Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 października 2017
w Esensji w Esensjopedii

Spacerując ścieżkami wyobraźni

Esensja.pl
Esensja.pl
Szósty tom antologii „Kroki w nieznane” to bardzo udany zbiór, mieszczący w sobie intrygujące teksty.

‹Kroki w nieznane. Almanach fantastyki 2010›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKroki w nieznane. Almanach fantastyki 2010
Data wydania7 grudnia 2010
PrzekładJolanta Pers, Konrad Kozłowski, Martyna Plisenko, Patryk Sawicki, Anna Klimasara
RedakcjaMirosław Obarski
Wydawca Solaris
CyklKroki w Nieznane
ISBN978-83-7590-064-4
Format550s. oprawa twarda
Cena55,99
Gatunekfantastyka
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 45,97 zł
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj w
Zobacz w
Do tej pory słyszałam wiele dobrego o antologiach z serii „Kroki w nieznane”, ale nie miałam okazji, by zapoznać się z którąś z nich. Do czasu, gdy całkiem niedawno w moje ręce trafił zbiór z 2010 roku.
Przyglądając się „Krokom…” nie umiem dostrzec klucza łączącego wszystkie prezentowane utwory – owszem, zdecydowanie przeważają opowiadania SF, nie ma natomiast żadnego typowego fantasy, niemniej zarówno tematyka, jak i forma są różnorodne. Pozostaje uznać, że o wyborze zdecydowała jakość tekstów (warto zaznaczyć, iż niektóre opowiadania zostały nagrodzone), ich świeżość i wyrazistość.
Zbiór otwierają „Rzeczy” Petera Wattsa, zgrabne i sprawnie napisane. Niestety nie widziałam filmu, do którego się odnoszą, ani tym bardziej nie czytałam opowiadania, którego był ekranizacją, stąd nie mogę oceniać zawartych tam odniesień i smaczków. Próba przedstawienia sposobu myślenia obcego jest całkiem zabawna, jednak efekt końcowy jakoś szczególnie nie zaskakuje.
Dla odmiany w przypadku Strossa fakt, iż znam „Stan wstrzymania” zadziałał na niekorzyść, z uwagi na nieco zbyt liczne podobieństwa. „Stan…” był wprawdzie SF dziejącym się w niedalekiej przyszłości, a „Betonowa dżungla” zasługuje bardziej na miano urban fantasy, jednak klimat całej opowieści pozostaje podobny. Tu i tam mamy tajną organizację służącą zapobieganiu kryzysom (w „Dżungli” kryzysy te są natury demonicznej), skacowanego pracownika, który musi rozwikłać zagadkę natury kryminalnej, dzielną panią policjant, zagrożenie związane z wykorzystaniem przez niewłaściwe osoby zaawansowanych technologii, co najważniejsze zaś – satyrę na wszelkie biura i korporacje, a także wewnątrzfirmowe intrygi. W przeciwieństwie natomiast do „Stanu…”, „Betonową dżunglę” czyta się o wiele płynniej i przyjemniej, co wskazuje na duży udział tłumacza w uczynieniu powieści Strossa wyjątkowo ciężką w lekturze (aczkolwiek w „Dżungli…” pojawia się także wpadka w postaci „Wielkich Starych”). To chyba najlżejsze opowiadanie zbioru – sporo tu humoru i wartkiej akcji.
„Mrożona panna młoda” pomimo mało poważnego polskiego tytułu jest tekstem poruszającym ważniejsze tematy. Jest to jedno z opowiadań opartych na koncepcie i choć wątek, nazwijmy go „science”, z nauką nie ma nic wspólnego, tekst prowokuje do przemyśleń i zwyczajnie porusza. Pomysł na szpitalo-kostnicę, nazywaną biurem matrymonialnym, w której zamrożone ofiary wypadków czekają na mężczyzn, gotowych zapłacić za ich terapię w zamian za małżeństwo, desperacja budzonych na czas rozmowy z potencjalnym mężem kobiet, wyrachowanie klientów, doskonale wiedzących, że dla wielu „narzeczonych” żadna cena za nowe życie nie będzie zbyt wysoka – wszystko to robi wrażenie. Oprócz tego „Mrożona panna młoda” opowiada o więziach międzyludzkich.
Innym tekstem poruszającym się w podobnym kręgu tematycznym, również obliczonym na wywołanie silniejszych emocji i zawierającym trafne portrety bohaterów jest „Warunkowa miłość” Felicity Shoulders. Tu również pojawia się motyw technologii medycznej, która doprowadziła do wynaturzeń. Autorka zabiera czytelnika do szpitala, gdzie leczone są dzieci-ofiary nieudanych modyfikacji genetycznych, najczęściej porzucone prze własnych rodziców po tym, jak okazało się, że zamiast geniusza otrzymali kalekę. Shoulders oszczędnie operuje dialogiem, zaledwie szkicuje pewne fakty – to w zupełności wystarczy, obraz pozbawionej nóg dziewczynki czy chłopca z zaburzeniami pamięci epizodycznej jest wystarczająco dramatyczny. Do tego dochodzi także kwestia decyzji podjętej przez lekarkę.
Ostatnim opowiadaniem wpisującym się w ten nurt jest „Boża maszyneria” Kosmatki – dla mnie najbardziej poruszający tekst antologii. Sławny fizyk zmarł przedwcześnie, nie zdążywszy ukończyć prac nad teorią w przyszłości mogącą posłużyć do konstrukcji nowego rodzaju napędu. Zdecydowano się go sklonować, jednak klony nie spełniają oczekiwań, obciążone są także wadą (nie chcę zdradzić za dużo, więc na tym poprzestanę). Całość opisana jest z perspektywy mężczyzny opiekującego się kolejnymi „wcieleniami” naukowca. Kosmatka w tym krótkim tekście zdążył zawrzeć miłość, śmierć i wybór – jakkolwiek trywialnie zdaje się to brzmieć tutaj, w „Bożej maszynerii” takie nie jest.
Opowiadaniem traktującym głównie o emocjach jest „Eros, filia, agape” Rachel Swirsky, w teorii historia pewnej bogatej kobiety, która kupiła sobie androida na towarzysza, w praktyce obraz rozpadającej się rodziny. Nie wiem, dlaczego autorka wybrała na swojego bohatera robota – wizja sztucznej inteligencji Luciana jest mało przekonująca, nasuwa się też myśl, że firma produkująca syntetycznych kochanków powinna zadbać o to, by ci przywiązywali się do swoich nabywczyń. Jest jednak wspomniane, że bohaterka sama podarowała swojemu androidowi wolność wyboru. Paradoks kobiecego myślenia – jak wtedy, gdy ona mówi „odpowiedz mi teraz szczerze, czy sądzisz, że jestem gruba?” spodziewając się, że on jednak dla niej skłamie. Sądzę, że Swirsky poprzez wybór bohatera chciała uwypuklić kwestię wolności i posiadania w miłości. „Eros…” to subtelna proza, trudno doszukiwać się tu jakichkolwiek analiz społecznych czy naukowych, trafnie oddaje jednak pewne niuanse związków.
O sztucznej inteligencji już bardziej ściśle opowiada też Chiang w „Cyklu życia oprogramowania”. Chwała autorowi, że odchodzi od najpopularniejszego w SF schematu, gdzie SI pojawia się nagle, w pełni rozwinięta, ewentualnie potrafi uczyć się bardzo szybko. Digienty – bo tak nazywają się cyfrowe istoty – są z początku bardzo ograniczone a do ich intelektualnego rozwoju dochodzi w wyniku wieloletniej pracy pasjonatów. W „Cyklu życia…” poruszone zostaje także wiele innych problemów – status cyfrowych inteligencji, ich potencjalne zastosowania, podejście ich „właścicieli”, relacje, jakie nawiązały się pomiędzy zagorzałymi „hodowcami” a ich podopiecznymi, interpretacja zagadnienia przywracania i kopiowania digientów, odpowiedzialność za nową formę „życia”. Smutna konkluzja jest taka, że ostatecznie powszechne zainteresowanie digientami sprowadza je do roli potencjalnych seksualnych zabawek. Całość jest ciekawa, choć mnie nie poruszyła – trudno zrozumieć ludzi, którzy poświęcają pół życia nowej generacji tamagochi.
SI pojawiają się także w „Wisznu w Kocim Cyrku”– tutaj już zdecydowanie bardziej wszechmocne i rozwinięte. I znów, choć SF sprowadza się tutaj do fantastycznych wizji, dalece wykraczających poza naukę, opowiadanie Iana McDonalda jest tekstem znakomitym, posiadającym niezwykłą siłę wyrazu. Przede wszystkim zwraca uwagę rozmach i egzotyka. Autor „Rzeki bogów” miejscem akcji uczynił Indie i – co najważniejsze – zadbał o to, by mentalność jego bohaterów rzeczywiście różniła się od europejskiej. W tym odmiennym kulturowo świecie umieścił modyfikowane genetycznie dzieci, wspomniane wyżej sztuczne inteligencje (nazywane tu aeai), postludzi i nanotechnologię. Nakreślił obraz świata targanego konfliktami i klęskami, przekraczającego próg technologicznej osobliwości, opisał zmianę i historię, porywającą za sobą ludzkie żywoty. Co ważne, ciekawym pomysłom, interesującym bohaterom (trójka rodzeństwa wydawała mi się pod niektórymi względami podobna do Petera, Endera i Valentine z powieści Carda) towarzyszy także świetny styl. McDonald roztacza przed czytelnikiem niesamowitą wizję, jednak przez większość czasu zachowuje nad nią kontrolę (może za wyjątkiem nieco zbyt chaotycznego końca), tak jakby pisząc dał się unieść nurtowi myśli, ale nie pozwolił, by ten go zatopił. Efekt istotnie psuje nieco tłumaczenie – nie mogłam porównać z oryginałem, ale nie raz pojawiały się niepotrzebne (sądząc z kontekstu) przeczenia, pomyłki w rodzaju użycia przymiotnika „szybki” zamiast „wolny” czy pojęcia „żeńskie komórki rozrodcze”, gdy w istocie chodzi o zapłodnione komórki, zawierające dwa chromosomy X. Na szczęście ogólnemu odbiorowi „Wisznu…” to nie zaszkodziło.
Dwa inne teksty koncentrują się z kolei na motywach i wątkach religijnych, choć podejście jest tutaj mocno niekanoniczne. W „Bożych napędach” Scalziego pokonani bogowie wykorzystywani są w charakterze silników statków kosmicznych. Koncepcja dość szalona, chociaż klimatyczna i barwna – wzbogacają ją też drobne pomysły (moc żelaza i wiary, talenty, gawriłowie, gołębie, funkcja dusz). Uwagę zwracają także bardzo dobre dialogi i zgrabnie nakreśleni bohaterowie, których się naprawdę lubi. Dla odmiany w „Me-gi-do” sam pomysł okazał się jak na moje gusta nazbyt surrealistyczny.
Wreszcie „Feralna sztuka” McLeoda, opowiadanie najbardziej odmienne od pozostałych, bo rozgrywające się podczas drugiej wojny światowej. Bardzo ciekawa proza, nostalgiczna, nastrojowa a przy tym świetnie opowiedziana. Działania wojenne zostały tu przedstawione z interesującej perspektywy – innej niż ta, do której byłam przyzwyczajona. Dla pracującej w lotniczej bazie dziewczyny wojna jest jednocześnie odległa i dramatycznie bliska. McLeodowi udało się przekonująco opisać emocje swojej postaci, nieco przymglone upływem czasu (bohaterka po wielu latach wspomina czasy swojej młodości), z drugiej strony zaś nasycone intensywnością, jaką nadajemy pielęgnowanym przez siebie wspomnieniom.
Mój pierwszy spacer w nieznane okazał się bardzo udany i zachęcił mnie do bliższego zapoznania się z serią. Na koniec – nie mogę nie docenić pracy redaktora, który zadał sobie trud wyszukania, wyboru i pozyskania wartościowych tekstów.
koniec
2 lutego 2013
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Nie ze Sławomirem takie numery
Joanna Kapica-Curzytek

19 X 2017

„Kruk” Piotra Górskiego, powieść kryminalna z wątkiem akademickim, może się spodobać. Dostajemy tu to, co od zawsze lubimy, a tempo i przebieg akcji nie rozczarują.

więcej »

Harry Potter i przeklęta chała
Anna Nieznaj

18 X 2017

Sztuka o potomkach bohaterów legendarnego cyklu nie miała dobrych recenzji, jednak nie spodziewałam się, że jest mnie w stanie aż tak zezłościć.

więcej »

Radosny seks i śmiertelna groza
Joanna Kapica-Curzytek

17 X 2017

Obyczajowych powieści o zderzaniu się kultury Europy z tradycją społeczności o azjatyckich korzeniach jest całkiem sporo. Ale „Pikantne historie dla pendżabskich wdów” wyróżniają się głębokim spojrzeniem na poważne problemy oraz unikalną atmosferą komediodramatu z nutami Kamasutry.

więcej »

Polecamy

Fantastyczne antologie

Po trzy:

Fantastyczne antologie
— Beatrycze Nowicka

Nie tylko wiedźmin
— Beatrycze Nowicka

Zobacz też

Inne recenzje

Esensja czyta: Maj 2011
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Beatrycze Nowicka, Konrad Wągrowski

Kroczmy w nieznane
— Michał Kubalski

Tegoż autora

Mrok, mrok, arcymrok
— Beatrycze Nowicka

O dziewczynie, która chciała wiedzieć
— Beatrycze Nowicka

Moda na krzesanie, odcinki 403-492
— Beatrycze Nowicka

Percepcja jest rzeczywistością
— Beatrycze Nowicka

Ocalić
— Beatrycze Nowicka

Powrót do Czerwonego Londynu
— Beatrycze Nowicka

Wehikuł czasu
— Beatrycze Nowicka

Świat zabawek mechanicznych
— Beatrycze Nowicka

Szpieg z krainy zabójców bogów
— Beatrycze Nowicka

Wideoklip albo Lilo, której nie było
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.