Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Pył Ziemi

Esensja.pl
Esensja.pl
Rafał Cichowski
[1] 2 »
Prezentujemy fragment powieści Rafała Chichowskiego „Pył Ziemi”. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Sine Qua Non.

Rafał Cichowski
‹Pył Ziemi›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPył Ziemi
Data wydania29 marca 2017
Autor
Wydawca Sine Qua Non
ISBN978-83-7924-781-3
Format320s. 135×210mm
Cena36,90
Gatunekfantastyka
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 30,97 zł
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj w
Zobacz w
I
#nofilter
Możecie zaczynać.
Dziewczyna zapowiada kapelę i zostawia ją na pożarcie widowni. Na tle bezładnych uderzeń w puste struny słychać jedno nerwowe chrząknięcie. Głęboki oddech. W kilku słowach wokalista wyjaśnia, kim są, dlaczego tu są i jak się nazywa utwór, który za chwilę zagrają. Jego przytłumiony głos odbija się echem od ścian. „Zniknę. Powiedziałem ci i jeszcze raz powtórzę”. Ochrypnięty dźwięk rodzi się w gardle, wydostaje na zewnątrz, przedziera przez kiepski mikrofon i splątany kabel, przebija ścianę szumu, przenosi się tysiąc lat do przodu i dociera do mnie w całej swojej pozbawionej niskich częstotliwości, ledwie czytelnej chwale.
– (Znów tego słuchasz?)
Nie wiem nic o tym zespole. Nie chcę wiedzieć. Lubię sobie wyobrażać, że to zbieranina chłopaków znikąd, a to ich pierwszy publiczny występ. Przebyli cały świat, wydali ostatnie pieniądze, by tu się znaleźć, i jeśli to spieprzą, zapowietrzą się, stracą wszystko. Nawet marzenia. Ale nic takiego nie ma miejsca. Szorstki głos nabiera siły, uderzenia w instrumenty stają się coraz pewniejsze i bardziej precyzyjne. Utwór rozpędza się i przy drugim refrenie eksploduje emocjami prosto w twarze niewzruszonej widowni. Magia trwa dokładnie przez trzy minuty i dwadzieścia osiem sekund. Gdy kończą, sala odpowiada im brawami, zagłuszając podziękowania wokalisty. Oczywiście to wszystko może być kłamstwem, ale to bez znaczenia. Ja wolę swoją wersję. Moja wersja jest wszystkim, w co chcę wierzyć, dlatego zablokowałem sobie dostęp do opisu tego występu w bazie wiedzy. I w ten sposób moje kłamstwo stało się prawdą.
– (Mogę ci powiedzieć, kto to nagrał. Chcesz?)
Zawsze drażni się ze mną, gdy odtwarzam ten utwór. Nie dziwię się jej – słyszała to już tak wiele razy. Ale obiecałem sobie, że tylko te dźwięki mogą przywitać mnie na Ziemi. Wyobrażałem sobie tę chwilę tak często, że zajechałem moją wewnętrzną taśmę, zdarłem ją do białego szumu i nie czuję już nic. Nieważne. Jesteśmy tu. Naszą opowieść o wieczności spędzonej w mroku wieńczy blada błękitna kropka.
Spadam, nagi i otoczony ciemnością. To mój ulubiony sposób podróżowania, gdy ściany kapsuły stają się przezroczyste, a ja po prostu dryfuję przez przestrzeń. Podnoszę głowę, wyginam ciało w łuk i sięgam przed siebie. Ziemia staje się coraz większa, chociaż wciąż mogę zasłonić ją całą środkowym palcem. Włączam sztuczną grawitację, żeby poczuć to każdą komórką ciała. System symuluje szum i opór powietrza. Zabójczy pęd wpycha mi oddech z powrotem do płuc, zmrużone oczy napełniają się łzami. Muzyka łupie coraz głośniej, przekrzykując się z wyciem wirtualnego wiatru. W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku, co nie oznacza, że nie może tu być głośno od dobrego rock and rolla.
I jej śmiechu.
– (Jeszcze pięć godzin i będziemy na miejscu. Jednak jesteś stuknięty) – informuje mnie, próbując zachować rzeczowy ton, jak na dowódcę misji przystało.
Pięć godzin. W porównaniu z drogą, którą przebyliśmy, to nawet nie mrugnięcie. Nieskończona ilość zer po przecinku. Gdy ponownie otwieram oczy, Ziemia jest już na wyciągnięcie ręki. Praktycznie mogę dotknąć jej mokrej, błękitnej powierzchni, zamieszać palcem obłoki i rozpętać huragan gdzieś nad Pacyfikiem. Muzyka gaśnie. Wokół mnie pojawiają się jednolicie białe ściany. Opadam na podłogę i ruszam w kierunku mostka. Jej kapsuła wyprzedza moją. Ustawia się w jednej linii przed dziobem mojego statku, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Nie mieliśmy kontaktu z Ziemią przez cały ten czas. Być może atmosfera stała się tak toksyczna, że pancerze zaczną się topić podczas zderzenia, a ziemskie systemy obronne wykryją naszą obecność i przywitają nas salwy z czegoś śmiercionośnego, cokolwiek tam trzymają pod ręką. Ale najbardziej prawdopodobne jest, że nikogo tu już od dawna nie ma. Puste, ciche zagęszczenie materii na zadupiu Laniakei. Wcale nie tak wyjątkowe, jak się nam wydawało przez setki tysięcy lat. Jedynym prawdziwym zagrożeniem są tony śmieci wirujące dookoła. Satelity, sztuczne kolonie i efekty stuleci nieudanych eksperymentów mających pozwolić ludziom zapanować nad klimatem. Wszystkie dawno dezaktywowane, powoli opadają, by spalić się w atmosferze. Ale układ to układ. Ja przeleciałem dla niej przez pierwszy most. Teraz jej kolej ryzykować życie. Co jednak nie świadczy o tym, że muszę iść na łatwiznę.
– (Tryb manualny? Naprawdę?)
– (Nie wyobrażam sobie tego inaczej. Pozwolić się prowadzić przez system? Miękko lądować na Ziemi? To byłoby w złym guście).
– (Wiesz, co byłoby naprawdę w złym guście? Przebyć wszechświat i zginąć na ostatnim kilometrze) – odpowiada i też wyłącza zdalne sterowanie.
Przyspiesza tak gwałtownie, że praktycznie tracę ją z oczu. Wedle wszystkich protokołów, obyczajowych standardów i zasad zdrowego rozsądku zachowujemy się w tym momencie jak para nieodpowiedzialnych idiotów – co do tego mamy zupełną jasność – ale trudno zapanować nad emocjami po całej wieczności spędzonej w drodze, gdy chwila, w którą już dawno przestaliśmy wierzyć, nagle przychodzi. W naszych podrasowanych ciałach i stymulowanych mózgach, pod siecią nanoprzekaźników, narzędzi diagnostycznych i obwodów awaryjnych wciąż kryje się ten sam człowiek, który przez większość historii gatunku płakał ze smutku i śmiał się, gdy odczuwał radość. Im dłużej jesteśmy pozostawieni sami sobie, ten człowiek coraz częściej daje o sobie znać. Dlatego przysięgam, że gdybym miał tu teraz alkohol, wlałbym go sobie do ust i na głowę. Zapaliłbym cygaro. Przybił piątkę z przyjacielem. Rzucił się w ramiona osoby, którą kocham. Manifestował radość, mając gdzieś protokoły. Oczywiście, jestem w stanie zmusić moje ciało, żeby poczuło się nawalone, ale to nie jest najlepszy moment. To, co mogę w tym momencie zrobić, to przyspieszyć.
Wpadamy w atmosferę. Najpierw ona, później ja. Jeśli jest tam ktoś na dole i patrzy w niebo, może właśnie dostrzec dwie czerwone smugi rozdzierające błękit, schodzące coraz niżej i znikające za horyzontem, nad którym majaczy oślepiająca kula ognia. W jej pomarańczowym blasku wiruje suchy pył.
– (Gdzie chcesz lądować?) – pytam, nurkując w gęste obłoki.
– (Gdziekolwiek… Nawet nie wiemy, od czego zacząć, więc równie dobrze możemy…)
Jej kapsuła uderza w szpiczastą konstrukcję, przebija się przez nią na wylot, traci panowanie i zaczyna wirować wokół własnej osi.
– LILO! – krzyczę, zmieniając kurs ułamek sekundy przed uderzeniem.
Z głębi szarych chmur napierają na mnie dziesiątki strzelistych wież. Podążam za nią, lawirując pomiędzy białymi słupami, ocierając się o ich powierzchnię, unikając kolizji tylko dzięki refleksowi, o który się od dawna nie podejrzewałem. Tysiąc myśli na sekundę. Ale nie mogę się zdekoncentrować. Nie teraz. Jej kapsuła odbija się od kolejnych wież, na chwilę wznosi, jakby udało jej się odzyskać kontrolę, po czym ponownie pikuje, kończąc swój lot w gęstym lesie.
– Lilo! – wołam znowu.
Bez odpowiedzi. Wysuwam skrzydła, sadzam miękko statek w wąwozie pełnym połamanych drzew i wybiegam na zewnątrz. Bez sprawdzenia składu powietrza, bez zeskanowania otoczenia w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. A także bez gaci.
Ona na szczęście już tam na mnie czeka. Rozgląda się, sprawdzając uszkodzenia pancerza. Gdy odwraca wzrok, dostrzega mnie stawiającego niepewne kroki na świeżo zaoranej ziemi, przedzierającego się nago przez zdewastowany las jak jakieś zwierzę, nieporadna, pozbawiona futra małpa, która jedyne, co potrafi, to wybełkotać jej imię.
– Lilo… – mówię, nabierając w płuca głęboki haust powietrza, które okazuje się czyste, chłodne, wypełnione tysiącem zapachów tak silnych, że muszę je wytłumić, by nie stracić przytomności od tego natłoku autentycznych, nie symulowanych doznań. Ale to wszystko nieważne, ważne jest to, że nic jej się nie stało.
Stajemy naprzeciw siebie. Bez słowa. Po raz pierwszy od początku naszej podróży obcując ze sobą fizycznie. Chwytam jej dłoń, żeby poczuć ciepło jej ciała między palcami, zetknąć ze sobą te organiczne formy przechowujące nas w środku w prehistorycznym geście jedności, który może się wydawać ckliwy albo śmieszny, ale według mnie jest jedynym sensownym sposobem, aby dać jej do zrozumienia, że to był jednak kretyński pomysł i nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało. Ona przyciąga mnie do siebie i mocno obejmuje. Czuję bicie jej serca i moje własne, które bezwiednie synchronizuje się z jej.
– (Rez).
– Powiedz to na głos – szepczę, odwzajemniając uścisk.
– Rez – wypowiada moje imię.
[1] 2 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Każde martwe marzenie
Robert M. Wegner

3 XI 2017

Prezentujemy fragment powieści Roberta M. Wegenra „Każde martwe marzenie”. Książka będąca piątym tomem cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” ukaże się nakładem wydawnictwa Powergraph w pierwszej połowie 2018 roku.

więcej »

Niepełnia
Anna Kańtoch

1 X 2017

Zamieszczamy fragment powieści Anny Kańtoch „Niepełnia”. Objęta patronatem Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Różaniec – fragment 2
Rafał Kosik

10 IX 2017

Zapraszamy do lektury drugiego fragmentu powieści Rafała Kosika „Różaniec”. Objęta patronaterm Esensji książka ukazała się nakładem wydawnictwa Powergraph.

więcej »

Polecamy

Tropem jednorożca

Po trzy:

Tropem jednorożca
— Beatrycze Nowicka

Inteligentne i inspirujące
— Beatrycze Nowicka

Za Stumilowym Lasem i Doliną Muminków
— Beatrycze Nowicka

Blask jasnych łun
— Beatrycze Nowicka

Dla niefantastów lubiących wyzwania
— Beatrycze Nowicka

Fantastyczne antologie
— Beatrycze Nowicka

Nie tylko wiedźmin
— Beatrycze Nowicka

Zobacz też

Inne recenzje

Wideoklip albo Lilo, której nie było
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.