Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Uważam się za szczęściarza

Esensja.pl
Esensja.pl
Dome Karukoski jest dobrym rozmówcą. Ma amerykański akcent, niezłą pamięć i lubi opowiadać historie, także jeśli dotyczą kawiarni, w której się spotykamy i swojego wyjątkowo zmaltretowanego portfela. Wyczerpująco odpowiada na każde pytanie nie gubiąc wątku nawet wtedy, gdy bezczelna mewa kradnie ze stolika croissanta większego od niej samej. „Są szybkie” – podsumowuje i spokojnie wraca do podjętego tematu. Pełen profesjonalizm.
Fiński reżyser pracuje szybko – jego Serce lwa dopiero trafia do polskich kin, a na festiwalu w Toronto już będzie można obejrzeć jego najnowszy film, The Grump, który zrobił z myślą o ojcu. Na swoim koncie ma pięć diametralnie różnych filmów i wszystkie możliwe nagrody filmowe przyznawane w Finlandii; oprócz Serca lwa, opowiadającego o neonaziście, który zakochuje się w samotnej matce wychowującej czarnoskórego syna, Karukoski nakręcił dramat o aspirującej piosenkarce z przedmieścia (Piękna i drań), adaptację ambitnej powieści (Dom mrocznych motyl), komedię o grupie przyjaciół desperacko poszukujących… dekodera (Lapońska odyseja) i ciepłą opowieść o dwóch osiemnastolatkach z konserwatywnej wspólnoty religijnej (Zakazane owoce).
W zeszłym roku prestiżowy magazyn Variety opublikował listę reżyserów, na których warto zwrócić obecnie szczególną uwagę. Wśród nazwisk wymienionych w tym zestawieniu znalazł się także Dome Karukoski i oprócz etykietki „nowego Kaurismäkiego” otworzyły się przed nim drzwi Hollywood. Nie oznacza to jednak, że na wzór swojego innego rodaka Renny’ego Harlina od razu zacznie pakować walizki.
Z reżyserem Dome Karukoskim o niełatwym dzieciństwie, fińskiej publiczności i najnowszym projekcie poświęconym ikonie gejów rozmawia Marta Bałaga.
Marta Bałaga: Nie spodziewałam się, że zastanę Cię jeszcze w Finlandii. Myślałam, że będziesz już gdzieś daleko pracując nad filmem o rysowniku Touko Laaksonen, znanym jako Tom of Finland.
Dome Karukoski: Jeśli wszystko dobrze pójdzie zacznę kręcić w przyszłym roku. W przypadku tak wysokobudżetowych projektów realizacja zajmuje dużo czasu. W głównej roli chcemy obsadzić międzynarodową gwiazdę, a one mają napięty grafik i trzeba dostosować wszystko do czasu, jakim dysponują. Dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie, bo gdy kręci się filmy w Finlandii zwykle nie potrzeba angażować znanych nazwisk. Nie będzie to klasyczny film biograficzny, chcę się skupić na kilku segmentach jego życia. Historia Touko jest bardzo, bardzo ciekawa – w końcu był nawet bohaterem wojennym! W takim kraju jak Finlandia bohaterzy wojenni byli konserwatystami a geje nie mieli prawa do normalnego życia.
MB: To pierwszy film, który nakręcisz w języku angielskim.
DK: Większość fanów twórczości Touko żyje poza granicami Finlandii, więc nakręcenie filmu po fińsku nie miałoby wielkiego sensu. Mój ojciec jest Amerykaninem i angielskiego nauczyłem się jeszcze zanim nauczyłem się fińskiego. Miałem cztery lata, kiedy przeprowadziliśmy się do Finlandii. Początki były trudne – zamieszkaliśmy w małym mieście, w którym nie było żadnych obcokrajowców i odstawałem od reszty. Dziwnie mówiłem, miałem dziwne imię – tak naprawdę nazywam się Thomas August George. Od razu zaczęto mnie prześladować i wywarło to wpływ na całe moje życie.
MB: Czy twój pseudonim „Dome” pochodzi z tamtego okresu?
DK: Kiedy miałem 12 lat nosiłem dresy z napisem Domino i pewna dziewczynka zaczęła nazywać mnie Dome. Gdy ktoś nadaje Ci przezwisko oznacza to w pewnym sensie akceptację, od tego momentu przedstawiałem się więc już jako Dome i to przezwisko stało się częścią mojej tożsamości.
MB: Nic dziwnego, że w Twoich filmach często pojawiają się outsiderzy i prześladowane dzieciaki.
DK: Mały Rhamadhani z Serca lwa to w pewnym sensie moje alter ego. Mnie też wychowała samotna matka, silna i niezależna kobieta. Bohaterka grana przez Laurę (Birn – przypis autorki) ma w sobie bardzo wiele jej cech. Moja mama czuła się dumna, że udało się jej samodzielnie wychować dziecko, byliśmy ze sobą bardzo związani. Byłem o nią zazdrosny, kiedy pojawiali się jacyś potencjalni absztyfikanci usiłowałem ich za wszelką cenę spławić. Sugerowałem, że śmierdzieli alkoholem, a kiedy dzwonili, mówiłem że wyjechała do Szwecji (śmiech).
Wciąż dobrze pamiętam moich prześladowców. Kiedyś rzuciło się na mnie czterech wyrostków, usiłowałem więc kopnąć kamień w kierunku nauczyciela, żeby zwrócić jego uwagę. Skończyło się na tym, że kamień uszkodził samochód innego nauczyciela, a mnie zawieszono w prawach ucznia. Do dziś pamiętam, że moja mama musiała zapłacić 2400 marek za wyrządzone szkody. Nie byliśmy bogaci i czułem się winny.
MB: W filmie bezpośrednio nawiązujesz do tego wydarzenia. Szkoda, że sam nie miałeś wtedy u boku walniętego neonazisty, który by cię obronił.
DK: Dokładnie (śmiech). Po tym wydarzeniu moja mama wzięła 6 miesięcy wolnego i wróciliśmy na Cypr do moich dawnych przyjaciół. Ten wyjazd przywrócił mi wiarę w siebie. Przestałem czuć się dziwnym, zaszczutym dzieciakiem, znów byłem popularny. Gdy jest się prześladowanym trzeba zrozumieć, że rzadko jest to Twoja wina. Kiedy wreszcie zdałem sobie z tego sprawę bardzo mi to pomogło, bardzo pomogło też w powstaniu tego filmu. Ludzie, którzy krzywdzą innych i wykrzykują rasistowskie uwagi – to oni mają zwykle problemy. Są bezrobotni, nie mają przed sobą perspektyw i winą za swoją sytuację wolą obarczyć kogoś innego.
MB: Wątek prześladowania słabszych pojawił się już w Twoim wcześniejszym filmie, Domu mrocznych motyli.
DK: Zwykle pozwalam na to, by historia, którą chcę opowiedzieć zadecydowała o tonie filmu. Dom mrocznych motyli jest oparty na podstawie bardzo przygnębiającej książki i czytając ją stało się dla mnie jasne, że film też powinien taki być. Ciężko byłoby z tym walczyć i za wszelką cenę próbować dopasować go do tego, jaki jest mój styl. Staram się kręcić ludzkie, ciepłe filmy, to stanowi dla mnie punkt wyjścia. Zawsze szukam w scenariuszach czegoś, do czego mogę się odwołać, co mogę zrozumieć. Brałem kiedyś udział w warsztatach ze Sławomirem Idziakiem i opowiedział mi, że podczas pracy nad Niebieskim Kieślowski chciał, żeby nakręcił go tak, jak gdyby towarzyszył mu głos narratora, jego rolę ostatecznie miała jednak pełnić muzyka. Mojemu operatorowi powiedziałem dokładnie to samo i dlatego Dom mrocznych motyli przypomina bombastyczną operę.
MB: Oglądając go zaczyna się myśleć o Wagnerze.
DK: Dokładnie. Jeśli natomiast chodzi o Zakazane owoce, to spotykałem się kiedyś z dziewczyną podobną do głównej bohaterki. To, jaka była zbudowało film, ta poetyckość i tajemnica, która ją zawsze otaczała. Pozostała niedostępna, nigdy nie zdołaliśmy się pozbyć dzielących nas barier. W przypadku Lapońskiej odysei świadomie poszedłem w zupełnie innym kierunku – zrobiłem trzy dramaty i chciałem zrobić wtedy coś lżejszego. Także w tym filmie można znaleźć pewne tragiczne akcenty i mroczność, ale za bohaterami kryje się prawda. To zawsze jest dla mnie najważniejsze.
MB: Odnoszę wrażenie, że pierwszeństwo oddajesz zawsze opowiadanej historii, siebie samego traktując raczej jak pośrednika. Nie odczuwasz potrzeby, żeby wyraźnie zaznaczać swoją obecność.
DK: Uważam się za reżysera, który odczuwa empatię w stosunku do opowiadanej historii i bohaterów. Serce lwa stanowi pewny wyjątek od tej reguły. Zwykle zakochiwałem się w scenariuszach od pierwszego wejrzenia, w tym przypadku tak nie było – na początku w ogóle nie byłem zainteresowany jego realizacją. Nie wierzyłem w tę historię, nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Z Aleksim Bardy (scenarzystą i producentem – przypis autorki) pracowałem już wcześniej przy innych filmach i mi nie odpuścił. Wysłał mi pierwszą wersję scenariusza kiedy byłem w drodze do Japonii by promować tam Lapońską odyseję. Chciałem przeczytać go w trakcie lotu, ale okazało się, że nie mogę podłączyć do prądu komputera. Pozwolili mi się przesiąść do pierwszej klasy, zaczęli przynosić szampana – może przez tego szampana tak mi się spodobał. Oczywiście wiele jego elementów uległo zmianie, wcześniej nie było na przykład flashbacków, ale kiedy zaczęliśmy kręcić uznałem, że stanowią one esencję Teppo.
MB: Dają też wyobrażenie na temat poczucia społeczności w tej grupie, podkreślają łączącą ich więź.
DK: W tych scenach jest pewna dwoistość, widać w nich więź i miłość, ale też wściekłość. Kiedy zacząłem pracować nad filmem poznałem wielu ludzi o podobnej przeszłości, w prawie każdym z nich tkwiła trudna do zdefiniowania wściekłość i nienawiść. Ludzie jednak zmieniają się na starość, robią się spokojniejsi. Mogą jeszcze pokrzyczeć siedząc na kanapie przed telewizorem, ale nie odczuwają już aż takiej potrzeby, żeby spuścić komuś lanie. To właśnie przydarza się Teppo. Poznałem człowieka, który bardzo mi go przypominał. Miły ojciec trójki dzieci – patrząc na niego nigdy bym nie przypuszczał, że ten facet zrobił w życiu tyle złych rzeczy. Zabrałem go na lunch, a on nagle zaczął opowiadać, jak to powiesił czarnoskórego chłopaka głową w dół i bił go kijem bejsbolowym krzycząc, żeby spier… z Finlandii. Zrozumiałem wtedy, że wściekłość może człowieka opuścić. W przeciwieństwie do tatuaży, które stanowią symboliczne piętno przypominające o niechlubnej przeszłości. Właśnie tak rodziła się w mojej głowie postać Teppo.
MB: Myślę, że Teppo to dobry przykład na to, że rzeczywiście lubisz swoich bohaterów. Na pewno stosunkowo łatwo wzbudzić sympatię w stosunku do dwóch dziewcząt eksperymentujących z makijażem, ale jeśli chodzi o niezrównoważonego faszystę sprawa robi się bardziej skomplikowana.
DK: Po premierze filmu pojawiły się głosy, że sympatyzuję z Nazistami, a ja przecież tylko do pewnego momentu pokazuję ich jako zabawnych kolesi. Nie wierzę, że ludzie rodzą się źli. Zawsze coś za tym stoi, zwykle wychowanie. Teppo i jego brat Harri to tak zwane dzieci recesji, która nastąpiła w Finlandii w latach 90-tych, wtedy też zaczęli napływać pierwsi imigranci. Zawsze staram się zrozumieć, dlaczego bohater jest taki, a nie inny, co za tym tak naprawdę stoi. Jestem optymistą bo wciąż wierzę, że można naprawić większość złamanych życiem osób. Choć może nie wszystkie.
MB: Twoje filmy nie należą do najłatwiejszych, a wszystkie co do jednego były w Finlandii przebojami kasowymi na równi z hitami z Hollywood. Lapońska odyseja przyniosła większe zyski niż saga o Harrym Potterze!
DK: Niestety nie na skalę światową, to by było coś (śmiech). Pozostaje mieć nadzieję, że to po prostu dobre filmy, ale i tak uważam się za szczęściarza. Wierzę, że wciąż istnieje zapotrzebowanie na filmy, które mają coś do powiedzenia i ja się chyba w tę potrzebę wpisuję. Finowie darzą filmy artystyczne szacunkiem, w końcu mówimy o kraju, w którym przebojem kasowym było Happiness, a American Beauty pobiło na głowę wszystkie Bondy.
MB: Mimo wcześniejszych sukcesów Serce lwa okazało się dla Ciebie prawdziwym przełomem, jako pierwszy fiński twórca znalazłeś się na liście najbardziej obiecujących reżyserów magazynu Variety.
DK: To był rzeczywiście bardzo ważny moment w mojej karierze, nagle zacząłem być zapraszany na spotkania z ludźmi, którzy zdobyli Oscary. Nie ukrywam, że wzmianka w Variety bardzo mi pomogła i w przemyśle, w którym konkurencja jest dość przerażająca, takie wyróżnienie sprawia prawdziwą radość. Jestem za nie wdzięczny.
MB: Jest to też przemysł lubiący szufladki – już określa się Ciebie jako „nowego Kaurismäkiego”.
DK: Jako reżyser zawsze kończysz w jakiejś szufladce. Myślę, że zwykle jest to „zasługa” marketingowców usiłujących za wszelką cenę sprzedać film. Mogę to zrozumieć, ale zapoczątkowane przez jakiegoś francuskiego dziennikarza porównywanie mnie do Kaurismäkiego niespecjalnie mi pomaga, bo jesteśmy zupełnie różni. To pójście po najmniejszej linii oporu, ja nie porównałbym nigdy Tarantino do Michaela Bay. Niektóre szufladki są irytujące, inne przydatne, ale ostatecznie i tak chodzi o to, co chcesz robić.
MB: Dopiero co skończyłeś montować The Grump. Czy będzie to Twój ostatni film po fińsku?
DK: Nie sądzę. Żyję w Finlandii, moja rodzina tu mieszka. Jestem przyzwyczajony do tego, że mogę tu na spokojnie porozmawiać z moimi producentami, ale za granicą wygląda to inaczej. Mam szczęście, że reprezentuje mnie niezła agencja, ICM, która współpracuje z takimi artystami jak Sofia Coppola. Widzą we mnie artystę, a nie maszynkę do zarabiania pieniędzy i to właśnie dzięki takim ludziom nie czuję się zagubiony. Moim kolejnym krokiem będzie po prostu kontynuowanie tego, co robiłem dotychczas. Dostaję rożne oferty i czasem zaczyna chodzić mi po głowie, że fajnie byłoby zrobić film akcji, polatać sobie helikopterem i przez chwilę poczuć się jak mały chłopiec. W takich momentach słabości trzeba sobie jednak zadać pytanie, czy rzeczywiście jest to coś, czego się pragnie. Nie warto robić czegoś tylko dlatego, że można.
koniec
13 września 2014
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Dobry western powinien być prosty
John Maclean

20 XI 2015

Z Johnem Macleanem o stawianiu sobie ograniczeń i o tym, dlaczego wszystkie westerny są rewizjonistyczne rozmawia Marta Bałaga.

więcej »

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?
Menno Meyjes

23 XI 2014

Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.

więcej »

Cyniczna chęć uczynienia świata bezpieczniejszym
Andrew Bovell

29 X 2014

„Po jedenastym września utraciliśmy zdolność do rozpoznawania niewinności. Jesteśmy zbyt podejrzliwi” – mówi australijski dramaturg i scenarzysta, Andrew Bovell, autor scenariusza do filmu „Bardzo poszukiwany człowiek” i dramatu „Językami mówić będą”.

więcej »

Polecamy

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce

Dobry i Niebrzydki:

Życie zaczyna się po sześćdziesiątce
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Superheroina nie z „Playboya”
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oliver Twist i wybuchające siusiaki
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Jessica Chastain lobbuje u króla ciepłokluchowego kina
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Denzel jak wino
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Ksenomorfy pod prysznicem
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

W Galaktyce jak w Opolu
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Uciec, ale dokąd?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Białe, czarne – fińska szachownica
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Seks i inne nudziarstwa
— Łukasz Twaróg

Tegoż autora

Czas post-apokalipsy
— Marta Bałaga

Momentów nie było
— Marta Bałaga

Czarny węgiel, kruchy lód
— Marta Bałaga, Sebastian Chosiński

Proces twórczy to dość tajemnicza sprawa
— Marta Bałaga

Miasto kobiet
— Marta Bałaga

Noc na Ziemi
— Marta Bałaga

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.