć łatwiej byłoby ukazać go w negatywnym świetle, u Ciebie jakimś cudem wzbudza sympatię.

Katell Quillévéré
‹Love Like Poison›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLove Like Poison
Tytuł oryginalnyUn poison violent
ReżyseriaKatell Quillévéré
ZdjęciaTom Harari
Scenariusz
ObsadaClara Augarde, Lio, Michel Galabru, Stefano Cassetti, Thierry Neuvic, Youen Leboulanger-Gourvil, Philippe Duclos, Françoise Navarro
MuzykaOlivier Mellano
Rok produkcji2010
Kraj produkcjiFrancja
Czas trwania92 min
Gatunekdramat
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
KQ: Granego przez Michela Galabru bohatera od początku widziałam jako starego człowieka, który przez całe swoje życie miał wielkie poczucie humoru, który kochał jeść, pić i kochać się z kobietami. Stanowi zupełne przeciwieństwo tego, co reprezentuje sobą religijna matka Anny (głównej bohaterki filmu – przypis autorki). Zainteresowało mnie to, jak ta dwójka się uzupełnia. A co do jego propozycji… kiedy się starzejesz, często objawia się to niejako powrotem do dzieciństwa, mówisz na głos rzeczy, które normalnie się przemilcza.
MB: Dlatego jest bardziej otwarty?
KQ: Bardziej otwarty i bardziej wolny. Także pod względem wyznawanej religii – jeśli przyjrzeć się bliżej filmowi można zauważyć, że ukazany jest w nim pełen przegląd zachowań powiązanych z religią. Z jednej strony mamy księdza, z drugiej – tego starego człowieka. Nie jest religijny, więc stojąc w obliczu śmierci zamiast księdza chce, jak to określa, zobaczyć „miejsce, z którego pochodzi”. Może dlatego, że całe życie wielbił kobiety, a nie Boga. Nie ma nikogo, kogo mógłby o to poprosić, tylko ukochaną wnuczkę. Ona potrzebuje czasu, żeby tą prośbę rozważyć i podjąć decyzję. Dla mnie to, co ostatecznie robi Anna jest najbardziej chrześcijańskim aktem filmu.
MB: Dlaczego zdecydowałaś się poruszyć w „Love Like Poison” kwestię religii?
KQ: To bardzo osobisty film, nie tyle autobiograficzny, ile właśnie osobisty. Gdy byłam dzieckiem bardzo mocno wierzyłam w Boga, straciłam wiarę w wieku 13 lat. To doświadczenie było dla mnie początkiem czegoś innego i doprowadziło mnie do kina, zamiast Boga odnalazłam kreatywność. Gdy robisz filmy, nie jest to może alternatywa zmartwychwstania, ale tworzysz coś, co pozostanie na lata (śmiech). W moim pierwszym filmie musiałam opowiedzieć o religii, było to dla mnie jasne od samego początku. Ta decyzja była instynktowna, kierowałam się wewnętrzną potrzebą. Tym niemniej dla mnie „Love Like Poison” to nie tyle opowieść o religii, ile raczej o doświadczeniu bycia nastolatką i emancypacji. O tym, jak młoda kobieta odnajduje własną drogę, jak pomału uczy się wyrażać siebie.

Katell Quillévéré
‹Suzanne›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSuzanne
ReżyseriaKatell Quillévéré
ZdjęciaTom Harari
Scenariusz
ObsadaLola Dueñas, Sara Forestier, François Damiens, Adèle Haenel, Anne Le Ny, Corinne Masiero, Paul Hamy
Rok produkcji2013
Kraj produkcjiFrancja
Czas trwania94 min
Gatunekdramat
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
MB: O emancypacji opowiada też Twój kolejny film – „Suzanne’. Co Cię fascynuje w takich historiach?
KQ: Znowu muszę odwołać się do instynktu. Żadnej decyzji nie podejmuję „na zimno”, nigdy nie kalkuluję. „Suzanne” powstała dlatego, że spore wrażenie wywarły na mnie książki poświęcone kobietom żyjącym ze znanymi francuskimi gangsterami, jak na przykład Mesrine. Była to ciekawa lektura. Te kobiety były zupełnie normalne, nic w ich życiu nie wskazywało na to, że będą prowadziły takie życie. W swoich autobiografiach same zastanawiają się nad tym, co takiego wydarzyło się podczas ich dzieciństwa i młodości, że tak mocno pokochały tych mężczyzn. Uczyły się dla nich rabować banki, ratować ich z więzienia, dokonywały wszystkich tych szalonych, odważnych rzeczy, ale z drugiej strony były im bardzo oddane, w taki mistyczny wręcz sposób. Bardzo zafascynował mnie ten temat i w mojej głowie narodziła się postać Suzanne. Nie chciałam jednak robić filmu gatunkowego, nie chciałam kręcić sekwencji ucieczki kochanków, to zrobiono już wcześniej i to wiele razy. Nie miałam pomysłu na to, jak pokazać tego typu sceny w świeży, oryginalny sposób. Dlatego też postanowiłam skupić się na ludziach, którzy cierpią przez Suzanne i muszą radzić sobie z jej nieobecnością. Wraz z Mariette Désert, z którą wspólnie napisałyśmy scenariusz, stworzyłyśmy innych bohaterów – siostrę, ojca, dziecko. To film o tych, którzy pozostają. Poza tym zawsze fascynowały mnie amerykańskie filmy biograficzne, chciałam zrobić romantyczny film opowiadający o dwudziestu latach czyjegoś życia.
MB: W filmach biograficznych często preferuje się określoną strukturę; film rozpoczyna się późno w życiu bohatera, kiedy ten rozmyśla nad przeszłością i dopiero wtedy zaczynają się retrospekcje. Ty zdecydowałaś się zacząć od samego początku. Suzanne poznajemy już jako malutką dziewczynkę.
KQ: W klasycznych filmach biograficznych dzieciństwo ukazane jest zawsze jako moment traumy, w ten sposób wyjaśnia się, dlaczego bohater zszedł na złą stronę. Za wszelką cenę chciałam tego uniknąć. Moim pragnieniem było stworzenie współczesnego filmu biograficznego, który ukazuje złożoność charakterów postaci i mówi o sile przypadku i przeznaczeniu. Najważniejsze spotkania w naszym życiu są dziełem przypadku, nie wybiera się ludzi, w których się zakochujemy.
MB: „Suzanne” to ambitniejsze pod każdym względem przedsięwzięcie. Po „Love Like Poison” chciałaś spróbować sił robiąc film na większą skalę?
KQ: Myślę, że wynikło to głównie z rodzaju historii, jaką postanowiłam opowiedzieć, ale na pewno chciałam też zrobić coś lepszego. Trzeba stawiać sobie wyzwania, trzeba za każdym razem próbować iść dalej.
MB: Bardzo interesuje Cię instytucja rodziny, ale w Twoich filmach rodziny nigdy nie są do końca idealne. Zawsze kogoś w nich brakuje; nieobecnego ojca, zmarłej matki albo kogoś, kto poza fizyczną obecnością niewiele w nie wnosi.
Katell Quillévéré
Katell Quillévéré
KQ: Ten temat mnie motywuje i stanowi dla mnie ciągłe źródło inspiracji. Zawsze bardzo głęboko poruszał mnie motyw porzucenia, separacji, straty. To coś, co zawsze we mnie tkwiło, może dlatego tak bardzo cenię reżysera Maurice’a Pialata. Jego filmy są mi bliskie, bo zawsze mówią o uczuciach i emocjach. Rodzina to temat, który jest bliski każdemu z nas, a ja lubię oglądać i robić proste filmy, bo każdy może je zrozumieć. Kino musi pozwolić nam na to, żeby spojrzeć na nasze życie z dystansu, a następnie zmusić do konfrontacji.
MB: To, co udaje Ci się wydobyć z aktorów, nawet z dzieci, naprawdę robi wrażenie.
KQ: Nie wiem jak pracują inni reżyserzy, ale ja tak naprawdę nie mam żadnej konkretnej metody na pracę z aktorami. Każdy aktor wymaga czegoś innego w zależności od tego, czy jest to dziecko, nastolatek, gwiazda. A tak naprawdę chodzi głównie o to, jaka to osoba. W tym przypadku też polegam na instynkcie, bo kiedy wreszcie uda się zrozumieć jak funkcjonuje, po prostu przyciskasz odpowiednie przyciski (śmiech). Dla mnie zawsze chodzi o miłość i zaufanie. Moi aktorzy muszą czuć się komfortowo i pewnie, w takich warunkach dobrze się pracuje. Nie lubię funkcjonować w atmosferze pełnej strachu, czasem niektórzy aktorzy lubią cierpieć i jeśli tego właśnie potrzebują mogę im w tym pomóc, ale w większości wypadków po prostu potrzebują ciepła i odrobiny swobody. Odkryłam, że najlepsze sceny to zwykle wypadkowa tego, co oczekiwałam z tym, czego oni oczekiwali. Wspólnie staramy się więc znaleźć złoty środek.
Love like Poison
Love like Poison
MB: Często słyszy się opowieści o reżyserach, który na planie rzucają rekwizytami i wyrywają aktorom włosy, a przecież nie należy to do standardowej praktyki. W Cannes rozmawiałam z Alice Rohrwacher, która zapytana o atmosferę na planie powiedziała, że wszyscy byli dobrymi przyjaciółmi. Dziennikarze wydawali się tym stwierdzeniem rozczarowani.
KQ: Robienie filmów to ciężka praca. Nad jednym filmie zwykle pracuje się trzy lata i nigdy nie wiadomo, czy będzie on gówniany, czy widzowie go znienawidzą, czy realizacja dojdzie do skutku i czy ktoś go w ogóle obejrzy. Dlatego dla mnie najważniejsze jest to, żeby dobrze czuć się z ludźmi, z którymi dzielę tę przygodę. Jeśli uda się sprawić, że będzie to wartościowe doświadczenie, bez względu na ostateczny rezultat będzie to coś, czego nikt mi nie odbierze i da mi siłę na to, żeby zrobić kolejny film. Dlatego lubię zachowywać się w porządku wobec innych.
MB: Muzyka jest dla Ciebie bardzo ważna, zawsze pamięta się ją po obejrzeniu Twoich filmów. Nie wiem, czy to tylko moja naciągana teoria, ale wydawało mi się, że wszystkie utwory w „Love Like Poison” były śpiewane przez kobiety.
KQ: Masz zupełną rację, w filmie słychać wyłącznie kobiece głosy.
MB: Cieszę się, że jednak nie mam halucynacji.
KQ: To było dla mnie bardzo ważne. W „Love Like Poison” młoda dziewczyna w pewnym sensie traci matkę, nie czuje jej wsparcia. Te kobiece głosy ją zastępują, dotrzymują Annie towarzystwa w bardzo ważnym momencie w życiu. Chciałam w ten sposób podkreślić, że to film o podróży kobiety.
MB: „Suzanne” zamyka piosenka o tym samym tytule, stanowi ona podsumowanie losów głównej bohaterki. Czy od samego początku miała odegrać w filmie tak istotną rolę?
Suzanne
Suzanne
KQ: Na pewno stanowiła ważną inspirację. Zwykle zaczynam szukać odpowiedniej muzyki już wtedy, gdy zaczynam pisać scenariusz. Pracuję z konsultantem Frankiem Beauvais i on przynosi mi utwory, których mogę posłuchać. Wspólnie decydujemy o tym, jaki będzie ton filmu i jego tonacja. To dzięki Frankowi odkryłam Electrelane, kobiecy zespół rockowy, który ostatecznie skomponował muzykę do filmu. „Suzanne” początkowo zmontowałam do istniejących utworów zespołu, ale potem poprosiłam liderkę grupy Verity Susman, by napisała dla mnie zupełnie nowe utwory. Zrobiła to i rezultat mnie zachwycił. Lubię eksponować muzykę, bo niektóre sceny tego wymagają i długo szukam właściwego utworu. Potem często ulega to zmianie w montażu – sceny, które ilustrowała muzyka lepiej wypadają bez niej i na odwrót. „Suzanne” zawdzięcza swój tytuł piosence Leonarda Cohena, która bardzo mnie zainspirowała. Od początku byłam jednak przekonana, że nie mogę wykorzystać oryginalnej wersji, jak na zakończenie filmu była zbyt melancholijna. Potrzebowałam czegoś… żywszego.
MB: Bo tak naprawdę nie jest to smutne zakończenie.
KQ: No właśnie. Kiedy więc odkryłam wersję Niny Simone, po prostu się zakochałam. Także dlatego, że śpiewa ją kobieta, kobieta o silnym głosie, w którym można usłyszeć, że wiele wycierpiała, ale wciąż żyje. Nie dba o oryginalną wersję piosenki i robi z nią co chce. To mi się spodobało. Nina Simone to odpowiednia towarzyszka dla Suzanne.
Katell Quillévéré (fot. Ella Karttunen)
Katell Quillévéré (fot. Ella Karttunen)
MB: Rok temu powiedziałaś, że Twój następny film też będzie opowiadał o rodzinie. Czy teraz jesteś w stanie opowiedzieć mi coś więcej o tym nowym projekcie?
KQ: Odkryłam niesamowitą książkę Maylis de Kerangal, jej francuski tytuł to „Réparer les vivants”, czyli „Naprawić żywych”. Przygotowuję jej adaptację. To historia „podróży” serca nastoletniego chłopca do pięćdziesięcioletniej kobiety, której ma zostać przeszczepione. Ukazane jest tu wszystko – rozpacz rodziny chłopca, zabiegi w szpitalu, opisane są sylwetki lekarzy.
MB: Planujesz więc podążyć za głosem serca. I to dosłownie.
KQ: Można tak powiedzieć (śmiech). Ten film będzie stanowić dla mnie kolejne wyzwanie, bo książka jest na bardzo wysokim poziomie, na wysokim poziomie musi więc być też jej adaptacja. Dobrze, że lubię wyzwania.
koniec
19 czerwca 2014
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Dobry western powinien być prosty
John Maclean

20 XI 2015

Z Johnem Macleanem o stawianiu sobie ograniczeń i o tym, dlaczego wszystkie westerny są rewizjonistyczne rozmawia Marta Bałaga.

więcej »

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?
Menno Meyjes

23 XI 2014

Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.

więcej »

Cyniczna chęć uczynienia świata bezpieczniejszym
Andrew Bovell

29 X 2014

„Po jedenastym września utraciliśmy zdolność do rozpoznawania niewinności. Jesteśmy zbyt podejrzliwi” – mówi australijski dramaturg i scenarzysta, Andrew Bovell, autor scenariusza do filmu „Bardzo poszukiwany człowiek” i dramatu „Językami mówić będą”.

więcej »

Polecamy

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce

Dobry i Niebrzydki:

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Espoo Ciné 2013: Piękna i szalona
— Marta Bałaga

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.