Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 października 2017
w Esensji w Esensjopedii

Luna: Nów

Esensja.pl
Esensja.pl
Ian McDonald
[1] 2 3 6 »
Zapraszamy do lektury fragmentu powieści Iana McDonalda „Luna: Nów”. Książka będąca pierwszym tomem cyklu „Luna” ukazała się nakładem Wydawnictwa MAG w serii „Uczta Wyobraźni”.

Ian McDonald
‹Luna: Nów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLuna: Nów
Tytuł oryginalnyLuna: New Moon
Data wydania13 kwietnia 2016
Autor
Wydawca MAG
CyklLuna
SeriaUczta Wyobraźni
ISBN978-83-7480-644-2
Format432s. oprawa twarda
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 33,97 zł
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj w
Zobacz w
Jeden
W białym pomieszczeniu na skraju Sinus Medii siedzi sześcioro nagich nastolatków. Trzy dziewczyny i trzech chłopaków. Skórę mają czarną, żółtą, brązową, białą. Drapią się po niej nieustannie i zawzięcie. Spadek ciśnienia wysusza i powoduje swędzenie.
Pomieszczenie jest ciasne, jak beczka, w której ledwie da się stanąć. Młodziaki tłoczą się na ławeczkach, przyciskają do siebie udami, kolanami napierają na siedzących naprzeciwko. Nie ma gdzie podziać wzroku, nie ma na co patrzeć poza sobą nawzajem, oni jednak unikają kontaktu wzrokowego. Są zbyt blisko i zbyt obnażeni. Każde oddycha przez przezroczystą maskę. Tlen posykuje, gdy komuś nie trzyma uszczelka. Na drzwiczkach śluzy tuż pod oknem jest barometr. Pokazuje piętnaście kilopaskali. Obniżenie ciśnienia do tego poziomu trwało godzinę.
Jednakże na zewnątrz jest próżnia.
Lucasinho pochyla się i raz jeszcze patrzy przez małe okienko. Drugą śluzę widać bez problemu, droga do niej jest prosta i bez przeszkód. Słońce stoi nisko, cienie są długie i intensywne, zwrócone ku niemu. Czarniejsze na czarnym regolicie mogą skrywać wiele zdradzieckich niespodzianek. Temperatura powierzchni wynosi 120 stopni, ostrzegał go chowaniec. Jak bieg po ogniu.
Bieg po ogniu, bieg po lodzie.
Siedem kilopaskali. Lucasinho czuje się opuchnięty, skórę ma napiętą i jakby brudną. Gdy ciśnienie spadnie do pięciu, otworzy się śluza. Lucasinho żałuje, że nie ma nad sobą chowańca. Jinji spowolniłby rozkołatane serce, uspokoił drgający mięsień w prawym udzie. Zerka w oczy dziewczynie naprzeciwko. Jest z rodziny Asamoah; obok siedzi jej starszy brat. Palce kręcą amuletem adinkra na szyi. Chowaniec musiał ją ostrzegać. Na zewnątrz taki metal może się przyspawać do skóry. Możliwe, że ona już zawsze będzie nosić bliznę w kształcie znaku Gye Nyame. Rzuca mu zdawkowy półuśmiech. Mimo obecności sześciorga nagich atrakcyjnych nastolatków przyciśniętych do siebie udami w komorze panuje całkowita seksualna próżnia. Wszystkie myśli zwrócone są ku temu, co czeka za drzwiami śluzy. Dwoje Asamoah, dziewczyna Sun, dziewczyna Mackenzie, przestraszony chłopak Woroncow z hiperwentylacją oraz Lucasinho Alves Mão de Ferro Arena de Corta. Bzykał się z nimi wszystkimi oprócz dziewczyny Mackenzie. Cortowie i Mackenzie się ze sobą nie zadają. I oprócz Abeny Maanu Asamoah, bo jej doskonałość go onieśmiela. Za to jej brat… brat obciąga najlepiej na świecie.
Dwadzieścia metrów. Piętnaście sekund. Jinji wypalił mu te liczby w mózgu. Odległość do drugiej śluzy. Czas, przez który nagie ciało człowieka może przetrwać w wysokiej próżni. Po piętnastu sekundach – utrata przytomności. Po trzydziestu – nieodwracalne obrażenia. Dwadzieścia metrów. Dziesięć kroków.
Lucasinho uśmiecha się do pięknej Abeny Asamoah. Wtem błyska czerwone światło. Zrywa się na nogi, zanim śluza się do końca otworzy. Ostatnie sapnięcie ciśnienia wyrzuca go na Sinus Medii.
Raz. Prawa stopa dotyka regolitu i z głowy znikają wszystkie myśli. Oczy pieką. Płuca palą. Rozrywa go.
Dwa. Wydech. Wypuść powietrze. Zero ciśnienia w płucach, pouczał Jinji. Nie, nie można, to śmierć. Wydech, inaczej płuca ci eksplodują. Stopa opada.
Trzy. Wypuszcza powietrze, które zamarza mu na twarzy. Woda na języku, łzy w kącikach oczu się wygotowują.
Cztery. Abena Asamoah wyrywa się przed niego. Skórę ma szarą od szronu.
Pięć. Oczy zamarzają. Nie odważa się mrugać, żeby powieki nie przymarzły. Mrugniesz, jesteś ślepy, jesteś ślepy, to już nie żyjesz. Wbija wzrok w śluzę obramowaną niebieskimi światełkami. Mija go chudzielec Woroncow, pędzi jak opętany.
Sześć. Serce panikuje, walczy, płonie. Abena Asamoah rzuca się do śluzy, ogląda za siebie, jednocześnie sięgając po maskę. Nagle wytrzeszcza oczy, widząc coś za plecami Lucasinho. Otwiera usta w niemym krzyku.
Siedem. Ogląda się. Kojo Asamoah przewrócił się, toczy się, koziołkuje. Kojo Asamoah topi się w księżycowym oceanie.
Osiem. Lucasinho wyciąga ręce i powstrzymuje jego pęd.
Dziewięć. Kojo Asamoah usiłuje wstać na nogi, ale jest ślepy, pył przymarzł mu do powiek. Wymachuje rękami, rzuca się naprzód, potyka. Lucasinho łapie go za rękę. Podnoś się! Podnoś!
Dziesięć. Czerwień pulsuje w oczach: tunel światła i świadomości wycelowany w krąg śluzy wejściowej. Tunel zamykający się z każdym pulsem czerwieni w rozpadającym się mózgu. Wdech! – wrzeszczą płuca. Wdech! Podnoś się. Podnoś. W śluzie pełno ramion i twarzy. Lucasinho rzuca się ku nim. Krew mu kipi. W żyłach wrze gaz, każdy bąbelek jak rozżarzona do białości kulka z łożyska. Traci siły. Mózg mu umiera, ale ramienia Kojo nie puszcza, ciągnie je, holuje chłopaka, udręczony, rozpalony. Czuje wstrząs, słyszy pisk błyskawicznie rosnącego ciśnienia.
W skurczonym polu widzenia ma plątaninę kończyn, skóry, tyłków, brzuchów, ociekających skroploną parą i potem. Słyszy, jak sapnięcia zamieniają się w śmiechy, szlochy w obłąkańcze chichoty. Ciała dygocą ze śmiechu. Zrobiliśmy Księżycowy Bieg. Pokonaliśmy Panią Lunę.
Kolejny przebłysk: czerwony kleks na środkowej linii drzwi śluzy, dziwny odcień czerwieni na białym tle. Wbija w to wzrok, w czerwoną tarczę, co skupia całą jego świadomość na linii pomiędzy nią a nim. A gdy świadomość osuwa się w ciemność, dociera do niego, co to takiego. Krew. Zewnętrzne drzwi śluzy przytrzasnęły Kojo duży palec lewej nogi, zmieniając go w krwawą miazgę.
Robi się ciemno.
• • •
Skrzydlata kobieta szybuje wysoko w prądzie termicznym. Poranne światło barwi ją na złoto. Ociera się o sam dach świata, po czym wygina plecy, podkurcza ramiona, macha stopami i spada lotem nurkowym niczym jaskółka. Sto, dwieście metrów w dół, czarna kropka, która wypadła ze sztucznego świtu, mija fabryki i mieszkania, okna i balkony, kolejki linowe i windy, kładki i mostki. W ostatniej chwili napina palce, rozpościera lotki z nanowłókien i wyrównuje lot. I znów w górę, wysoko, błyskając skrzydłami w coraz jaśniejszym blasku. Trzy machnięcia skrzydłami i jest kilometr w górze, jak złoty pyłek na tle monumentalnego kanionu Kwadry Oriona.
– Pizda jedna – mruczy Marina Calzaghe.
Nienawidzi wolności latającej kobiety, jej wysportowania, idealnej skóry i napiętego ciała gimnastyczki. A najbardziej tego, że tamtą stać na marnowanie oddechów na rozrywki, podczas gdy Marina musi walczyć o każdy wdech. Musiała sobie przykręcić odruch oddychania. Czib na gałce ocznej pokazuje narastający dług tlenowy. Każde napełnienie płuc kosztuje. Ma debet w banku powietrza. Pamięta to uczucie paniki, gdy po raz pierwszy próbowała usunąć czib z oka. Nie dawało się. Dźgnęła go palcem. Trzymał się gałki ocznej jak przyklejony.
– Wszyscy to noszą – powiedział pracownik Działu Aklimatyzacji i Przeszkolenia LDC. – Od zieluniaka, co świeżo wysiadł z cyklera, aż po samego Orła.
Paski stanu Czterech Żywiołów się obudziły: woda, przestrzeń, dane, powietrze – stany czterech kont. Od tego momentu mierzyły i kasowały za każdy łyk, każdy krok, każdy sen, każdą myśl i każdy wdech.
Kiedy dociera do szczytu schodów, już kręci jej się w głowie. Opiera się o niską poręcz i z trudem łapie oddech. Przed nią przerażająca zatłoczona pustka rozświetlona tysiącami świateł. Kwadry Południka sięgają na kilometr w głąb i obowiązuje w nich odwrócony porządek społeczny: bogaci na dole, biedni na górze. Gołą powierzchnię Księżyca bombarduje ultrafiolet, promienie kosmiczne, naładowane cząstki z rozbłysków słonecznych. Parę metrów księżycowego regolitu z łatwością pochłania to promieniowanie, ale wysokoenergetyczne promieniowanie wzbudza kaskadę fajerwerków cząstek wtórnych, które mogą uszkadzać ludzkie DNA. Dlatego habitaty wkopują się głęboko, a obywatele mieszkają pod powierzchnią najdalej, jak się da. Powyżej Mariny Calzaghe znajdują się tylko poziomy przemysłowe, a one są prawie całkowicie zautomatyzowane.
O sztuczne niebo obija się uwięziony srebrny dziecięcy balon.
Marina Calzaghe zamierza sprzedać zawartość swojego pęcherza. Sikupiec kiwnięciem głowy zaprasza do kabiny. Mocz jest skąpy, ochrowy, z osadem. Co to, krew? Sikupiec wycenia minerały i substancje organiczne, i płaci. Marina przerzuca środki na konto sieci. Oddech można przykręcić, spiracić wodę, jedzenie wykombinować, ale transferu sieciowego się nie wyżebrze. Hetty, jej chowanka, kondensuje się z obłoczka pikseli nad lewym ramieniem. Prosta darmowa skórka, lecz dzięki niej Marina Calzaghe jest z powrotem w sieci.
„Następnym razem”, szepcze, wchodząc z powrotem na górę, do łapacza wilgoci. „Następnym razem, Blake, przyniosę leki”.
Ostatnie kilka kroków pokonuje na czworakach. Siatka była drogocenną zdobyczą, zgarnęła ją i ukryła, zanim zrecyklowały ją boty sprzątające Zabbalinów. Zasada jest starożytna i niezawodna. Plastikowa siateczka rozpięta między belkami. Ciepłe wilgotne powietrze unosi się i w chłodzie sztucznej nocy tworzy nietrwałe chmury pierzaste. Para skrapla się na drobnej siatce i ścieka po włóknach do pojemnika. Łyk dla niej, łyczek dla Blake’a.
Ktoś jest przy siatce. Wysoki, po księżycowemu chudy facet pije z jej pojemnika.
– Oddawaj!
Zerka na nią i osusza pojemnik.
– To nie twoje!
Marina ciągle ma ziemskie mięśnie. Załatwi go nawet bez powietrza w płucach, tego chudego, bladego, księżycowego chudzielca.
– Won stąd. To moje.
– Już nie. – Ma nóż w ręce. Na nóż nic nie poradzi. – Jeszcze raz cię tu zobaczę albo zobaczę, że coś ubyło, to cię potnę i sprzedam.
Nic się nie da zrobić. Nic nie zmienią czyny, słowa, groźby ani genialne pomysły. Facet z nożem ją zmiażdżył. Może tylko wycofać się chyłkiem. Każdy krok i każdy szczebel brzmi hańbą. Na galeryjce, z której patrzyła na fruwającą kobietę, pada na kolana i rzyga z wściekłości. Bezskutecznie, sucho, bezowocnie. Nie zostało w niej ani krzty wilgoci, ani krzty pokarmu.
Na dnie na Księżycu. Na dnie, czyli na górze.
• • •
Lucasinho się budzi. Nad twarzą ma przejrzystą osłonę, tak blisko, że zachodzi parą od oddechu. Panikuje, unosi ręce, żeby zedrzeć z siebie tę klaustrofobiczną rzecz. Po czaszce rozlewa się mroczne ciepło, po potylicy, spływa ramionami, tułowiem. Koniec paniki. Sen. Ostatnią rzeczą, jaką widzi, jest jakaś postać w nogach łóżka. Wie, że to nie duch, bo na Księżycu nie ma duchów. Jego skały je odpychają, a promieniowanie i próżnia rozpraszają. Duchy to kruche istoty, utkane z pary, cieni i westchnień. Jednakże postać wygląda właśnie jak duch, szara, ze splecionymi rękoma.
Madrinha Flavia?
Duch unosi wzrok i się uśmiecha.
• • •
[1] 2 3 6 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Wyzwolenie
Ian Tregillis

9 IX 2017

Prezentujemy fragment powieści Iana Tregillisa „Wyzwolenie”. Książka będąca trzecim tomem cyklu „Wojny alchemiczne” ukaże się nakładem wydawnictwa Sine Qua Non.

więcej »

Polecamy

Fantastyczne antologie

Po trzy:

Fantastyczne antologie
— Beatrycze Nowicka

Nie tylko wiedźmin
— Beatrycze Nowicka

Zobacz też

Inne recenzje

Niepełnia Księżyca
— Przemysław Ciura

Nie tak wielki skok
— Dawid Kantor

Księżyc to za mało
— Beatrycze Nowicka

Tegoż twórcy

Ciemna strona Księżyca
— Dawid Kantor

Będziemy żyć w cyberpunku?
— Anna Kańtoch

Podróżować jest bosko
— Beatrycze Nowicka

Przeczytaj to jeszcze raz: Zgubić się i odnaleźć pod gwiazdami
— Beatrycze Nowicka

Radość czytania
— Beatrycze Nowicka

Esensja czyta: Luty 2013
— Miłosz Cybowski, Jakub Gałka, Jacek Jaciubek, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Joanna Słupek, Konrad Wągrowski

Telefon ze Stambułu
— Miłosz Cybowski

Cudzego nie znacie: Świat i rzeczywistość są względne
— Miłosz Cybowski

Esensja czyta: Czerwiec 2011
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Konrad Wągrowski

Cybernetyczna Kali
— Jakub Gałka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.