Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 kwietnia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Filmy

Magazyn CLXV

Konkursy

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Skapiec.pl

Nowości

kinowe (wybrane)

więcej »

dvd i blu-ray (wybrane)

więcej »

Zapowiedzi

kinowe

więcej »

dvd i blu-ray

więcej »

Dobry western powinien być prosty

Esensja.pl
Esensja.pl
John Maclean
Z Johnem Macleanem o stawianiu sobie ograniczeń i o tym, dlaczego wszystkie westerny są rewizjonistyczne rozmawia Marta Bałaga.

John Maclean
‹Slow West›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSlow West
Dystrybutor M2 Films
Data premiery20 listopada 2015
ReżyseriaJohn Maclean
ZdjęciaRobbie Ryan
Scenariusz
ObsadaKodi Smit-McPhee, Michael Fassbender, Ben Mendelsohn, Aorere Paki, Hayden Frost, Caren Pistorius, Kieran Charnock, Edwin Wright
MuzykaJed Kurzel
Rok produkcji2015
Kraj produkcjiNowa Zelandia, Wielka Brytania
Czas trwania84 min
Gatunekakcja, thriller, western
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Pełnometrażowy debiut Johna Macleana opowiada historię Jaya Cavendisha (Kodi Smit-McPhee), który na Dzikim Zachodzie szuka ukochanej dziewczyny, a znajduje łowcę nagród (Michael Fassbender). To western, ale nie ma w nim strzałów z biodra ani prostytutek o złotym sercu. Są za to nawiązania do… Wojciecha Jerzego Hasa? „Uwielbiam Rękopis znaleziony w Saragossie” – mówi mi szkocki reżyser. „Podczas pracy nad Slow West wielokrotnie do niego wracałem; starałem się, by mój film miał w sobie jego wielowarstwowość. Kiedy byłem w Polsce przyznałem, że interesuje mnie polskie kino, ale nie wymieniłem wtedy żadnych tytułów. Chyba nikt mi nie uwierzył.”
Marta Bałaga: „Slow West” to dopiero Twój pierwszy film – wcześniej byłeś znany głównie jako członek zespołu the Beta Band. Dlaczego postanowiłeś zacząć nową karierę akurat od westernu?
John Maclean: Lubię kino gatunkowe – wychowałem się na nim. W Wielkiej Brytanii wszyscy zaczynają od filmów rozgrywających się na komunalnych osiedlach; chciałem zrobić coś zupełnie innego od tych przygnębiających dramatów z perspektywy kuchennego zlewu.
Pisząc scenariusz oglądałem wiele wczesnych japońskich filmów – ich akcja zwykle rozgrywała się w lesie, po którym biegali faceci w samurajskich kostiumach. Ograniczenie wszystkiego do tak małej przestrzeni wydało mi się dobrym pomysłem. Postanowiłem trzymać się tego japońskiego minimalizmu, tylko tym razem bohaterowie mieli być przebrani za kowbojów.
MB: To dość ryzykowny gatunek. Według niektórych - martwy jak ptak dodo.
JM: Gdybym go za taki uważał, nigdy nie zrobiłbym tego filmu. Z gatunkami filmowymi jest jak z malarstwem - ludzie wciąż powtarzają, że jest martwe, a na aukcjach co chwilę padają nowe rekordy. Robiąc film zawsze musisz kierować się tym, co najlepsze dla danej historii. W „Slow West” opowiadam o osobie, która wybiera się w daleką podróż, by znaleźć utraconą miłość. Western wydał mi się dla niej odpowiednią oprawą.
MB: Rok temu udało mi się porozmawiać z Kristianem Levringiem – jego western „The Salvation” opowiadał o zderzeniu kultur, z którego powstały Stany Zjednoczone. W „Slow West” zajmujesz podobne stanowisko.
JM: Takie filmy pozwalają inaczej spojrzeć na historię Stanów Zjednoczonych – powiedziałbym nawet, że wreszcie możemy sobie pozwolić na to, żeby napisać ją od nowa. Wielu słynnych reżyserów westernów pochodziło z Europy – kto pamięta jeszcze o tym, że John Ford był Irlandczykiem? Sporo czytałem o tamtym okresie – był to czas masowych migracji. Nawet dziś, gdy rozmawiasz z pierwszym lepszym Amerykaninem często usłyszysz od niego, że jego pradziadek był szwedzkim sklepikarzem albo irlandzkim pasterzem owiec. Ten kraj zbudowali osadnicy, a nie John Wayne i Clint Eastwood. Takie mity trzeba poddawać w wątpliwość, bo ludzie muszą wreszcie zaakceptować to, że ich kraje w dużej mierze powstawały właśnie dzięki imigrantom. Z Irlandii, Niemiec…
MB: …Albo Szkocji. Od początku chciałeś obsadzić w tej roli Michaela Fassbendera? To już Wasz trzeci wspólny projekt.
JM: Przeczytałem gdzieś, że stał się moją muzą (śmiech). Zacząłem robić filmy w latach 90. Nie nazwałbym ich nawet filmami krótkometrażowymi – to były takie szalone małe eksperymenty realizowane w kręgu znajomych. Michael je obejrzał – sam nie wiem kiedy – i dostrzegł w nich coś, co mu się spodobało. Zaproponował mi współpracę, choć wcale nie musiał – o ile dobrze pamiętam, pracował już wtedy z samym Quentinem Tarantino. Nasz pierwszy film, „Man on a Motorcycle”, był nieco partyzancki – na nakręcenie go miałem tylko jeden dzień, bo musiał od razu wracać na plan. Dlatego przez większą część czasu ma na twarzy kask (śmiech). Dobrze nam się razem pracowało i mieliśmy przy tym spory ubaw, więc szybko zrobiliśmy kolejny. Tym razem miałem na to aż trzy dni. Na szczęście Michael jest typem aktora, którego możesz pozostawić samemu sobie. Mówisz mu, co ma powiedzieć i pokazujesz, gdzie stać – reszta należy do niego. Dość szybko udało nam się nawiązać bliską relację i kiedy pracowaliśmy nad „Pitch Black Heist” po raz pierwszy zaczęliśmy rozmawiać o tym, żeby zrobić razem coś większego.
MB: Tym razem było inaczej?
JM: Z pewnością presja była o wiele większa, ale od początku zależało mi na tym, żeby nie przekraczać pewnej skali. Może dlatego „Slow West” bardziej przypominał kręcenie tych filmików, niż mogłoby się wydawać – nie ma w nim sceny, w której znalazłoby się więcej niż czterech bohaterów naraz. Zależało mi na zachowaniu prostoty. Lubię ją w kinie.
MB: Mój były wykładowca twierdził, że początkujący reżyserzy zawsze chcą kręcić filmy gangsterskie albo westerny. Jak sprawić, żeby tak charakterystyczny gatunek Cię nie przytłoczył?
JM: Bardzo pomogło mi to, że obejrzałem w swoim życiu naprawdę sporo westernów. Dzięki temu wiedziałem, czego chcę unikać. Nie chciałem kopiować ujęć Sergio Leone, ścieżki dźwiękowej Ennio Morricone, ani pokazywać siedzącego na beczce kolesia, którzy pluje tytoniem.
MB: Ale jeśli zupełnie pozbawi się go tych elementów, czy w ogóle można wtedy mówić o westernie? Jego efektywność często opiera się przecież na rozpoznaniu.
JM: Pewnie - pewnych klisz nie da się uniknąć. Bo o to właśnie chodzi w prawdziwym westernie: o kapelusze, konie i broń. O resztę możesz się już nie martwić (śmiech). Grany przez Michaela Silas Selleck na początku filmu może się wydawać kolejnym Eastwoodem. Ale tylko na początku, bo potem się zmienia. Aktorzy pochodzili z tylu różnych krajów, każdy miał inny akcent, inny sposób mówienia. Na planie nie było słychać charakterystycznego teksańskiego zaśpiewu. I o to właśnie chodzi; warto bawić się stereotypami, ale jednocześnie uważać, żeby nie wpaść w pułapkę tej nieodłącznej brązowej palety, tych saloonów z wahadłowymi drzwiami.
MB: Szkoda - świetnie sprawdziłyby się podczas scen slapstickowego humoru.
JM: Od początku byłem nieugięty: żadnych wahadłowych drzwi! Uwielbiam komedie – od dziecka byłem rudy, więc to chyba mój sposób na radzenie sobie z ponurą rzeczywistością. Uważam, że wszystkie filmy powinny mieć w sobie coś, co choć na chwilę przełamie ich powagę. Bo nawet najgorsze momenty w naszym życiu bywają cholernie zabawne. Jestem fanem Chaplina, Flipa i Flapa. Nawet braci Farrelly, choć może o tym nie pisz (śmiech). Wprowadzenie elementów komediowych było dla mnie ważne, ale nie chciałem przesadzić – w „Slow West” chciałem spróbować czegoś, co można by określić mianem realistycznego slapsticku. W przypadku tego filmu usiłowałem mieć ciastko i je zjeść – zależało mi, żeby był smutny, ale żeby miał też w sobie jakiś przebłysk nadziei.
MB: Ludzie boją się dziś tego gatunku. Rzadko przynosi zyski.
JM: Myślę, że w przemyśle filmowym ludzie często sami stają sobie na drodze; ich serce podpowiada im, jaki chcą zrobić film, a potem włącza się rozum. Zaczynają się zastanawiać, czy to przyniesie im pieniądze i zapominają o tym, że kino to i tak jedna wielka loteria. Problem ze współczesnym westernem polega na tym, że kiedyś opowiadano w nim bardzo proste historie. I tak właśnie powinno być – dobry western powinien być prosty. Nie powinno się go traktować jak kolejnego filmu o superbohaterach, pełnego gwiazd i efektów specjalnych. Nie powinien mieć tak rozdmuchanego budżetu jak Jeździec znikąd - tak przynajmniej uważam.
MB: Biorąc pod uwagę to, jaką okazał się klapą, nie jesteś chyba w tej opinii odosobniony.
JM: I będę się jej trzymał. Nawet tak rozbudowane westerny, jak „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” miały nieskomplikowaną fabułę. Pewnie – w moim filmie też są sceny akcji. Ale najbardziej interesują mnie właśnie te ciche, intymne momenty. Na przykład to, że jakiejś dziewczynie nie udaje się ubić masła. Nawet jeśli chodzi o same strzelaniny, to wyglądają dobrze właśnie dlatego, że wcześniej nic się nie dzieje (śmiech). Gdyby co chwilę ktoś do kogoś strzelał, film zamieniłby się w pozbawiony sensu hałas - a ja nie lubię hałasu. Myślę, że ważne jest to, żeby mieć coś konkretnego do powiedzenia, a nie tylko bawić w efektowne przebieranki. Może kiedyś zrobię film na większą skalę. Ale w przypadku „Slow West” od samego początku nałożyłem na siebie tyle ograniczeń, że nawet nie przeszłoby mi to przez myśl.
MB: Po tym, co z gatunkiem zrobił Sam Peckinpah, wielu filmowców próbowało wrócić do czasów niewinności - zamiast realistycznej przemocy był Kevin Costner tańczący z wilkami. Twój film jest gdzieś… pomiędzy.
JM: Zgadzam się z tym. „Slow West” sytuuje się gdzieś pośrodku tego spectrum, bo inspirowało mnie zarówno „W samo południe”, jak „McCabe i Pani Miller”. Każdy western jest tak naprawdę produktem swojej epoki, nie sądzisz? W latach 60. pobrzmiewało w nich echo zimnej wojny i działalności McCarthy’ego, potem Peckinpah zrobił z nich opowieści o wojnie w Wietnamie. Dziś opowiada się w nich o tym, co spotkało Indian, nawiązuje do obecnej sytuacji z uchodźcami. Western to dobry materiał na społeczny komentarz, bo ma w sobie tę baśniowość. Tęsknotę za światem niezmierzonych lasów, jaśniejszych gwiazd. Dzięki temu łatwiej „ukryć” w nim pewne przekazy. Ciężko stwierdzić, o czym tak naprawdę opowiada film, gdy po raz pierwszy trafia do kin. Ale gdy ponownie oglądasz go po 10 latach, zaczynasz zauważać te niewidoczne na pierwszy rzut oka elementy. Więc tak naprawdę można powiedzieć, że wszystkie westerny są rewizjonistyczne – za każdym razem pojawia się w nich coś nowego.
MB: W swoim filmie odzierasz jednak western z tej baśniowości. To nie jest kraj dla miłych ludzi.
JM: Kiedy czytałem o życiu na Dzikim Zachodzie, uderzyło mnie to, jak powolne było wtedy tempo życia. Westerny zawsze mają takie tytuły jak „Szybcy i martwi” albo „Najszybszy strzelec”. A ja chciałem pokazać, że przez większą część czasu nie działo się tam nic ekscytującego. [przybiera głos lektora zwiastunów filmowych] Był to czas koni, które kulały i broni, którą bardzo długo się ładowało. W moim filmie wszystko jest trochę nieporadne. No bo jak wyglądała wtedy codzienność? Kiedy ludzie łączą alkohol z bronią palną albo kiedy znajdują się w desperackiej sytuacji robi się nieciekawie. Większość konfrontacji inicjowali pijani do nieprzytomności faceci, którzy w jednej ręce trzymali butelkę bimbru, w drugiej strzelbę i czasem przypadkiem postrzelili kogoś w plecy. Albo własną stopę. Ameryka rodziła się w bólach i w brudzie – trzeba być tego świadomym i nie idealizować przeszłości.
koniec
20 listopada 2015
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?
Menno Meyjes

23 XI 2014

Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.

więcej »

Cyniczna chęć uczynienia świata bezpieczniejszym
Andrew Bovell

29 X 2014

„Po jedenastym września utraciliśmy zdolność do rozpoznawania niewinności. Jesteśmy zbyt podejrzliwi” – mówi australijski dramaturg i scenarzysta, Andrew Bovell, autor scenariusza do filmu „Bardzo poszukiwany człowiek” i dramatu „Językami mówić będą”.

więcej »

San Sebastian 2014: Chávez. Człowiek z nadziei
Marta Bałaga

12 X 2014

César Chávez był Amerykaninem meksykańskiego pochodzenia, robotnikiem i bojownikiem o prawa obywatelskie i sprawiedliwość społeczną. W latach 60-tych, walcząc o poprawę warunków pracy robotników na plantacjach w Kalifornii, Chávez założył wraz z Dolores Huerto związek Zjednoczonych Pracowników Rolnych. Jego walka doprowadziła do tego, że rząd Stanów Zjednoczonych zwrócił uwagę na ludzi, którzy pozostawali niewidzialni – American Friends Service Comittee (AFSC) trzykrotnie nominowało go do (...)

więcej »

Polecamy

Co ludzie powiedzą?

Dobry i Niebrzydki:

Co ludzie powiedzą?
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

One woman show
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pieprzeni kamikadze w kalifornijskim raju
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Pancerz bez ducha
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Małpa musi się pobrudzić
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Dysfunkcyjna rodzina w podróży, czyli rzeźnia, która wzrusza
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zabić jelenia gołymi rękami i wyrecytować Konstytucję przez sen
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

You complete me!
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Oscary intymne i okruchy życia
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

„Wstręt” w baletkach, czyli prawdziwa sztuka rodzi się w bólach
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Zobacz też

Inne recenzje

Transatlantyk 2015: Dzień 7
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.