Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Co się stało z Gabrielem K.?

Gdybym miał sporządzić ranking najlepszych komputerowych przygodówek, w jakie grałem (a trochę już ich było), seria „Gabriel Knight” mogłaby liczyć na miejsce w czubie tabeli.
Warto przypomnieć sobie o niej zwłaszcza teraz, gdy po pierwsze, właśnie minęło piętnaście lat od premiery pierwszej części cyklu, a po drugie – mimo że na kontynuację się nie zanosi, to autorka „GK”, Jane Jensen nie próżnuje. Wszak jesteśmy w przeddzień premiery innej gry, w której znacząco maczała palce – „Gray Matter”. A ta pani potrafi pisać nietuzinkowe scenariusze.

Jane Jansen
‹Gabriel Knight: Sins of the Fathers›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGabriel Knight: Sins of the Fathers
Data produkcji13 grudnia 1993
Autor
Wydawca Sierra
CyklGabriel Knight
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
„Sins of the Fathers”, czyli co stary narozrabiał
W 1993 roku gracze po raz pierwszy mogli wcielić się w postać tytułowego blondwłosego bohatera. Gabriel Knight jest bibliofilem i właścicielem przytulnej księgarenki St George Rare Books (ta nazwa okaże się później znacząca – wiadomo, z czego znany jest św. Jerzy), poza tym pisuje powieści kryminalne. Właśnie naszła go wena mająca związek z nocnymi koszmarami bohatera, w których biedak ciągle widzi tajemniczą kobietę-jaguara oraz złowrogiego wisielca. Z porannej gazety Gabriel dowiaduje się o morderstwach dokonanych prawdopodobnie przez lokalną sektę voodoo. Nie zraża to jednak naszego bohatera – przeciwnie, działa to pobudzająco na literata. Gabriel nie boi nawet złowróżbnego horoskopu. Wiedziony detektywistycznym nosem, zaczyna badać sprawę tajemniczych zbrodni – a nuż będzie o czym pisać.
Historia ta ma jeszcze drugi wątek, a morderstwa popełnione w Nowym Orleanie są powiązane z historią rodziny Gabriela, bawarskiego rodu Ritterów, podupadłych łowców potworów (Schattenjägerów). W całą sprawę wmieszana jest pewna afrykańska czarownica żyjąca kilkaset lat wcześniej, a gra toczy się o zaginiony medalion. Aby rozwikłać wielowątkową sprawę, gracz sterując głównym bohaterem przemierzy ulice Nowego Orleanu, zajrzy na stary cmentarz, na słynne bagna Luizjany, do muzeum voodoo oraz monumentalnej katedry nieopodal placu Jacksona. Wszystkie te miejsca są autentyczne i zostały dość wiernie odwzorowane przez twórców gry, znakomicie oddają klimat miasta. Gabriel będzie musiał także odwiedzić starą rodzinną posiadłość w Bawarii, a także zahaczyć o Afrykę. I tutaj mała śmiesznostka. Mianowicie – gra rozgrywa się w ciągu dziesięciu czerwcowych dni. Jak to jest, że bohater wylatując z Nowego Orleanu ledwo zipie z gorąca, natomiast w niemieckim Rittersbergu wita go zamieć śnieżna? Hmmm… Dobrze, że nie wybrał się do Polski – a nuż zobaczyłby tu białe niedźwiedzie spacerujące po głównych ulicach miast.
Na obiecującego pisarza czeka wiele trudności i niebezpieczeństw, ale przynajmniej części z nich pomoże mu uniknąć jego asystentka, Grace Nakimura. To młoda, inteligentna dziewczyna pracująca w księgarni Gabriela i podkochująca się w swoim pryncypale. Grace skrywa swoje uczucia pod maską sarkazmu i do tego ma cięty język. Z pewnością to ona jest mózgiem tego tandemu. Jednak nawet sarkazm nie wystarcza dziewczynie do ukrycia niechęci wobec pięknej, bogatej i niebezpiecznej, bo zamieszanej w sprawę morderstw Malii Gedde, która szybko zdobywa serce Gabriela. I vice versa, jak się później okaże. Oprócz wątku kryminalnego mamy tu więc namiastkę love story.
Bardzo charakterystyczną cechą serii „Gabriel Knight” są znakomite kreacje postaci. Oprócz głównego duetu (razem z Malią to raczej trójkąt) należy do tego grona dołączyć starego znajomego Gabriela, detektywa Franklina Mosely’ego. Ciekawe jest też to, że Jane Jensen nie ogranicza się tylko do przedstawienia akcji, ale opowiada bardzo dużo o prywatnym życiu bohaterów. Jensen tworzy w ten sposób postaci z krwi i kości, a ich wyraziste osobowości podkreślone są przez świetne i dowcipne dialogi. Wprawdzie uważam, że i tak „Sins of the Fathers” to tylko próbka tego, co autorka zaserwowała w dalszych częściach, niemniej do moich ulubionych kwestii należy improwizowany tekst błogosławieństwa, który Gabriel wygłosił w domu pewnej staruszki. Można boki zrywać.
Gra dysponowała, jak na swoje czasy, bardzo ładną, kolorową grafiką. Dziś, gdy przeciętny telefon komórkowy potrafi wyświetlać lepszą, pewnie nikogo już nie zachwycą rozpikselowane, dwuwymiarowe postaci. Niemniej trzeba przyznać, że gra została wykonana starannie i wygląda schludnie. Podobnie ma się rzecz z nieco skrzeczącą muzyką – sympatyczne przypomnienie, jakie to dźwięki wydobywały się drzewiej z komputerowych trzewi. Same kompozycje jednak mile zaskakują, znakomicie tworzą atmosferę poszczególnych lokacji i wpadają w ucho. Mnie najbardziej zapadły w pamięć melodie, które później stały się stałymi motywami serii – chodzi tu o muzykę ilustrującą dramatyczne wydarzenia w Afryce oraz – w końcu to „czarna” Luizjana – evergreen „When the Saints Go Marching In” pojawiający się w różnych wariacjach. Warto przy oprawie dźwiękowej zwrócić też uwagę na dubbing, do którego zatrudniono między innymi Marka Hamilla (tak, tak – Luke’a Skywalkera). Najwyraźniej moc jest z Gabrielem.
Pozostaje jeszcze sprawa zagadek i tutaj robi się trochę smutniej. Są one dość uciążliwe (polowanie na piksele), czasami brakuje ich logicznego powiązania z przebiegiem akcji, kuleje ciąg przyczynowo-skutkowy. Dochodzi do tego dziwaczne zadanie, w którym trzeba zredagować wiadomość tekstową. I ostatnia sprawa – możliwość zacięcia się w grze na amen. Ot, wystarczy w jednym miejscu unieść się honorem i nie sprzedać klientowi obrazu z czaszką. Facet obrażony drugi raz nie przyjdzie, a mało przezorny gracz może zaczynać grę od nowa. W sumie jednak dla świetnej fabuły warto pozgrzytać zębami w kilku miejscach.

Jane Jansen
‹The Beast Within: A Gabriel Knight Mystery›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Beast Within: A Gabriel Knight Mystery
Data produkcji31 grudnia 1995
Autor
Wydawca Sierra
CyklGabriel Knight
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
„The Beast Within”, czyli co komu w duszy gra
Gabriel nie tylko przeżył starcie z wiedźmą Tetelo, ale także skrobnął powieść kryminalną na temat morderstw voodoo (w rolach głównych – Blade Backlash i jego skośnooka asystentka Fujitsu – znajomo brzmi?). Teraz opromieniony sławą pisarską, postanowił odpocząć w rodzinnych włościach w Rittersbergu, aż tu pewnego dnia zjawia się grupa wieśniaków z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu sprawy tajemniczych morderstw, o popełnienie których podejrzewają wilkołaka. Co ma robić Gabriel, który po śmierci wujka Wolfganga został Schattenjägerem w miejsce Schattenjägera? Tyłek w troki i pędzi na pomoc nieszczęśnikom nękanym przez złe moce.
Tym razem gracz będzie mógł animować nie tylko narcystycznego pisarza, ale także sympatyczną i bystrą Grace. Jest to bardzo dobra decyzja autorów – fabułę poznajemy z dwóch perspektyw, gdyż oboje prowadzą oddzielne śledztwa, które ostatecznie zmierzają do wspólnego finału. Gdy Gabriel będzie bawił w Monachium, zbierając informacje o członkach tajemniczej loży myśliwskiej, Grace poszpera trochę w zamkowej bibliotece, po czym uda się w niezapomnianą podróż po bawarskich zamkach. Mnie ta druga perspektywa bardziej przypadła do gustu – zapewne również ze względu na główną postać.
Druga część Gabriela powstawała w okresie, gdy modne były gry filmowe. Producenci nieco zachłysnęli się pojemnością CD, która pozwalała na wplatanie w grę filmów z żywymi aktorami. Dotknęło to również Gabriela i dlatego „The Beast Within” różni się znacząco od pierwszej części pod względem grafiki. Postacie i niektóre miejsca znane z „Sins of the Fathers” (jak choćby Schloss Ritter) zastąpione zostały przez zdjęcia. Tutaj należy podkreślić bardzo trafny dobór aktorów – i dotyczy to nie tylko Gabe’a (Dean Erickson) oraz Grace (Joanne Takahashi). Największą gwiazdą jest tu bowiem Peter J. Lucas wcielający się w rolę Von Glogera, głównego szwarccharakteru. To taki sympatyczny polski akcent w grze. Choć przerywników filmowych jest tutaj mniej niż choćby w słynnej „Phantasmagorii” (i są o niebo lepsze), gra i tak przypomina interaktywny film. Zagadki nie pozwalają jednak graczowi bezczynnie siedzieć przed monitorem.
Rozgrywka w drugim Gabrielu jest momentami piekielnie trudna, twórcy chyba nie do końca przemyśleli niektóre zadania. Już na samym początku gracz musi się uporać ze słynną zagadką z taśmą magnetofonową w monachijskim zoo, co może doprowadzić do furii. Ponieważ gra jest absolutnie liniowa, co samo w sobie nie byłoby wadą, czasem aby uaktywnić jeden przedmiot, trzeba najpierw wykonać jakąś inną akcję. Jaką? Ano właśnie – zgadnij, kochanie, co nam się w głowach zrodziło. Twórcy zafundowali graczom godziny żmudnego klikania wciąż w te same przedmioty. Całe szczęście, że po najechaniu na aktywny przedmiot kursor zmienia kształt, czego nie było w pierwszej części. To w sumie i tak duże ułatwienie. Na pocieszenie dodam, że są też ciekawsze łamigłówki, a wszystkie bije na głowę ta finałowa, w której Gabriel musi schwytać złoczyńcę w piwnicy teatru Wittelsbachów.
Wszystkie wady gry bledną jednak przy fabule, która jest rewelacyjna. Dla takiej historii, jaką opowiada tutaj Jane Jensen, warto pomęczyć się na początku z magnetofonem. Opowieść zaczyna się zupełnie niewinnie – takie tam gadanie o wilkołakach. Później jednak okazuje się, że intryga jest diabelsko skomplikowana, wielowątkowa i pełna odniesień do historii Niemiec. Bohaterowie przemierzą wiele autentycznych miejsc – jak piękna starówka w Monachium (gdzie ponownie usłyszymy „When the Saints…”), teatr, katedra w Altötting czy zamki w Alpach bawarskich. „The Beast Within” to nie tylko zapierająca dech w piersiach fabuła, ale także interaktywna lekcja historii, gdyż aby rozwiązać zagadkę Ludwika II, gracz będzie musiał połączyć pewne fakty.
„The Beast Within” to jak dla mnie najlepsza część cyklu. W porównaniu z „SotF” jeszcze bardziej wyraziste i autentyczne są postaci. Autorka nadała im prawdziwie ludzkie cechy, rozwija też wątek dość dziwnego uczucia łączącego parę bohaterów i znakomicie konstruuje sceny, w których Grace pokazuje swoją zazdrość. Ten autentyzm to po części zasługa konwencji filmowej, do której z początku podchodziłem sceptycznie.

Jane Jansen
‹Gabriel Knight 3: Blood of the Sacred, Blood of the Damned›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGabriel Knight 3: Blood of the Sacred, Blood of the Damned
Data produkcji1999
Autor
Wydawca Sierra
CyklGabriel Knight
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
„Blood of Sacred, Blood of Damned”, czyli psiakrew
W trzeciej części gry filmowa grafika została zastąpiona trójwymiarową, przez co Gabriel i jego przyjaciele zaczęli poruszać się po świecie przypominającym ten z pierwszych odsłon „Tomb Raidera”. „GK 3” powstawał pod koniec lat 90., w czasach gdy gatunek gier TPP na dobre zadomowił się na pecetach. Przygody Gabriela w trzech wymiarach wyglądają ładnie i intrygująco. Pełne 3D oczywiście znacząco wpłynęło na sposób rozgrywki (gracz musi na przykład przyzwyczaić się do pracy kamer, która z początku może przysparzać kłopotów) i obraz świata gry, jednak to cały czas stary, dobry Gabriel. Na szczęście twórcy nie wprowadzili do gry elementów zręcznościowych.
Pod względem klimatu i fabuły trójka nie odstaje od poprzednich części serii. Tym razem Gabriel i Grace przyjeżdżają do Francji w poszukiwaniu uprowadzonego potomka pewnego szkockiego arystokraty. Ślad porywaczy niemowlęcia urywa się gdzieś na stacji kolejowej niedaleko miasteczka Rennes-le-Château w Langwedocji, które znane jest wszystkim miłośnikom spiskowej teorii dziejów. W te tony uderza też Jane Jensen. Intryga kręcić się będzie wokół templariuszy, masonów, historii chrześcijaństwa i wampirów. Autorka sprawnie przemyca w trakcie intrygi różne motywy znane już z literatury czy sztuki, gra ich wieloznacznością i robi to w mniej oczywisty sposób niż dajmy na to taki Dan Brown. Wiem, że dziś, właśnie głównie za sprawą „Kodu Leonarda da Vinci”, te tematy stały się bardzo modne i przez to niestrawne. „GK 3” broni się jednak bardzo skomplikowaną fabułą. No i jak by nie patrzeć, gra powstała wcześniej niż „Kod…”.
„GK 3” jest podzielona na odcinki czasowe, a jej akcja rozgrywa się w ciągu trzech dni. W tym czasie nasi bohaterowie będą błąkali się po malowniczej okolicy Rennes-le-Château, poznając historię regionu, bez czego – jak to zwykle w „GK” – nie sposób dobrnąć do szczęśliwego końca. Lokacje, które przyjdzie im zwiedzić, wyglądają – jak na tamte czasy – dość efektownie. Są to zresztą autentyczne miejsca i zostały dość wiernie odwzorowane w trójwymiarowym środowisku. Niezłe wrażenie robi zwłaszcza piwnica miejscowego konesera win (Grace nawet stwierdza, że ma klimat rodem z opowiadań Edgara Allana Poego – widać czytała „Beczkę Amontilado”). Jeśli chodzi o zagadki, to tym razem są one bardziej przemyślane (chociaż gdy przypomnę sobie co trzeba było zrobić, by na początku gry wypożyczyć motor…), a zdarza się też kilka perełek. Szczególnie pod koniec, gdy Gabriel musi uporać się z diabelską szachownicą. Osobną kwestią jest łamigłówka związana ze starym manuskryptem, którego tajemnicę musi rozgryźć niezawodna Grace. Bezsprzecznie to najlepsza zagadka z całej serii „GK”.
Gra ma niesamowity klimat, podkreślony przez muzykę – jeszcze lepszą niż w poprzednich częściach (oczywiście nie mogło zabraknąć „When the Saints…”). Kreacje postaci jak zwykle stoją na wysokim poziomie. Przy okazji autorka decyduje się na pewne radykalne kroki, jeśli chodzi o wątek miłosny (eufemistycznie mówiąc – wprowadza motyw zarżniętego jednorożca). Dialogi ciągle cieszą uszy świeżością i naturalnością, choć chyba Gabriel w żadnej wcześniejszej odsłonie nie był tak seksistowski w swoich poglądach. Wszystko to sprawia, że gra jest soczysta i długa. Zakończenie za to nieco zawodzi – nie zdradzając szczegółów, powiem tylko, że jak dla mnie zbyt nieprawdopodobne, hollywoodzkie i takie trochę w stylu nieszczęsnego Browna, co nie jest oczywiście zaletą.
„Gabriel Knight 4”, czyli koniec imprezy
Od dłuższego czasu w internecie trwa kampania fanów, która ma zmusić producenta do wypuszczenia czwartej części cyklu. Póki co – bez efektu, mimo że ponoć sama Jane Jensen jest zainteresowana kontynuacją. Może kiedyś. Na razie warto zainteresować się trzema istniejącymi częściami trylogii. Zapewniam, że po wchłonięciu przygód Gabriela żadna przygodówka nie smakuje już tak samo.
koniec
18 maja 2009
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Nie przegap: Maj 2017
Esensja

31 V 2017

Tradycyjnia krótka ściągawka dla tych, którzy chca się upewnić że w maju nie umknęła im żadna nasza recenzja.

więcej »

Nie przegap: Kwiecień 2017
Esensja

30 IV 2017

Jak zwykle miesiąc zamykamy przeglądem naszych recenzji.

więcej »

Nie przegap: Marzec 2017
Esensja

31 III 2017

W marcu opublikowaliśmy osiemdziesiąt dziewięć recenzji – przeczytaliście wszystkie?

więcej »

Polecamy

Owernia latem w szczegółach

Online:

Owernia latem w szczegółach
— Wojciech Gołąbowski

W zgodzie ze schematami
— Miłosz Cybowski

Strzelając do zombie
— Miłosz Cybowski

Latający baloniasty kot
— Miłosz Cybowski

W podróż przez cały rok
— Wojciech Gołąbowski

Jeszcze raz to samo, ale lepiej
— Miłosz Cybowski

W kółko to samo
— Miłosz Cybowski

Ubodzy komandosi
— Miłosz Cybowski

Złe korporacje i nielegalny handel
— Miłosz Cybowski

Liniowa skradanka
— Miłosz Cybowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.