Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 29 marca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Za garść amuletów

Esensja.pl
Esensja.pl
Kim Harrison
[1] 2 3 5 »
Zamieszczamy fragment powieści Kim Harrison „Za garść amuletów”. Książka będąca czwartym tomem cyklu „Zapadlisko” ukazała się nakładem wydawnictwa MAG.

Kim Harrison
‹Za garść amuletów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZa garść amuletów
Tytuł oryginalnyA Fistful of Charms
Data wydania17 lutego 2017
Autor
PrzekładAgnieszka Sylwanowicz
Wydawca MAG
CyklZapadlisko
ISBN978-83-7480-658-9
Format640s.
Cena39,99
Gatunekfantastyka
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Kup wTaniaKsiążka.pl: 31,99 zł
Wyszukaj w
Zobacz w
ROZDZIAŁ 1
Mocne trzaśnięcie drzwi samochodu Davida odbiło się echem od kamiennej fasady siedmiopiętrowego budynku, obok którego zaparkowaliśmy. Opierałam się o szary sportowy samochód i osłaniając zmrużone oczy, patrzyłam na jego stare, piękne kolumny i żłobkowane parapety. Najwyższe piętro złociło się w zachodzącym słońcu, lecz na poziomie ulicy panował chłodny cień. W Cincinnati znajdowało się kilka takich charakterystycznych budynków, w większości opuszczonych, na jaki wyglądał i ten.
– Jesteś pewien, że to tu? – zapytałam i cofnęłam ręce z dachu samochodu.
Rzeka znajdowała się w pobliżu; czułam zapach mieszaniny oleju i paliwa do łodzi. Z ostatniego piętra zapewne roztaczał się piękny widok. Chociaż ulice były czyste, okolica wyglądała na zaniedbaną, uznałam jednak, że przy pewnej dozie zainteresowania – oraz furze pieniędzy – może się stać jednym z najmodniejszych terenów mieszkalnych miasta.
David postawił na ziemi swoją wysłużoną skórzaną aktówkę i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjął z niej plik papierów, przejrzał je pobieżnie i zerknął na odległy róg i tabliczkę z nazwą ulicy.
– Tak – odparł cichym głosem, w którym brzmiało napięcie, lecz bez nuty niepokoju.
Obciągnęłam obcisłą kurtkę z czerwonej skóry, poprawiłam torbę na ramieniu i głośno stukając obcasami, przeszłam na jego stronę samochodu. Chciałabym powiedzieć, że włożyłam moje komandoskie buty dla zaakcentowania, że to jest akcja, ale tak naprawdę po prostu je lubię. Pasowały do niebieskich dżinsów i czarnego T-shirtu, które miałam na sobie, a z dobrze dobraną czapeczką na głowie wyglądałam i czułam się zawadiacko.
David zmarszczył brwi na ten łomot – albo może z powodu mojego stroju – ale kiedy zobaczył, że się cicho z niego śmieję, z wysiłkiem zrobił obojętną minę. Sam włożył przyzwoite ubranie służbowe, jakimś sposobem dobrze wyglądając w trzyczęściowym garniturze i z sięgającymi ramion falującymi czarnymi włosami zebranymi dyskretną spinką. Widziałam go kilka razy w obcisłym stroju do biegania, który podkreślał jego doskonale utrzymaną sylwetkę trzydziestolatka – mniam – oraz w długim płaszczu i kowbojskim kapeluszu – pęknij z zazdrości, Van Helsingu – lecz jego nieco drobna figura nic nie traciła, kiedy ubierał się jak rzeczoznawcza ubezpieczeniowy, którym był. Jak na łaka David miał dość skomplikowaną osobowość.
Kiedy się z nim zrównałam, zawahałam się. Razem przyglądaliśmy się budynkowi. Trzy ulice dalej szumiał ruch uliczny, ale tutaj panował bezruch.
– Jest naprawdę spokojnie – powiedziałam i objęłam się rękami w chłodzie majowego wieczoru.
David zmrużył piwne oczy i przeciągnął dłonią po gładko ogolonych policzkach.
– To właściwy adres, Rachel – powiedział, patrząc na ostatnie piętro. – Jeśli chcesz, mogę zadzwonić i sprawdzić.
– Nie, w porządku.
Uśmiechnęłam się z zaciśniętymi ustami i znów poprawiłam torbę, czując dodatkowy ciężar pistoletu na kulki. To była akcja Davida, nie moja, i łatwiejszej nie można by sobie życzyć – chodziło o zbadanie roszczenia czarownicy ziemi, u której pękła ściana. Nie potrzebowałam kulek z eliksirem nasennym, którymi załadowałam mój zmodyfikowany pistolet do paintballu, ale kiedy David poprosił, żebym z nim pojechała, po prostu chwyciłam torbę. Wciąż była zapakowana na moją ostatnią akcję – wtargnięcie na zaplecze nielegalnego spammera. Na Boga, kropnięcie go sprawiło mi przyjemność.
David ruszył z miejsca, z galanterią puszczając mnie przodem. Był starszy ode mnie o jakieś dziesięć lat, ale dawało się to poznać tylko po jego oczach.
– Prawdopodobnie mieszka w jednym z tych nowych apartamentów, jakie się robi nad starymi magazynami – powiedział, kierując się ku ozdobnemu wejściu.
Zachichotałam i David spojrzał na mnie.
– Co jest? – zapytał, unosząc brwi.
Weszłam do budynku pierwsza. Pchnęłam drzwi tak, żeby mógł wejść zaraz za mną.
– Pomyślałam, że gdybyś w takim mieszkał, to byłby to magazyn kłaków. Magazyn łaków. Chwytasz?
Westchnął, a ja się skrzywiłam. Jenks, mój dawny pomocnik, roześmiałby się. Ogarnęło mnie poczucie winy i zgubiłam rytm. Jenks był aktualnie na samowolce i chował się w piwnicy u jakiegoś łaka po tym, jak strasznie wszystko schrzaniłam, bo mu nie ufałam. Nadeszła jednak wiosna i mogłam już zwiększyć starania, by go ugłaskać i sprowadzić z powrotem.
Hol był wysoki, przestronny, pełen szarego marmuru i właściwie niczego więcej. Moje obcasy głośno stukały. Przestraszona przestałam tupać. Po drugiej stronie holu znajdowały się dwie windy z drzwiami obramowanymi na czarno i do nich się skierowaliśmy. David wcisnął guzik i zakołysał się na piętach.
Obserwowałam go z drgającymi kącikami ust. Chociaż starał się to ukryć, widziałam, że jest tą akcją podekscytowany. Praca terenowego rzeczoznawcy ubezpieczeniowego wbrew pozorom nie polegała na siedzeniu za biurkiem. Większość klientów jego firmy stanowili Inderlanderzy – czarownice, łaki i czasami wampiry – i dojście do prawdy, dlaczego samochód klienta został skasowany, było trudniejsze, niż się wydawało. Czy wjechał nim tyłem w ścianę garażu nastoletni syn, czy mieszkającą po sąsiedzku czarownicę wreszcie zmęczyło słuchanie, jak właściciel trąbi za każdym razem, kiedy skręca z podjazdu? To pierwsze było objęte ubezpieczeniem, a drugie nie i czasami dojście do prawdy wymagało zastosowania, jakby to ująć… twórczych technik zdobywania wyjaśnień.
David zauważył, że się do niego uśmiecham, i mimo ciemnej skóry krawędzie jego uszu poczerwieniały.
– Dziękuję, że ze mną przyszłaś – powiedział. Zadzwoniła winda i rozsunęły się drzwi. David wszedł do środka. – Jestem ci winien kolację, dobrze?
– Nie ma sprawy.
Weszłam za nim do ciemnej windy z lustrami i spojrzałam na swoje odbicie w bursztynowym świetle. Drzwi się zamknęły. Musiałam przesunąć rozmowę z ewentualnym klientem, ale David pomógł mi w przeszłości i to było o wiele ważniejsze.
Schludny łak się skrzywił.
– Kiedy ostatnim razem oceniałem szkodę zgłoszoną przez czarownicę ziemi, później dowiedziałem się, że okantowała firmę. Moja niewiedza kosztowała ją setki tysięcy dolarów. Dziękuję, że służysz mi opinią, czy ta klientka spowodowała uszkodzenie poprzez niewłaściwe stosowanie magii.
Zatknęłam za ucho luźny kosmyk kręconych rudych włosów, który wysunął się z francuskiego warkocza, i poprawiłam skórzaną czapeczkę. Winda była stara i powolna.
– Jak mówiłam, nie ma sprawy.
David patrzył na pojawiające się coraz wyższe liczby.
– Mój szef chyba próbuje mnie zwolnić – powiedział cicho. – To trzecia szkoda, na której się nie znam, jaka ląduje w tym tygodniu na moim biurku. Czeka, żebym popełnił błąd. Chce do tego doprowadzić.
Oparłam się plecami o lustro i uśmiechnęłam się do Davida.
– Przykro mi. Znam to uczucie.
Niemal rok wcześniej rzuciłam pracę w Inderlandzkiej Służbie Bezpieczeństwa, ISB, i od tej pory działam jako niezależna agentka. Chociaż na początku było ciężko – a czasami bywa ciężko i teraz – okazało się to najlepszą decyzją, jaką podjęłam w życiu.
– Ale to nie jest twoja praca – nie ustępował David. Odwrócił się do mnie i w ciasnej przestrzeni spotęgował się przyjemny zapach piżma. – Jestem twoim dłużnikiem.
– Przestań już – powiedziałam z rozdrażnieniem. – Bardzo chętnie tu przyszłam i chętnie dopilnuję, żeby nie okantowała cię jakaś czarownica. To nic wielkiego. Robię takie rzeczy codziennie. W ciemności. Zwykle sama. I jeśli dopisuje mi szczęście, łączy się to z bieganiem, krzykiem i gwałtownym zetknięciem mojej stopy z czyimś brzuchem.
Łak pokazał w uśmiechu płaskie, kwadratowe zęby.
– Lubisz swoją pracę, prawda?
Odwzajemniłam się uśmiechem.
– Jak cholera.
Szarpnęło podłogą i drzwi się otworzyły. David zaczekał, żebym wyszła pierwsza; znalazłam się w olbrzymim pomieszczeniu na ostatnim piętrze o powierzchni całego budynku. Przez całościenne okna wpadały promienie zachodzącego słońca i lśniły na porozrzucanych materiałach budowlanych. Za oknami błyskała szarością rzeka Ohio. Po wykończeniu będzie z tego wspaniały apartament. Łaskotało mnie w nosie od zapachu kantówek i szlifowanego gipsu; kichnęłam.
David rozglądał się gorączkowo.
– Halo? Pani Bryant? – Po pomieszczeniu rozniósł się echem jego głęboki głos. – Jestem David. David Hue z Łaczych Ubezpieczeń. Przyprowadziłem ze sobą asystentkę. – Obrzucił moje obcisłe dżinsy, T-shirt i czerwoną skórzaną kurtkę pogardliwym wzrokiem. – Pani Bryant?
[1] 2 3 5 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Pył Ziemi
Rafał Cichowski

24 III 2017

Prezentujemy fragment powieści Rafała Chichowskiego „Pył Ziemi”. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Sine Qua Non.

więcej »

Idealny stan
Brandon Sanderson

17 III 2017

Zamieszczamy fragment mikropowieści Brandona Sandersona „Idealny stan”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa MAG.

więcej »

Legion
Brandon Sanderson

16 III 2017

Zapraszamy do lektury fragmentu mikropowieści Brandona Sandersona „Legion” wchodzącej w skład tomu pod tym samym tytułem. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MAG.

więcej »

Polecamy

Czy można wyrosnąć z Tomka?

Wilmowski po latach:

Czy można wyrosnąć z Tomka?
— Wojciech Gołąbowski

Wyprawa ratunkowa jak wycieczka krajoznawcza
— Wojciech Gołąbowski

Dla czytelnika dorastającego z bohaterem
— Wojciech Gołąbowski

W nieznane, ale z kobietami
— Wojciech Gołąbowski

W klimatach szpiegowskich
— Wojciech Gołąbowski

Tajemniczo, ale i irytująco
— Wojciech Gołąbowski

Ło Indianerach
— Wojciech Gołąbowski

Mniej encyklopedii, więcej akcji
— Wojciech Gołąbowski

Początek średnio udany
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Czerwiec 2011
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Konrad Wągrowski

Dłużyzny były? Były.
— Anna Kańtoch

Po pomidorowej zagładzie
— Anna Kańtoch

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.