Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Esensja czyta: Luty 2013

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 »
Osiem i trzynaście to liczby owiane symboliką, ale tu oznaczają prozaicznie ilu autorów ile książek opisało w lutowym przeglądzie naszych lektur.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jarosław Loretz [40%]
Powieść z pewnością czyta się szybko, co jest jej niewątpliwym, choć tak po prawdzie jedynym atutem. Cała reszta… No cóż. Akcja „Gry w pochowanego” jest zlepiona znośnie, choć nie zachwyca bogactwem rozwiązań i co pewien czas grzęźnie na nieciekawych mieliznach. Dialogi zauważalnie zalatują tandetą, służąc częściej nabijaniu objętości książki, niż posuwaniu naprzód akcji czy budowaniu postaci. W dodatku pomysł na fabułę mocno trąci znanym nam na co dzień z prasy sekciarstwem i tak naprawdę jest daleki od futurystyki, nawet jeśli autor szpachlował, gdzie mógł, akcentami sf (loty kosmiczne i rozrośnięte do monstrualnych rozmiarów miasta). Wszystkie powyższe mankamenty psują przyjemność płynącą z lektury, aczkolwiek ich szkodliwość jest raczej tej miary, co obecność piasku w sałatce warzywnej: coś tam szoruje po zębach, ale przełknąć w sumie się daje. Co innego, gdy w sałatce przypadkiem trafi się ślimak. A w tej książce jest taki ślimak. Nazywa się psychologia postaci. Jest on wielki, tłusty i co i rusz staje kołkiem w gardle, że wspomnę na przykład scenę, gdy czytelnikowi objawiona zostaje „miłość” głównego bohatera do jego współpracownicy. Taka ni z gruszki, ni z pietruszki. Ot, w jednej scenie panuje zwyczajna obojętność, a za moment – pach! – uczucie po grób. Może nie jest to aż taka katastrofa, jak na przykład w praktycznie grafomańskim „Brakującym ogniwie” Janusza Płońskiego i Macieja Rybińskiego, ale mimo wszystko autor ma przed sobą jeszcze wiele nauki, jeśli chce pisać naprawdę dobre powieści.
WASZ EKSTRAKT:
70,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Joanna Słupek [70%]
Powieść deWitta trudno zwięźle opisać. Antywestern? Trochę tak, ale nie do końca. Uwspółcześniony moralitet? Też by pasowało, ale nie całkiem… Może poprzestańmy na stwierdzeniu że to dobra literatura (co nikogo nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę listę zdobytych nagród literackich i nominacji do nich – w tym nominację do Nagrody Bookera).
Historia z pozoru jest prosta: w połowie XIX wieku, gdy gorączka złota w Kaliforni trwa w najlepsze, dwóch braci, Eli – narrator – i Charlie Sisters (czyli słowami jednej z napotkanych przez nich postaci „ten gruby i ten wredny”), zabójcy na usługach niejakiego Komandora z Oregonu, wyruszają do Sakramento, gdzie mają zabić Hermanna Warma, który jakiś czas wcześniej okradł ich szefa. Jednak podróż braci przeciąga się z najróżniejszych powodów – między innymi ukąszenia pająka, klątwy starej kobiety (!), prozaicznego odsypiania kaca czy polowania na rudą niedźwiedzicę – a gdy w końcu dotrą do celu okaże się że zlecenie nie jest tak proste jak się z początku zdawało.
Siłą powieści nie jest jednak jej akcja, a dająca się odczytać z narracji przemiana Eliego. Z początku ślepo podąża za bratem, jednak pod wpływem kolejnych wydarzeń zaczyna coraz śmielej myśleć o usamodzielnieniu się, a w końcu przejmuje przywództwo – choć trzeba przyznać nie obyło się bez zmuszających go do tego okoliczności.
Na koniec muszę jednak zaznaczyć że chwilami język powieści budził we mnie uczucie dysonansu – z jednej strony bracia Sisters nie są ludźmi wykształconymi, z drugiej zarówno w narracji jak i w dialogach zdarzają się określenia typu „zająłem się samogwałtem” czy „muszę iść do toalety” (w obozie w środku lasu!), trudno mi jednak stwierdzić czy winić za to należy autora czy raczej polskiego tłumacza.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Beatrycze Nowicka [90%]
Od czasu do czasu nachodzi mnie myśl, że przeczytałam za dużo fantastyki i przez to straciła ona swój urok – podczas lektury nieustannie włącza się kontrolka „to już było”. Niemal zawsze jednak w takich momentach pojawia się książka, która udowadnia, że najlepsi pisarze potrafią oszałamiać swoją wizją pomimo wyeksploatowania konwencji. Takim autorem okazał się Ian McDonald. Przedstawiona w „Rzece bogów” wizja Indii XXI wieku olśniewa i zadziwia. Kusi, by nazwać ją cyberpunkową, ze względu na tematykę, obraz społeczeństwa, czy część wątków, jednak McDonald śmiało wkracza na szersze pole – choćby włączając takie elementy jak znaleziony na asteroidzie tajemniczy obiekt. Zawarte w powieści bogactwo pomysłów oszałamia. Oczywiście wiele z nich stanowi typowe, wręcz nieodzowne elementy (sztuczne inteligencje, wszczepy do komunikacji z komputerem), niektóre pojawiły się gdzieś indziej (Tabernakulum kojarzy mi się z Grobowcami Czasu z „Hyperiona”), tylko kilka wydało mi się zupełnie świeże (inteligentna telenowela, „odwrócony” awatar), jednak sposób ich kompilacji robi wrażenie, zwłaszcza, gdy wszystko rozgrywa się w Indiach, będących tu czymś znacznie więcej niż tylko egzotycznym i bogatym tłem. McDonald dba o szczegóły, ale nimi nie przytłacza. Plastyczne, choć nie kwieciste opisy wpasowują się w nerwowy rytm powieści. Obraz świata jest wyrazisty, ostry, rysowany zdecydowaną kreską, przy tym nie sprawia wrażenia powierzchownego i wybiórczego potraktowania tematu. Fabuła rozkręca się wolno – wydaje się, że początkowo większy nacisk kładziony jest na przedstawienie miejsca akcji i licznych postaci. Potem wydarzenia przyspieszają, bohaterowie nabierają głębi, wątki zaczynają się splatać. McDonald znakomicie panuje nad literacką materią, idealnie dobiera formę do treści. Jego wizja jest pełna rozmachu, błyskotliwa, żywotna, a przy tym spójna. Nie brakuje tu także ciekawych refleksji – jak choćby ta, w jaki sposób sztuczne inteligencje mogłyby postrzegać świat materii. Autor zdaje się też nie tworzyć swoich postaci według odgórnych założeń odnośnie ich moralności, pozwala okolicznościom wydobywać z nich ciemne i jasne strony, nierzadko każąc czytelnikowi przewartościowywać swoje oceny. Wątek jednego z bohaterów pozwolił mi nieco lepiej zrozumieć mechanizm, dzięki któremu tak zwani porządni i poukładani ludzie zmieniają się w morderców. Ciekawe są także „portrety” sztucznych inteligencji – nie podpadają pod żaden schemat, łączą w sobie elementy wszystkich podejść do tematu i jednocześnie wykraczają ponad nie, są poza moralnością i nie poddają się łatwym ocenom. Podobnie zakończenie – ani programowo ponure, ani optymistyczne, wydaje się dzięki temu bliższe „rzeczywistemu” biegowi spraw. McDonald czerpie pełnymi garściami z konwencji, gra na niej, ale też wykracza poza nią. Są takie książki, po których lekturze czuję, że ich niepoznanie byłoby stratą. „Rzeka bogów” jest jedną z nich. To najlepsza powieść fantastyczna, jaką przeczytałam w ciągu ostatnich kilku lat.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Joanna Kapica-Curzytek [80%]
To powieść, która doskonale trafia w sedno naszych współczesnych lęków i niepokojów. Hari Kunzru stworzył w „Transmisji” świat płynnej nowoczesności, który tak dobrze znamy z naszych doświadczeń – pełen chaosu, rozmyty, rozproszony i stale w ruchu. Arjun Mehta, informatyk z Indii wyjeżdża do USA, do wymarzonej pracy. Wydaje się, że może na tym tylko skorzystać. Jednak realia, z którymi się zetknął są zupełnie inne od tego, co miał tam zastać i co znał do tej pory. Nie może się odnaleźć w społeczności, w której brak więzi i trwałych zobowiązań w pracy, odpowiedzialność jest rozproszona, a związki uczuciowe są przelotne i nietrwałe. Brytyjski biznesmen Guy Swift to wolny od trosk o przyszłość kosmopolita, ale przede wszystkim – egoista i hedonista. I hinduska aktorka Leela Zahir. Nie znają się wzajemnie, należą do całkowicie różnych światów, ale będą mieć na siebie silny wpływ i nawzajem zmienią swoje życie. Ta pasjonująca książka pozwala lepiej zrozumieć nasze współczesne społeczeństwo, które jest siecią i systemem naczyń połączonych, w którym nie ma nic trwałego, a dzień jutrzejszy będzie już zupełnie inny niż dzisiejszy, a w dodatku całkowicie nieprzewidywalny.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jacek Jaciubek [40%]
Podszedłem do powieści Lindqvista z dużym zapałem, który szybko się ze mnie ulatniał, a z początkowego zainteresowania niewiele pozostało. Książka jest rozbita na trzy równolegle prowadzone wątki i opowiada o ludziach, do których wracają zmarli. Zdecydowanie najciekawsza wydaje się część opowiadająca o mężczyznie, którego żona ginie w wypadku, potem natychmiast ożywa, a on nie wie jak poradzić sobie z opieką nad ich synkiem. Jak na złość na ten wątek autor przeznaczył najmniej miejsca, najbardziej za to eksponując znacznie mniej interesujący, przedstawiający podstarzałego dziennikarza i jego córkę, których łączy skomplikowana relacja. Oboje nie potrafią bowiem poradzić sobie ze stratą syna kobiety. Mężczyzna bywa niestety irytujący, a jego obsesyjne dążenie do ochrony bądź co bądź martwego dziecka nieco niezrozumiała. Opowieść Lindqvista jest momentami nużąca, choć czytelnik dostaje dość szeroki obraz dramatycznych zdarzeń zachodzących w Sztokholmie pełnym ożywionych zmarłych. Niestety jak rzadko korciło mnie cały czas, by przewracać po kilka stron do przodu i zerkać, co będzie dalej. Najdziwniejsze jednak autor zachował na sam koniec. Być może moje wątpliwości wynikają po części z braku wiedzy na temat wierzeń i mitologii skandynawskiej, a po części z kiepskiego przedstawienia tematu. W każdy razie po przewróceniu ostatniej kartki pozostało w mojej głowie mnóstwo znaków zapytania: kim był Wodnik? dlaczego zmarli w ogóle wrócili? dokąd odeszli? kto dybał na ich dusze? dlaczego matka oddała ciało synka morzu w końcowej scenie? czym były larwy spadające z nieba? dlaczego to wszystko działo się tylko w Sztokholmie? Czy te znaki zapytania oznaczają, że nic z tej powieści nie zrozumiałem? Kto wie…
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jacek Jaciubek [20%]
Wydawanie książek opublikowanych po raz pierwszy przed ponad wiekiem i ocenianie ich wiąże się z wieloma problemami, o czym pisałem już przy okazji recenzji „Tajemnicy Edwina Drooda”. Aleksander Krasnicki, posługujący się pseudonimem Ławrow, jeden z ojców rosyjskiego kryminału, swego czasu cieszył się wielką popularnością w swoim kraju, a jego książki rozchodziły się ogromnych nakładach. Na dzisiejszy odbiór dzieła nie musi mieć to jednak wcale wielkiego wpływu.
Powieść „W otchłani Imatry” przypomina rybi szkielet obrany z mięsa, czyli ze wszystkich smakowitych kąsków, do których współcześni czytelnicy są przyzwyczajeni. Brakuje tu więc tła historycznego, społecznego, geograficznego (rzecz mogłaby się dziać gdziekolwiek, gdzie jeżdżą dorożki), warstwa narracyjna jest niezwykle uboga, przejścia pomiędzy scenami są błyskawiczne, a całość pozbawiona uroku i nastroju.
Postaci, zwłaszcza kobiece, przedstawiono stereotypowo do bólu (Maria jest tak nierozgarnięta i naiwna, że aż sama się prosi o kłopoty), a intryga kryminalna grubymi nićmi szyta i w dodatku średnio zajmująca, bo jej rozwój jest niezwykle łatwy do przewidzenia. Do tego mamy tu kilka zupełnych absurdów: podrzucony do przedziału wagonu wąż zabija wybraną osobę, drugiej nawet nie ruszając; pewien młodzieniec daje się łatwo namówić na popełnienie samobójstwa; jeden z przestępców okazuje się znakomitym aktorem, a jednocześnie poliglotą i doskonałym nauczycielem języków. Nie wiadomo też, co przyjdzie złoczyńcom z ożenku z Marią – w jaki właściwie sposób planowali przejąć jej majątek? I czy mamy wierzyć, że jej obrzydliwie bogaty ojciec nie pozostawił po sobie testamentu? Detektyw Kobyłkin, jak się przyjęło w gatunku, na koniec wyjaśnia przebieg sprawy ze wszystkimi szczegółami, ale wcześniej nie grzeszy specjalną zmyślnością, a czytelnik znacznie wcześniej od niego domyśla się faktów.
Jeśli zapalonemu czytelnikowi kryminałów w starym stylu nie przejadły się jeszcze książki Agathy Christie, być może nie zawiedzie się sięgając po „W otchłani Imatry”. Dla pozostałych czytelników powieść Ławrowa będzie tylko nudną wycieczką w przeszłość pozbawioną szczególnych atrakcji.
[1] 2 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Mała Esensja: Więcej czarów
Marcin Mroziuk

18 XI 2017

Łatwo się domyślić na podstawie tytułu, że „Zula w szkole czarownic” będzie dla młodych czytelników okazją do obserwowania, jak główna bohaterka poszerza zakres swoich magicznych umiejętności. Najważniejsze jest jednak, że nowa powieść Nataszy Sochy jest lekko napisana i skrzy się humorem.

więcej »

Ciemni coś ci jaśni
Beatrycze Nowicka

17 XI 2017

„Ciężko być najmłodszym”, czyli pierwszy tom trylogii „Książę ciemności” to pozycja przede wszystkim dla naprawdę zagorzałych wielbicieli humorystycznej fantasy ze wschodu.

więcej »

Pewne książki należy przeżuwać
Joanna Sapa

16 XI 2017

Rok 1890, Londyn. Uliczny kram z książkami, kawiarnie tonące w dymie z cygar, małe drukarnie, miłość sprzed lat i niemal szpiegowska intryga – oto początek niezwykłej wyprawy dwóch bukinierów po cenny rękopis. W najnowszej powieści Matthew Pearla „Złodzieje książek” tajemnica miesza się z przyjaźnią, pragnienie ze strachem, a prawda z fałszem.

więcej »

Polecamy

Inteligentne i inspirujące

Po trzy:

Inteligentne i inspirujące
— Beatrycze Nowicka

Za Stumilowym Lasem i Doliną Muminków
— Beatrycze Nowicka

Blask jasnych łun
— Beatrycze Nowicka

Dla niefantastów lubiących wyzwania
— Beatrycze Nowicka

Fantastyczne antologie
— Beatrycze Nowicka

Nie tylko wiedźmin
— Beatrycze Nowicka

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja czyta: Lipiec 2016
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Indianie, do jasnej ciasnej!
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Dekonstrukcja Dzikiego Zachodu
— Bartłomiej Krzysztan

Sentymentalny antywestern
— Kamil Armacki

Route 66 nie istnieje, ale zawsze warto się nią przejechać
— Konrad Wągrowski

O miłości i śmierci po rosyjsku
— Anna Kańtoch

Gliniarz z Eurocity
— Beatrycze Nowicka

Esensja czyta: Czerwiec 2011
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Konrad Wągrowski

Cybernetyczna Kali
— Jakub Gałka

Per aspera ad finał
— Anna Kańtoch

Z tego cyklu

Październik 2017
— Miłosz Cybowski, Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka, Konrad Wągrowski

Wrzesień 2017
— Dominika Cirocka, Dawid Kantor, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka

Sierpień 2017
— Dominika Cirocka, Miłosz Cybowski, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Joanna Słupek, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Lipiec 2017
— Dominika Cirocka, Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Katarzyna Piekarz, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Czerwiec 2017
— Miłosz Cybowski, Dawid Kantor, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk

Maj 2017
— Miłosz Cybowski, Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Katarzyna Piekarz

Kwiecień 2017
— Dominika Cirocka, Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch

Marzec 2017
— Dawid Kantor, Daniel Markiewicz, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Luty 2017
— Przemysław Ciura, Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Styczeń 2017
— Miłosz Cybowski, Dawid Kantor, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Tegoż twórcy

Ciemna strona Księżyca
— Dawid Kantor

Niepełnia Księżyca
— Przemysław Ciura

Nie tak wielki skok
— Dawid Kantor

Księżyc to za mało
— Beatrycze Nowicka

Będziemy żyć w cyberpunku?
— Anna Kańtoch

Podróżować jest bosko
— Beatrycze Nowicka

Przeczytaj to jeszcze raz: Zgubić się i odnaleźć pod gwiazdami
— Beatrycze Nowicka

Dekonstrukcja Dzikiego Zachodu
— Bartłomiej Krzysztan

Sentymentalny antywestern
— Kamil Armacki

Radość czytania
— Beatrycze Nowicka

Tegoż autora

Nie tak ładnie pachniesz
— Konrad Wągrowski

Ciemni coś ci jaśni
— Beatrycze Nowicka

Dobry i Niebrzydki: Czeska babcia w roli Kaja
— Piotr Dobry, Konrad Wągrowski

Esensja ogląda: Listopad 2017 (3)
— Jarosław Loretz, Kamil Witek

Kajtek i jego magiczny miecz
— Beatrycze Nowicka

Słuchaj i patrz: Trochę humoru
— Beatrycze Nowicka

Rezydencjonalna duchota
— Jarosław Loretz

Z filmu wyjęte: Przenośny karmnik
— Jarosław Loretz

Roślina czy zwierzę albo ból biologa
— Beatrycze Nowicka

Po trzy: Inteligentne i inspirujące
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.