Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Kapitan Żbik: Korzeń też psuje się od głowy

Esensja.pl
Esensja.pl
Pierwsza próba reaktywowania postaci Jana Żbika w roli emerytowanego detektywa wspomagającego poznańską policję w sprawie poszukiwań zaginionego obrazu Claude’a Moneta (vide „Tajemnica Plaży w Pourville”) zakończyła się fatalnie. Mimo to trzy lata później podjęto kolejną, choć tym razem Jan nie pojawił się nawet w drobnym epizodzie, główną postacią był natomiast jego wnuk Michał. „Kim jest Biała Mewa?” zapowiadano jako odcinek pierwszy z czterech. Niestety, na nim się skończyło.

Władysław Krupka, Michał ‘Śledziu’ Śledziński
‹Komisarz Żbik: Kim jest „Biała Mewa”›

Kim jest „Biała Mewa”
EKSTRAKT:20%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKim jest „Biała Mewa”
Scenariusz
Data wydanialistopad 2006
RysunkiMichał ‘Śledziu’ Śledziński
Wydawca Mandragora
CyklKomisarz Żbik
ISBN-1083-60352-59-3
Format24s. 170×260mm
Cena5,—
Gatunekkryminał
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl: 4,50 zł
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Kim jest „Biała Mewa”
Pierwszy powrót Jana Żbika miał charakter bardzo ograniczony. Spisana przez Władysława Krupkę, a narysowana przez Bogusława Polcha opowieść pojawiała się bowiem przez niespełna pół roku – od września 2003 do lutego 2004 roku – w wychodzącym jedynie na terenie powiatu poznańskiego „Bezpłatnym Tygodniku Poznańskim”. Od strony scenariuszowej prezentowała się kiepsko, od graficznej – wręcz katastrofalnie. Mimo to, z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego powodu, dziewięć lat później Kultura Gniewu zdecydowała się na jej wydanie zeszytowe. I tak światło dzienne ujrzała, dostępna już w całym kraju, „Tajemnica Plaży w Pourville”. Była to o tyle zaskakująca decyzja, że w 2006 roku o przywrócenie polskiemu światkowi komiksowemu postaci Żbika – wprawdzie nie Jana, ale jego wnuka Michała (który po raz pierwszy pojawił się właśnie przy okazji tropienia złodziei obrazu Claude’a Moneta) – pokusiła się Mandragora, co zresztą zakończyło się spektakularną porażką, a nawet małym skandalem.
Po co więc Kultura Gniewu po paru latach odkopała historię rysunkową, która pod każdym względem prezentowała się gorzej od tego, co chciała wprowadzić na rynek Mandragora – pozostanie chyba na zawsze tajemnicą. W każdym razie redaktor odpowiedzialny za podjęcie tej decyzji musiał w tym momencie przeżywać potężne zamroczenie. Ale dzisiaj nie nad „Plażą w Pourville” będziemy się wywnętrzać, lecz nad późniejszą od niej opowieścią „Kim jest Biała Mewa?”. Choć jedyny prawdziwy Żbik – major Jan Żbik – zniknął z plansz komiksowych w 1982 roku… choć parę lat później upadła Polska Rzeczpospolita Ludowa, która umożliwiła mu awans społeczny na milicjanta i której z tego powodu wiernie potem służył całe swoje dorosłe życie… jego popularność wcale nie malała. Stał się ikoną popkultury, bohaterem na miarę filmowego porucznika Sławomira Borewicza z serialu „07 zgłoś się”. Bez znaczenia okazywał się fakt, że nosił – raczej w znaczeniu symbolicznym, bo w rzeczywistości zakładał go nadzwyczaj rzadko – znienawidzony przez wielu niebieski mundur milicyjny.
Miłośnicy „kolorowych zeszytów”, którzy przyszli na świat w drugiej połowie lat 50., w latach 60. czy też na początku następnej dekady ubiegłego wieku wciąż bardzo chętnie sięgali po mocno wymiętoszone, niekiedy wyciągane z zawilgoconych piwnicznych zakamarków „stare Żbiki”. Odważny kapitan, a potem major był przecież dla nich jednym z najważniejszych – obok Tytusa, Romka i A’Tomka czy Kajka i Kokosza – komiksowych herosów, namiastką niedostępnych w tamtej epoce Batmana, Supermana, Spider-Mana czy Kapitana Ameryki. Był peerelowskim superbohaterem, obdarzonym mocą najniezwyklejszą – intelektem. Kiedy więc okazało się, że wznowienia starych zeszytów cieszą się sporą popularnością, naturalną koleją losu był pomysł publikacji nowych historii. Zaczęło się od nieszczęsnej „Plaży w Pourville”, która okazała się jednak o tyle istotna, że wprowadziła do „Żbikowego uniwersum” wnuka emerytowanego już pułkownika Jana – komisarza Michała Marka. Swoją drogą szkoda, że nie dowiedzieliśmy się przy okazji, kto jest jego babcią. Czy przypadkiem zaszczyt ten nie przypadł w udziale znanej z „Gotyckiej komnaty”, „St. Marie wychodzi w morze…” oraz „Nieodebranego telegramu” pięknej kustosz muzeum w Waśnicach (względnie Waśniewicach)?
Kiedy w 2006 roku Mandragora ogłosiła, że ma zamiar wydać nową czteroczęściową miniserię ze Żbikiem – ale już komisarzem Michałem Markiem Żbikiem – nadzieje były wielkie. Raz, że za fabułę odpowiadał Władysław Krupka, twórca tej postaci i scenarzysta zdecydowanej większości komiksów opublikowanych w latach 1968-1982. Dwa, że rysunki wyszły spod ręki Michała Śledzińskiego, jednego z najciekawszych w III RP twórców niezależnych (wystarczy wspomnieć „Osiedle Swoboda”). Pierwszy zeszyt – nie wiedzieć czemu krótszy o kilka plansz niż klasyczne – zatytułowano „Kim jest Biała Mewa?”. Na to pytanie starał się właśnie znaleźć odpowiedź młody komisarz stołecznej policji. Historia zaczyna się od jego spotkania w jednej z kawiarni na warszawskiej Starówce z informatorką, która przekazuje mu żółtą teczkę. A co w niej? Notatki o kobiecie, którą interesuje się Żbik. Że nazywa się Jolanta Czarnuszka, ma trzydzieści lat, mieszka samotnie w willi, ma dwa bernardyny, bywa w drogich lokalach w Warszawie i na Wybrzeżu, dokąd jeździ – jak również poza granice kraju – srebrnym jaguarem.
I to w zasadzie pierwszy (i wcale nie ostatni) „babol” scenariuszowy. Kim bowiem jest informatorka Żbika? Jeśli policjantką, to przecież mogła spotkać się z nim w komendzie i tam wszystko przekazać. Jeśli donosicielem powiązanym z półświatkiem, to wieści, które mu przekazała (dlaczego nie telefonicznie?) nie mają żadnej wartości – to samo można było ustalić w ciągu godziny, biorąc Białą Mewę pod najnormalniejszą w świecie policyjną obserwację. Po co robić z tego tak „wielkie halo”? Odpowiedź wydaje się oczywista: tak Milicja Obywatelska zbierała informacje w latach 60. i 70., całkiem możliwe więc, że Krupka wygrzebał z szuflady jakiś stary niezrealizowany przed dekadami scenariusz i teraz postanowił na siłę dostosować go do nowych czasów. Co wypadło fatalnie. Z dalszej części historii – podkreślmy: rozgrywającej się współcześnie, a więc w połowie pierwszej dekady XXI wieku – wynika, że Czarnuszka powiązana jest z osobami, które zajmują się – uwaga! uwaga! – produkcją filmową. Ba! musi być w tej grupie znaczącą postacią, skoro zostaje nawet wysłana przez nią jako przedstawicielka firmy na festiwal filmowy do Berlina. A skoro tak, to podstawowe informacje na jej temat – imię, nazwisko, wiek, wykształcenie – Żbik mógł zdobyć, zaglądając do działającej od końca lat 90. internetowej bazy filmu polskiego (FilmPolski.pl). Nie potrzebował do tego zakonspirowanego szpiega.
Dalej robi się jednak – niestety – jeszcze „weselej”. Komisarz śledzi bowiem Białą Mewę, gdy ta po raz kolejny wyrusza do Trójmiasta, aby spotkać się ze swoimi wspólnikami w interesach (tych legalnych i nielegalnych). Warto przy tym zaznaczyć, że zatrzymuje się w sopockim pensjonacie o nazwie… Stella Moris. Sic! „Moris”, nie „Maris”. Jak widać, łacina nie była mocną stroną ani Krupki, ani redaktorów Mandragory. Dotarłszy na miejsce, pani Jolanta konferuje z niejakimi Witoldem i Karolem w barze; przy innym stoliku siedzi Żbik, który uwiecznia ich podobizny, robiąc zdjęcia aparatem wmontowanym w… fajkę. Pokładacie się ze śmiechu? Jeśli komisarzowi zależałoby na tym, aby jeszcze bardziej zakamuflować swoją obecność, powinien tylko założyć indiański pióropusz i wymalować twarz barwami wojennymi. Cóż, to prawdopodobnie kolejny patent Krupki rodem z epoki Gierkowskiej, a może nawet Gomułkowskiej. Tylko dlaczego nikt nie zwrócił uwagi scenarzyście, że to totalna kicha?
Po wizycie w Sopocie Czarnuszka rusza na podbój Berlina, gdzie – jak się okazuje – współprodukowany przez nią film „Czarny ptak” otrzymuje wyróżnienie. W stolicy Niemiec Biała Mewa spotyka się głównie z jednym człowiekiem – jest nim Joe Carillo, wenezuelski biznesmen, ponoć stały bywalec festiwali filmowych. Oboje rozmawiają między innymi o sprzedaży praw do prezentacji „Czarnego ptaka” w tym południowoamerykańskim kraju. to oczywiście tylko „przykrywka” do zupełnie innych interesów. Szkoda tylko, że tak idiotyczna. Chyba że Krupka naprawdę był przekonany, iż wszyscy polscy producenci, reżyserzy i aktorzy marzą jedynie o tym, aby stać się gwiazdami na rynku wenezuelskim. Do Berlina w ślad za Czrnuszką wysłany zostaje także komisarz, który wciela się w rolę dziennikarza relacjonującego przebieg walki o Złotego Niedźwiedzia. Przy okazji stara się zbliżyć do pięknej kobiety, ba! nawet z nią flirtuje. Za sensację można uznać fakt, że wśród supertajnych gadżetów, w jakie został wyposażony przez swego warszawskiego „Q”, znajduje się telefon komórkowy marki Nokia. Skąd ten wniosek o supertajności? To proste. Gdyby było inaczej, Żbik nie musiałby opuszczać hotelowego holu i zamykać się w pokoju, aby wysłać do swoich szefów… sms-a.
Cudne są te niedorzeczności wymyślane na każdym kroku przez Krupkę, który mentalnie pozostał w latach 70. XX wieku. I można by się nimi zachwycać w nieskończoność, gdyby przyjąć, że komiks jest parodią kultowej serii. Ale wcale nie! On został zrobiony na poważnie. Światowo. Z rozmachem. Gdy o tym sobie przypominamy, łzy zaczynają napływać do oczu każdemu wielbicielowi kapitana / majora Żbika. Ratunkiem nie są nawet rysunki „Śledzia”, wykonane w charakterystycznym dla niego stylu, które do opowieści milicyjno-policyjnej pasują wprawdzie jak wół do karety, ale przynajmniej przedstawiają jakąś wartość. Czy zatem może dziwić się ilustratorowi, że kiedy zobaczył efekt końcowy postanowił zdezerterować? Mając w perspektywie miesiące spędzone nad trzema kolejnymi, zapewne równie niedorzecznymi częściami, których po latach ewidentnie będzie musiał się wstydzić, cóż miał zrobić? Ciekawe, że Mandragora, wydając swoje oświadczenie po „ucieczce” Śledzińskiego, nie broniła scenarzysty czy całej miniserii. Jej wyjaśnienia, czytając oczywiście „między wierszami”, można streścić mniej więcej tak: Podpisując umowę, grafik znał scenariusze, zatem dobrze wiedział, w jakie bagno artystyczne się pakuje, nie powinien więc teraz kapitulować, ale podkulić ogonek i wykonać pracę do końca.
Nic z tego nie wyszło. Mandragora jednak nie chciała się poddać i znalazła innego rysownika, którym został Robert Adler („48 godzin”). On miał narysować trzy kolejne odcinki: „Przygodę w Caracas”, „Zabić dziennikarza!” oraz „Gratuluję, komisarzu”. Więcej nawet. Wydawnictwo planowało już nawet kolejne dwa zeszyty – „Tajemniczą rezydencję” i „Przyszedłem panią zabić” – nad którymi pracował Maciej Mazur. Żadna z zapowiedzianych opowieści ostatecznie, jak dotąd przynajmniej, nie ujrzała światła dziennego, chociaż na stronie internetowej Mazura można zobaczyć okładki zeszytów i kilka gotowych już plansz (bez dialogów). Kto wie jednak, może za kilka lat objawi się kolejny fanatyk Żbika, który zechce – nie bacząc na prawdopodobną finansową wtopę – wydać powyższe dziełka.
koniec
10 września 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Mała Esensja: Krowa może być czasem lekko zakręcona
Marcin Mroziuk

25 IX 2017

Młodzi wielbiciele przygód niezwykłej krowy na pewno z przyjemnością sięgną po „Mamę Mu na wycieczce i inne komiksy”, aby po raz kolejny spotkać swoją ulubioną bohaterkę i jej skrzydlatego przyjaciela. Dzieci w trakcie lektury będą świetnie bawić i nie powinno im też specjalnie przeszkadzać to, że zamieszone w tym tomie cztery komiksowe historyjki pod względem fabularnym w znacznym stopniu stanowią powielenie opowieści znanych z wcześniejszych książek Jujji Wieslander.

więcej »

Adaptacja komiksowa, która igra z ogniem
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

23 IX 2017

Komiksowe adaptacje powieści są zawsze bardzo ryzykownym przedsięwzięciem, raczej skazanym na porażkę, niż spektakularny sukces. Szczęśliwie historia zna chlubne wyjątki. Można do nich śmiało dołączyć wydaną przez Egmont wersję obrazkową środkowej części trylogii (choć to już nieaktualne określenie) „Millennium” Stiega Larssona „Dziewczyna, która igrała z ogniem”.

więcej »

Miłość w czasach internetu
Paweł Ciołkiewicz

22 IX 2017

Życie młodego singla w Nowym Yorku nie jest łatwe. Zawód miłosny sprawia, że K pogrąża się w nałogu… randkowania. Za namową kumpla zakłada konto na portalu Lovebug i rzuca się w wir „miłosnych” przygód, które niestety czynią go coraz bardziej nieszczęśliwym.

więcej »

Polecamy

Zaproszenie do jamy

Kadr, który…:

Zaproszenie do jamy
— Wojciech Gołąbowski

Samotni
— Wojciech Gołąbowski

Vahanara!
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Wymarsz o świcie
— Wojciech Gołąbowski

Wróg czy przyjaciel?
— Marcin Osuch

O zmierzchu na Wieprzu
— Wojciech Gołąbowski

Scena łóżkowa
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Pożoga
— Wojciech Gołąbowski

Pędzą konie
— Wojciech Gołąbowski

Rozstrzelany pociąg
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

Niby nowe, a trąci myszką
— Daniel Gizicki

Z tego cyklu

Na tropie narkotykowej szajki
— Sebastian Chosiński

Miłość, która prowadzi na manowce
— Sebastian Chosiński

Gdy do akcji wkracza SB, zabawa kończy się
— Sebastian Chosiński

Magik na wiejskim odpuście
— Sebastian Chosiński

Romantyczne tête-à-tête i wargi, które mogą cię zdradzić
— Sebastian Chosiński

Danuta czy Krystyna? – zawodna pamięć Żbika
— Sebastian Chosiński

Gorące plaże Adriatyku
— Sebastian Chosiński

Z Bratysławy do Budapesztu
— Sebastian Chosiński

Niespodziewany awans i afera „Żelazo”
— Sebastian Chosiński

Skok na radziecką rybę
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Swobodna ekipa kontratakuje
— Paweł Ciołkiewicz

Esensja czyta dymki: Styczeń 2017
— Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Jaka piękna katastrofa
— Sebastian Chosiński

Śledź rysuje karpia
— Konrad Wągrowski

Esensja czyta dymki: Maj-czerwiec 2009
— Jakub Gałka, Wojciech Gołąbowski, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Przeżyyyj to saaam! Przeżyyyj to…
— Tomasz Kontny

Dwugłos: Osiedle Swoboda #1
— Daniel Gizicki, Piotr Klinger

Ciąża doniesiona
— Piotr Klinger

Osiedle: (skuteczna) Reanimacja (mitu)
— Daniel Gizicki

Tegoż autora

East Side Story: Cztery kobiety w (prawie) średnim wieku
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Łącznik z Kraju Tulipanów
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Gdy nie chce się nic, a sens życia ucieka…
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Ciężkie jest życie rockmana
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Na styku kultur i światów
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Przeznaczenie, którego należy uniknąć
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Z żoną to nie przelewki
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Rozdarty między dwoma brzegami Atlantyku
— Sebastian Chosiński

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.