Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 kwietnia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Filmy

Magazyn CLXV

Konkursy

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Skapiec.pl

Nowości

kinowe (wybrane)

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray

więcej »

San Sebastian 2014: Lost in Music

Esensja.pl
Esensja.pl
Francuska reżyserka i była aktorka Mia Hansen-Løve ma niezłe tempo – w wieku 33 lat zdążyła już zrealizować 4 filmy pełnometrażowe z czego jeden, świetnie przyjęty „Ojciec moich dzieci”, został wyróżniony w Cannes Specjalną Nagrodą Jury. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż wygląda i zachowuje się jak nastolatka; podczas naszego spotkania irytuje się, gdy zapomina jakiegoś angielskiego słówka, określa czterdziestolatków mianem „starych” i w regularnych odstępach czasowych rozmazuje sobie tusz do rzęs.
Hansen-Løve ma duńskie korzenie, choć po latach mieszkania we Francji duńskie w jej rodzinie są tak naprawdę już tylko imiona – jak jej starszego brata Svena, który w latach 90-tych święcił triumfy jako DJ. To właśnie jemu poświęciła w pewnym sensie swój najnowszy film „Eden”. W pewnym sensie, bo „Eden” nie jest klasycznym filmem biograficznym, tylko zainspirowaną przeszłością Svena opowieścią o generacji wychowanej na elektronicznej muzyce garage. Jeśli „Co jest grane, Davis?” opowiada o człowieku, który nie stał się Bobem Dylanem, można powiedzieć, że „Eden” opowiada o ludziach, którzy nie stali się Daft Punk.
Z Mią Hansen-Løve o złamanej karierze brata, muzyce garage i selekcjonerze, który nie wpuścił Daft Punk do modnego klubu rozmawia Marta Bałaga.
Marta Bałaga: „Eden” otwarcie odwołuje się do krótkotrwałej kariery muzycznej Twojego brata, jest on także współautorem scenariusza. Czy film powstał z jego inicjatywy?
Mia Hansen-Løve: Niezupełnie. Tak naprawdę o powstaniu filmu zadecydował przypadek. W pewnym momencie Sven i ja znaleźliśmy się w podobnej sytuacji życiowej; ja nakręciłam trzy filmy opowiadające o melancholii i bólu i miałam wrażenie, że potrzebuję nowych bodźców. Chciałam spróbować czegoś innego – „Eden” stanowił dla mnie wkroczenie na nowe terytorium zarówno pod względem artystycznym, jak i tego, w jaki sposób finansuję moje filmy. Mój brat usiłował natomiast zapomnieć o przeszłości, musiał stawić czoła wielu problemom, które pokazuję w filmie, nie miał pieniędzy i był bardzo przygnębiony. Uznaliśmy, że oboje powinniśmy rozliczyć się z pewnymi wydarzeniami i że możemy zrobić to razem.
MB: Czy „Eden” rzeczywiście mu w tym pomógł?
MHL: Sven był zaangażowany w każdy etap powstawania filmu, od scenariusza po zdjęcia i montaż, wyjątkowo dobrze znosił to rozgrzebywanie się w przeszłości. Aż do teraz. Myślę jednak, że wcześniej skupiał się raczej na tym, żeby ten film w ogóle powstał, teraz jest już ukończony, ludzie o nim piszą i dopiero teraz to wszystko do niego nagle dotarło. Sven nigdy nie naciskał na to, żeby pójść w takim, a nie innym kierunku. Ani razu nie próbował przedstawić się w lepszym świetle, niż na to zasługiwał i nie bał się, że źle wypadnie. Teraz zrozumiał, ile będzie go to kosztować – nagle otwiera gazety i może w nich przeczytać, jakim jest nieudacznikiem. Oczywiście cieszy się, że film wkrótce trafi do kin (we Francji „Eden” wyświetlany będzie już od listopada – przypis autorki), w końcu była to dla nas niezwykła przygoda, ale chce już zapomnieć o tamtym rozdziale swojego życia. Zaczął pisać opowiadania i właśnie na tym pragnie się skupić.
MB: Twój film nie opowiada jednak tylko i wyłącznie o Svenie. To raczej portret pewnej generacji.
MHL: Kilka lat temu obejrzałam „Aprés mai” Oliviera Assayasa (prywatnie męża reżyserki – przypis autorki), w którym opowiedział o swojej generacji i o tym, jak wyglądało dorastanie w latach 70. Ten film sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad tym, czym tak naprawdę jest moja generacja i jak można by o niej opowiedzieć – na pewno nie przez pryzmat polityki czy ideologii jak w przypadku naszych rodziców. Dla nas ważna była muzyka. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, wreszcie coś zaskoczyło. Właśnie tak powstał „Eden”, zatytułowany na cześć wydawanej niezależnie gazetki poświęconej muzyce garage.
MB: Jak dobrze znałaś wcześniej scenę klubową?
MHL: Dość dobrze, choć oczywiście nie w takim stopniu jak mój brat. Dopiero po zrobieniu filmu stałam się ekspertem (śmiech). Wcześniej znałam większość piosenek na pamięć, bo wiele razy do nich tańczyłam, ale nie znałam historii ich powstania ani aspektów technicznych. Dzięki temu, że mój brat pracował w najlepszych klubach rodzice zostawiali mi sporo swobody. Myśleli, że skoro imprezę organizuje Sven nie będzie się tam działo nic strasznego (śmiech).
MB: Po obejrzeniu filmu chyba zmienili zdanie.
MHL: Jeszcze go nie widzieli (śmiech). Zaczęłam chodzić do klubów, gdy miałam 13, 14 lat, wtedy też tak naprawdę wszystko się zaczęło. Ludzie mieli świadomość, że biorą udział w czymś wyjątkowym, choć upłynęło sporo czasu, zanim ktoś wziął muzykę garage na serio. Tak przynajmniej było we Francji. Myślę, że to początkowe odrzucenie tylko wzmocniło poczucie więzi łączącej jej fanów. Problem tej muzyki polegał na tym, że tak naprawdę nigdy nie ewoluowała i w pewnym momencie po prostu przestała być modna. To dość niszowa odmiana muzyki elektronicznej, nie każdemu odpowiada i może z wyjątkiem kilku utworów, które stały się przebojami, nigdy nie stała się tak popularna jak techno czy house.
Tydzień temu pokazałam „Eden” przyjacielowi, który jest krytykiem. Gdy go obejrzał zadzwonił do mnie i, choć bardzo podobały mu się moje poprzednie filmy, powiedział, że ten jest… bardzo smutny, bo opowiada o ludziach, których życie jest zupełnie puste. Owszem, jest smutny, w końcu opowiada o życiowej porażce, ale przecież ukazuje ludzi żyjących miłością do muzyki! Jak takie życie może być puste? Mój przyjaciel uznał, że „Eden” nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem, bo nie lubi tej muzyki i nie czuje z nią żadnej więzi. Byłby pewnie innego zdania, gdyby opowiadał o free jazzie (śmiech). Zdałam sobie wtedy sprawę, że muzyka elektroniczna wciąż nie jest uważana za „prawdziwą” muzykę. Nie mówię, że każdy musi ją kochać, ale z jakiegoś powodu ludzie wciąż reagują na nią agresją, a kiedy ktoś wreszcie robi o niej film podsumowuje się go jako „smutny”. To doprowadza mnie do szału.
MB: To ciekawe, bo Twój film nie jest przecież aż taki smutny. Raczej melancholijny.
MHL: Paradoksalnie okazało się to problemem – potencjalni inwestorzy uznali, że „Eden” jest zbyt łagodny. Nie rozumieli, dlaczego robię film o scenie klubowej i nie pokazuję jej ciemnej strony. Nie zamierzałam niczego podkolorowywać dla uzyskania lepszego efektu dramatycznego. Oczywiście, narkotyki stanowiły część życia mojego brata, ale nie były w nim najważniejsze. Chciałam zrobić uniwersalny film o pewnym pokoleniu, ale też o życiu w ogóle. Niestety, dla wielu ludzi muzyka stanowi przeszkodę nie do przejścia i nie potrafią się w nim odnaleźć. Nie potrafią dojrzeć, o czym tak naprawdę jest ten film.
MB: Dlaczego „Eden” podzielony jest na dwie części, „Paradise Garage” i „Lost in Music”?
MHL: Wpadłam na ten pomysł podczas pisania scenariusza. Kiedy rozpoczęłam pracę nad filmem tak naprawdę nie wiedziałam, gdzie zmierzam. Pisałam i pisałam i nagle zadałam sobie sprawę, że będzie trwał z 4 godziny. Myślę, że „Carlos” (trwający 5 i pół godziny film Oliviera Assayasa – przypis autorki) miał na mnie bardzo zły wpływ (śmiech). Pomyślałam wtedy, że mogłaby z tego powstać epicka opowieść o muzyce elektronicznej, jakimś cudem udało mi się nawet przekonać do tego założenia producentów. W takiej formie film miał być podzielony właśnie na dwie części, a każda z nich stanowiłaby osobny film. Potem jednak państwowe instytucje kulturalne stwierdziły, że mój film to kronika, że nic się w nim nie dzieje. To, co miało świadczyć o jego wyjątkowości, zostało uznane za słabość. Po roku spędzonym na walce o to, by powstał w takiej wersji, znalazłam kogoś, kto zgodził się go sfinansować pod warunkiem, że będzie trwał tylko 2 godziny. W pierwszej wersji filmu, może nie powinnam o tym mówić, ale to chyba normalne, że mówi o tym, czego się żałuje, położyłam większy nacisk na to, skąd pochodzi ta muzyka. Bardzo ważne było dla mnie to, by o tym opowiedzieć, ale nie było już na to miejsca.
MB: Biorąc pod uwagę problemy ze zgromadzeniem funduszy, czy nie kusiło Cię nigdy, by zamiast koncentrować się na niepowodzeniach brata opowiedzieć o historii sukcesu powstałego w tym samym okresie Daft Punk?
MHL: Nie, nigdy. Mój brat zna Daft Punk od wielu lat, od początku wspierali nasz film i zwrócenie na nich większej uwagi na pewno nie zaszkodziłoby filmowi pod względem komercyjnym, ale nie chcieliśmy w żaden sposób wykorzystywać tej znajomości. Nie chcieliśmy, żeby odnieśli wrażenie, że wykorzystujemy ich sławę do własnych celów. Przeczytali scenariusz i poprosili nas tylko o jedno – żeby pozostać na marginesie i żeby w filmie pokazać ich na etapie „sprzed kasków”; jako osoby, a nie ikony. Fascynacja, którą budzą jest tak wielka, że wszyscy wciąż pytają mnie, czy rzeczywiście zagrali w filmie. Przecież gdyby się nad tym zastanowić choć sekundę od razu wiadomo, że to niemożliwe, w końcu dzisiaj mają już ponad 40 lat. Są starzy! Wyglądem przypominają może grających ich aktorów, ale nigdy nie zgodziliby się na to, żeby pokazać w filmie swoje prawdziwe twarze – nawet pomimo tego, że bardzo nas lubią i kibicowali nam od samego początku. Wiesz, że scena, w której selekcjoner nie chce wpuścić ich do klubu, bo ich ciuchy nie są wystarczająco efektowne, wydarzyła się naprawdę?
MB: Tak, podobno grający go mężczyzna jest właśnie tym selekcjonerem.
MHL: Tak, ale z oczywistych względów już tam nie pracuje. Sami opowiedzieli nam o tej historii. Nie mogli nawet zaprotestować, przecież nikt by im nie uwierzył, gdyby powiedzieli, że są Daft Punk (śmiech).
Kiedy zaczęłam pisać scenariusz od razu zdecydowałam, że w „Eden” pojawi się wiersz Roberta Creeley, poety, którego tomik podarował mi kilka lat temu mój brat. Kiedy przeczytałam jego wiersz „The Rhythm” uznałam, że opowiada on o filmie, który chcę zrobić, o emocjach, które chcę uchwycić. Takie samo wrażenie odniosłam słuchając „Within” Daft Punk. Znasz to? Pada tam takie zdanie: „Jestem zagubiony i nie wiem, jak się nazywam”. Doprowadziło mnie do łez, bo taki właśnie był mój brat. On też był zagubiony.
koniec
8 października 2014
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Dobry western powinien być prosty
John Maclean

20 XI 2015

Z Johnem Macleanem o stawianiu sobie ograniczeń i o tym, dlaczego wszystkie westerny są rewizjonistyczne rozmawia Marta Bałaga.

więcej »

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?
Menno Meyjes

23 XI 2014

Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.

więcej »

Cyniczna chęć uczynienia świata bezpieczniejszym
Andrew Bovell

29 X 2014

„Po jedenastym września utraciliśmy zdolność do rozpoznawania niewinności. Jesteśmy zbyt podejrzliwi” – mówi australijski dramaturg i scenarzysta, Andrew Bovell, autor scenariusza do filmu „Bardzo poszukiwany człowiek” i dramatu „Językami mówić będą”.

więcej »

Polecamy

Co ludzie powiedzą?

Dobry i Niebrzydki:

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pieprzeni kamikadze w kalifornijskim raju
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pancerz bez ducha
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpa musi się pobrudzić
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dysfunkcyjna rodzina w podróży, czyli rzeźnia, która wzrusza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zabić jelenia gołymi rękami i wyrecytować Konstytucję przez sen
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

You complete me!
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oscary intymne i okruchy życia
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

„Wstręt” w baletkach, czyli prawdziwa sztuka rodzi się w bólach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.