Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 26 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Było kolorowo?

Esensja.pl
Esensja.pl
„Czarny pryzmat”, pierwszy tom cyklu „Powiernik światła” zwraca uwagę ciekawą koncepcją magii. Niestety, Brent Weeks gorzej poradził sobie z psychologią postaci.

Brent Weeks
‹Czarny Pryzmat›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCzarny Pryzmat
Tytuł oryginalnyThe Black Prism
Data wydania23 lutego 2011
Autor
PrzekładMałgorzata Strzelec
Wydawca MAG
CyklPowiernik światła
ISBN978-83-7480-199-7
Format135×202mm
Cena49,—
Gatunekfantastyka
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 46,00 zł
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj w
Zobacz w
Lektura recenzji „Drogi królów” Brandona Sandersona oraz dyskusji pod nią, zwróciła moją uwagę na rozdźwięk na linii, że tak to ujmę w dużym uproszczeniu, dobra literatura – dobre fantasy. Bardzo często bywa on bolączką utworów fantastycznych. Oczywiście najbardziej pożądana sytuacja to taka, gdy owego rozziewu nie ma. Zwykle jednak utwory, których autorzy mieli sporo ciekawych pomysłów na świat przedstawiony, wypadają przeciętnie z czysto literackiego punktu widzenia. Sytuacja odwrotna też się zdarza, aczkolwiek rzadziej. Pojawia się wtedy pytanie, jak oceniać tego rodzaju książki.
„Czarny pryzmat” jest przykładem takiego właśnie fantasy, ciekawego pod względem koncepcji i często kulejącego, jeśli chodzi o takie elementy, jak kreacja bohaterów, dialogi albo niektóre rozwiązania fabularne. Chwilami aż szkoda, że Weeks nie operuje piórem bieglej, co pozwoliłoby mu w pełni rozwinąć potencjał, tkwiący w wykreowanym na potrzeby cyklu świecie i tytułowej postaci.
Głównym „wynalazkiem” autora jest chromaturgia. Wprawdzie magia związana z kolorami pojawiała się już wcześniej (choćby u Gemmella1)), jednak nigdzie nie spotkałam się z tą konkretną mechaniką. Weeks poświęcił wiele wysiłku na jej opracowanie i sporo miejsca na jej przedstawienie. W Siedmiu Satrapiach magowie zwani krzesicielami czerpią moc ze światła, które potrafią przekształcać w substancję zwaną luksynem o właściwościach zależnych głównie od koloru. W zależności od wrodzonych zdolności krzesiciele mogą posługiwać się konkretnymi kolorami, najpotężniejszy z nich, jak nietrudno zgadnąć, potrafi wykorzystywać całe spektrum. Moc ma jednak swoją cenę – jej używanie wyniszcza organizm maga i ostatecznie wpędza go w szaleństwo. Stosujący chromaturgię nie rzucają zaklęć, mogą jedynie tworzyć materię. Sposoby używania tej mocy zostały opisane ciekawie – czytelnik ma okazję poznać dziesiątki mniej lub bardziej oczywistych zastosowań luksynu.
Przyjemnie wypada także opis Chromerii, będącej zarówno szkołą, jak i siedzibą główną krzesicieli. Szklana Lilia, Światłowładcy Spektrum, koloraki, czy wzmianki na temat powiązanej z magią religii – wszystko to stanowi bardzo smakowite szczegóły, o ile komuś nie przeszkadza to, że Weeks traktuje swoją magię bardzo mechanicznie. Mam wrażenie, że od czasu do czasu autorowi zdarzają się potknięcia (czy na pewno w niebieskim świetle żółty przedmiot będzie wyglądał na żółty? Skoro Pryzmat potrafi wyosobnić pożądany przezeń kolor z białego światła, to czemu ma problemy ze zrobieniem tego, gdy zakres widma jest węższy?), niemniej całość zrobiła na mnie dobre wrażenie – rzecz jest nowa i oryginalna.
Reszta nie jest już tak odkrywcza, choć trzeba przyznać, że Weeks w kilku miejscach próbował odwrócić schemat. W „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” Sapkowski wymienia podstawowe szkielety fabularne powieści fantasy – dwa z nich pojawiają się w cyklu Weeksa. Jest więc chłopak, pochodzący z małego miasteczka na uboczu półsierota i bękart, w którym ujawnią się pokłady magicznej mocy, a także władca, tytułowy Pryzmat, którego potęga jest zagrożona. Autor starał się dodatkowo skomplikować fabułę, co samo w sobie może jest dobre, ale niektóre rozwiązania kojarzą się z południowoamerykańskimi telenowelami: skomplikowane relacje rodzinne, zaginieni i odnajdywani krewni, a przede wszystkim wątek sobotwóra i jego zawikłanych relacji z ludźmi, sądzącymi iż jest on osobą, za którą się podszył. „Czarny pryzmat” aż pęka w szwach od nieszczęśliwych miłości, przysiąg zemsty, nieporozumień i sekretów.
Pomimo rozmaitych naciąganych lub przesadnie skomplikowanych założeń, rzecz mogłaby się udać, gdyby Weeks miał lepszą rękę do bohaterów. Niestety, postaci pozostawiają wiele do życzenia. Choćby taki Kip, ów chłopak z wioski. Oto kilka fragmentów: „Słaniając się, wstał mimo płonącej z bólu łydki i łez zamazujących mu widok. Nienawidził siebie. Płakał, bo się przewrócił. Bo był niezdarny. Bo był słaby”, „To znaczy, że mogę rozpalić ogień o tak? Ziuu? – Kip zakreślił szeroki łuk ręką.” Pominę może opis tego, gdy starszy mężczyzna przemywa chłopakowi obtarte kolana, dodam natomiast, że źródłem kompleksów tej postaci jest tusza. Pytanie brzmi, ile lat ma Kip? Otóż piętnaście. Do tego dorastał w państwie spustoszonym przez wojnę, gdzie większość dorosłych mężczyzn zginęła, wszystko podupadło, handel zamarł z powodu licznych bandytów a jego matka była narkomanką, którą Kip starał się opiekować. Sądzę, że w takich okolicznościach piętnastolatek byłby już młodym mężczyzną (i raczej nie miałby problemu z nadwagą). Ponadto, nieszczęśliwe dzieciństwo prawdopodobnie w znacznie większym stopniu ukształtowałoby jego charakter.
Najbardziej dziwaczna w całej powieści wydała mi się scena kłótni z drugim protagonistą – Pryzmatem Gavinem Guile. Guile poświęcił wiele wysiłku, by uratować chłopaka, poniósł przy tym spore koszty, wędrował z Kipem, rozmawiał, żartował i nie rozgniewał się nawet wtedy, gdy ten przypadkiem przewrócił łódkę, w której płynęli. Gdy jednak, usłyszawszy o zaplanowanej dla niego karierze krzesiciela (wiążącej się z krótszym życiem i perspektywą popadnięcia w obłęd lub zostania litościwie zadźganym przez współbraci w mocy) nastolatek nie zapałał radością, Guile wpadł we wściekłość. Na słowa „skąd ty wiesz, co ja wiem” Lord Pryzmat, najpotężniejszy krzesiciel, nominalny władca Siedmiu Satrapii i zarazem najwyższy kapłan, pomazaniec boży, znakomity dowódca i dyplomata, najpierw daje chłopakowi po gębie, a potem dusi go do nieprzytomności, wygłaszając przy okazji uwagę na temat tego, że tylko głupcy poważają kogoś z powodu jego siły. Ja nie wiem, co to miało znaczyć, ale aż zaczęłam się obawiać o los ewentualnych dzieci autora, jeśli tak wyobraża on sobie naukę szacunku dla starszych2). Co jeszcze dziwniejsze, gdy Kip odzyskuje przytomność, uznaje postępowanie Gavina za słuszne, przeprasza, dochodzi do wniosku, że Pryzmat jest dobrym człowiekiem a potem gawędzą sobie, jakby nic się nie stało.
Tego rodzaju dziwnych zachowań postaci jest więcej, zwłaszcza nie na miejscu wydają się dialogi, w których bohaterowie nagle zaczynają obrzucać się inwektywami. Co jak co, ale mieszkańcy Chromerii to głównie krzesiciele i arystokraci, co kojarzy mi się z etykietą i powściągliwością a nie np. wypowiedzią na posiedzeniu ich najwyższej rady, zaczynającą się od „posłuchajcie, kretyni” (zwłaszcza w rozdziale, który podobno przedstawia wyrafinowane zagranie dyplomatyczne).
Wspomniałam o Gavinie – choć narzekałam na wyżej wspomnianą scenę, Pryzmat pozostaje najciekawszą postacią powieści. Owszem, to kolejny przykład bohatera, którego autor obdarzył wachlarzem umiejętności wszelakich, urodą, pozycją, krzepą fizyczną, urokiem osobistym… Ogólnie +50 do wszystkiego, patrzcie, jaki on jest fajny. Szczęśliwie wśród licznych cech Gavina znalazło się także poczucie humoru i bezczelność, co faktycznie przysparza mu sympatii czytelnika. Dobrze też, że autor postarał się przydać Guile’owi moralnej niejednoznaczności. Bardzo marnie niestety prezentują się pierwszoplanowe postaci kobiece, które albo są nijakie albo irytują. Sztampowo wypadli też główni źli. Wracając zaś jeszcze na chwilę do Kipa – autor zrzuca na chłopaka tyle nieszczęść i wstrząsów, że aż dziw, że młody krzesiciel jeszcze nie postradał zmysłów3).
Styl Weeksa jest przeciętny – zasadniczo nie kole w oczy, ale też nie czuć w nim iskry. Trochę szkoda, bo zarówno Chromeria, jak i używanie chromaturgii aż prosiłyby się o jakiś bardziej malarski opis w stylu Scotta Lyncha czy C.S. Friedman. Do tego najlepsi z krzesicieli są osobami zdolnymi postrzegać najmniejsze niuanse odcieni, co powinno się przekładać na ich reakcje, większą wrażliwość estetyczną, a tego niestety nie widać. Nieszczególnie odpowiadały też mi opisy walk i rzezi, zatrącające o stylistykę gore. Choć tu akurat brak wyrazistości opisu okazał się zaletą (przynajmniej w moim przypadku). Doceniam inwencję tłumaczki, jeśli chodzi o nazwy związane z krzesaniem. Przydałaby się natomiast lepsza korekta, gdyż dosyć często brakuje liter, albo występują niewłaściwe końcówki gramatyczne.
Mimo wszystkich niedoskonałości wykonania „Czarny pryzmat” mnie zaintrygował. Powieść Weeksa wyróżnia się na tle innych i wzbudza zainteresowanie dalszymi losami bohaterów, co uważam za istotną zaletę. Zatem, jeśli ktoś lubi klasyczne wątki wzbogacone o nowe koncepcje, losy Gavina i Kipa mogą go zainteresować. Natomiast osoba ceniąca przede wszystkim walory literackie, raczej nie poczuje się usatysfakcjonowana.
PS. Podczas lektury naszła mnie myśl, że „Powiernik światła” dobrze wypadłby zekranizowany jako serial anime. Pewna sztuczność i przerysowanie, obecne w utworze Weeksa w tym akurat medium mogłyby znaleźć lepszy środek wyrazu.
koniec
24 maja 2015
1) Można też zauważyć pewne inspiracje (niekoniecznie jeśli chodzi o magię) „Kołem czasu”.
2) Od biedy Guile’a można jeszcze tłumaczyć toksyczną relacją z ojcem, choć poza tą sceną Pryzmat wydaje się osobą posiadającą dystans do siebie. Zresztą, takie zachowanie wobec bezbronnego dzieciaka świeżo po traumie, wydaje mi się żałosne i zdecydowanie szkodzi wizerunkowi Gavina.
3) Dziwnie wypada też brak głębszej reakcji emocjonalnej po tym, jak wpadłszy w bitewny szał Kip własnoręcznie zmasakrował sporą grupę ludzi. A to, niestety tylko jeden z wielu przykładów.
dodajdo

Komentarze

05 VII 2017   16:58:59

Przeczytałem 100 stron. I chyba już więcej nie dam rady. To jest tragicznie napisane, nudni bohaterowie, drętwe dialogi, absurdalny system magii. Do tego styl autora, który pisze jak gimnazjalista tzn. przeważają zdania proste nad złożonymi, w ogóle autor pisze bez żadnego polotu. Czyta się to jak jakąś relacje, a nie powieść. Fabuła, jak i same założenia świata, mnie kompletnie nie interesuje. Czy mam w to dalej brnąć i liczyć, że będzie lepiej? Bo przeczuwam, że raczej warsztat zostanie taki sam, czyli po prostu nie da się tego czytać.

05 VII 2017   19:41:56

Hmmm, o ile dobrze pomnę, styl się raczej nie zmienia zbytnio. Co do dialogów, też nie przypominam sobie jakichś fajerwerków, może tylko rozmowy z Lordem Czerwień wypadają nieco bardziej dynamicznie.

Bohaterowie mnie akurat zainteresowali na tyle, by się wciągnąć (głównie Gavin). Także system magii mi się podobał.

Więc obawiam się, że jeśli bohaterowie, magia i fabuła nie zainteresowali, to niewielkie szanse, żeby się potem spodobało. Ale może niech ktoś jeszcze się wypowie.

06 VII 2017   18:34:41

Może da się polubić tę sagę, ale ja odsprzedaje swoje egzemplarze. Chociaż ten plus, że jedna seria do nadrobienia mniej :).

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Witaj w ciemnym mieście Grimm
Magdalena Kubasiewicz

24 VII 2017

„Grimm City. Bestie” to jedna z najlepszych książek Jakuba Ćwieka, głównie za sprawą kreacji tytułowego miasta Grimm. Chociaż powieść wciąga i trzyma w napięciu niemal od początku do samego końca, to zakończenie pozostawia spory niedosyt…

więcej »

Świat zabawek mechanicznych
Beatrycze Nowicka

23 VII 2017

Litewski steampunk, „Wilcza godzina” Andriusa Tapinasa, będąca pierwszym tomem cyklu o alternatywnym Wilnie, to pozycja przede wszystkim dla fanów tej konwencji.

więcej »

Nie ma to jak spadek
Dominika Cirocka

22 VII 2017

„Koncert cudzych życzeń” Izabelli Frączyk to króciutka powieść oparta w dużej mierze na bardzo dobrze już znanych schematach. Lekka i sympatyczna, mająca nieść nadzieję i pokrzepienie, ale też niestroniąca od banałów.

więcej »

Polecamy

Czy można wyrosnąć z Tomka?

Wilmowski po latach:

Czy można wyrosnąć z Tomka?
— Wojciech Gołąbowski

Wyprawa ratunkowa jak wycieczka krajoznawcza
— Wojciech Gołąbowski

Dla czytelnika dorastającego z bohaterem
— Wojciech Gołąbowski

W nieznane, ale z kobietami
— Wojciech Gołąbowski

W klimatach szpiegowskich
— Wojciech Gołąbowski

Tajemniczo, ale i irytująco
— Wojciech Gołąbowski

Ło Indianerach
— Wojciech Gołąbowski

Mniej encyklopedii, więcej akcji
— Wojciech Gołąbowski

Początek średnio udany
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

Kolorowy Czarny Pryzmat
— Anna Kańtoch

Tegoż twórcy

Z nadzieją patrząc w przyszłość
— Beatrycze Nowicka

A teraz poderżnij gardło za tatusia…
— Beatrycze Nowicka

Ziejący czosnkiem zabójca i jego padawan
— Miłosz Cybowski

Tegoż autora

Świat zabawek mechanicznych
— Beatrycze Nowicka

Szpieg z krainy zabójców bogów
— Beatrycze Nowicka

Wideoklip albo Lilo, której nie było
— Beatrycze Nowicka

Prześwietleni
— Beatrycze Nowicka

Jak wypreparować smoka
— Beatrycze Nowicka

Szybka partyjka
— Beatrycze Nowicka

Nad oceanem drzew unoszę lekko się…
— Beatrycze Nowicka

Wypluwki
— Beatrycze Nowicka

Drewno na papierze
— Beatrycze Nowicka

Tako rzecze Jorg
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.