Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 23 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Zardzewiałe tryby

Esensja.pl
Esensja.pl
Połączenie fantasy i steampunku jest całkiem ciekawym rozwiązaniem, jednak „Mechaniczny” Iana Tregilisa zniechęca ocierającym się o grafomanię stylem, marnym tłumaczeniem, nieprzekonującymi bohaterami oraz nieprzemyślanymi rozwiązaniami fabularnymi.

Ian Tregillis
‹Mechaniczny›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
60,0 (0,0) % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMechaniczny
Tytuł oryginalnyThe Mechanical
Data wydania20 lipca 2016
Autor
PrzekładBartosz Czartoryski
Wydawca Sine Qua Non
CyklWojny alchemiczne
SeriaSQN Imaginatio
ISBN978-83-7924-686-1
Format480s. 135×210mm
Cena39,90
Gatunekfantastyka
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 31,47 zł
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Kup wTaniaKsiążka.pl: 26,73 zł
Wyszukaj w
Zobacz w
Ostatnimi laty George R.R. Martin stał się etatowym pochlebcą okładkowym. Aż się człowiek zastanawia – płacą mu za to, czy to gesty wsparcia wobec młodszych kolegów po piórze? A może wydawcy odgrzebują wszelkie wzmianki autora „Pieśni Lodu i Ognia” na temat innych pisarzy i ich utworów, by później za ich pomocą reklamować swoje książki? „Mechaniczny” jest kolejną powieścią opatrzoną notką Martina, w której obwołuje on Iana Tregillisa nowym wielkim talentem. Jeśli chodzi o wyżej podpisaną, lektura pierwszego tomu „Wojen alchemicznych” okazała się zajęciem cokolwiek przykrym.
Sam pomysł wyjściowy, na alternatywną Europę, w której Holendrzy zbudowali imperium dzięki klakierom (istotom będącym czymś w rodzaju mechanicznych golemów), jest co najmniej zachęcający. Szkoda tylko, że realizacja pozostawia wiele do życzenia.
Tym, co najbardziej rzutuje na odbiór powieści, jest wysilony i przyciężkawy styl Tregillisa. Szczególnie nieudane bywają porównania: „poczucie obowiązku, które zdawało się niczym ciepłe ostrze tępego noża krojącego zakamarki jego jaźni”, „jej powieki zatrzepotały i przymknęły się delikatnie niczym motyle szukające miejsca, żeby przycupnąć na smaganych przez wiatr kłosach pszenicy”, „wsunęła dłoń pod kołdrę (…) Louis zassał powietrze niczym pompa tłokowa w kompresorze parowym”, „ fala [poczucia winy] (…) zalała niechronione niziny jej pewności siebie, oblane słońcem polany, gdzie rezydował Louis, aby zatruć tamtejsze wspomnienia, uczynić je słonawymi i niepożądanymi. Cięższe niż morze, strzaskały jej serce”. Choć oczywiście nie tylko one wypadają marnie: „jego spokojny umysł lizały języki zatracenia”, „echo (…) powędrowało (…) na dół, ku chtonicznemu sercu góry”, „szum jego (…) śmigieł zsyłał na ziemię i morze jednostajne szu-szu-szu”. Czegoś takiego można by się spodziewać po debiutancie, tymczasem Tregillis ma już na koncie kilka książek. Lektury zdecydowanie nie uprzyjemniają też nużące opisy.
„Z pomocą” przychodzi autorowi nieudolny tłumacz. „Mechaniczny” aż roi się od „kwiatków” takich jak: „ale chociaż chyba nie są złamane”, „z niekłamaną szczerością powiedział”, „oddaliłby się ku niezbadanemu nieznanemu”, „łopotał nogami tak zawzięcie” (bohater pływał), „konsumujące go przerażenie wynikające ze znalezienia się w laboratorium”, „ulicę przecinał zawieszony powyżej baner (…) celebrujący ćwierć tysiąclecia”, „dziób okrętu uniósł się niespodziewanie, stopując śmiercionośne schodzenie”. Dodać do tego należałoby pojawiające się od czasu do czasu niewłaściwe zaimki i przypadki gramatyczne, a także słowa użyte w niewłaściwym znaczeniu – od kiedy to „darń” jest określeniem zrytego fragmentu powierzchni? Przy okazji, filigran to przede wszystkim nazwa techniki złotniczej, zaś układ ogniw elektrycznych nazywano niegdyś stosem, a nie stertą.
Bardzo mizernie prezentuje się dziwaczna stylistyka powieści – z jednej strony Tregillis lubuje się w przekleństwach i opisach czynności fizjologicznych, co chyba miało przydać całości realizmu (a tylko mocno zniechęca, gdy bohaterowie co i rusz osmarkują się, ślinią, pocą, wymiotują, zsikują ze strachu, itp.), z drugiej zaś niektóre pomysły na świat i bohaterów czy rozwiązania fabularne są – bardzo eufemistycznie rzecz ujmując – nieprzemyślane.
Zacząć wypadałoby od światotwórstwa. Akcja toczy się na początku alternatywnego XX wieku. Oto walczący z Holendrami Francuzi wytwarzają plastik, żywice epoksydowe i rozpuszczalniki organiczne, ale do odmierzania czasu używają głównie świec i biegają z pochodniami. Przecież poszczególne gałęzie nauki i techniki nie rozwijają się w próżni, przemysł chemiczny nie ma raczej szans osiągnąć zaawansowanego poziomu bez odpowiednich urządzeń i rozwiązań technologicznych. Co do francuskiej niechęci do zegarów i innych zaawansowanych urządzeń mechanicznych, została ona wytłumaczona wstrętem do narzędzi wroga. Poza tym, że odrzucanie technologii dającej przeciwnikowi przewagę jest cokolwiek bezsensowne i nieprzystające do europejskiego ducha, mechaniczne zegary stosowano przed XVII wiekiem, czyli momentem, w którym w powieściowym uniwersum rozpoczął się marsz Niderlandów ku władzy nad światem. Nie do końca przekonuje mnie też pomysł, że protestanccy Holendrzy uważają klakierów za narzędzia, podczas gdy katolicy wierzą w posiadanie przez mechanicznych duszy. Sądzę, że prędzej Kościół uznałby holenderskie praktyki za demoniczne i „sprzeczne z naturalnym porządkiem rzeczy”. Z innych kwestii: to by sposób alarmowania o wykryciu zbuntowanego klakiera powodował uszczerbek na ludzkim zdrowiu, straty materialne i ogólny paraliż całej okolicy wydaje się głupi, podobnie jak pomysł, by świetną karą dla dowódcy siatki szpiegowskiej było wygnanie.
Dziwi scena, gdzie szlachetnie urodzeni członkowie Rady Królewskiej na oficjalnym jej spotkaniu rzucają „kurwami”, albo ta, w której bardzo wysoko postawiona członkini Gildii Zegarmistrzowskiej, młoda i elegancka kobieta, przebywając w odwiedzinach u jednego z ministrów, akcentuje swoją wypowiedź splunięciem. Niektóre sytuacje są kuriozalne. Oto jedna z głównych bohaterek po wyjściu z wyżej wzmiankowanej narady, na które to spotkanie odziała się w suknię z gorsetem i krynoliną, buty na obcasie oraz fikuśną perukę, udaje się na mury, gdzie spuszcza się na linie z pochodnią w ręce, bo chce sobie coś obejrzeć (nic to, że to coś tkwi tam już od dłuższego czasu i w ciągu najbliższych paru dni raczej nie zniknie). W czasie, gdy ona zaspokaja swoją ciekawość, okazuje się, że wśród strażników jest zdrajca, który próbuje odciąć sznur. Finał tego wszystkiego jest aż wart zacytowania, ze względu na nieudolność opisu:
„Zaczęła się wspinać, ręka za ręką (…) Przerzuciła jedną rękę przez parapet, ale musiała ją zabrać, bo ktoś próbował ją nadepnąć. Zdecydowała się jednak spróbować i sięgnęła raz jeszcze. Kiedy bucior zdradzieckiego żołnierza opadł i zgniótł jej palce, jakoś zdołała przetrzymać ból, zeskoczyć z liny i drugą ręką chwycić, choć niezbyt pewnie, mężczyznę za kostkę. (…) Lecz kolejny kopniak pozbawił ją równowagi. Berenice zwisała z muru.”
Nie mogę się powstrzymać i wspomnę jeszcze o dwóch innych scenkach – w jednej antagonista wyjaśnia motywy swojego postępowania i wygłasza opinie o polityce tuż po tym, jak wbito mu w krocze rozżarzony pogrzebacz. W drugiej w samym środku walki inny bohater schyla się, by szukać pod szafą sztucznego oka (i nie, nie jest to magiczno-alchemiczne oko, które pozwala mu widzieć, tylko szklana proteza). Aż kusi, by porozwodzić się jeszcze nad cudownymi zbiegami okoliczności, czy niebywałą wytrzymałością mechanicznych.
Z trójki głównych bohaterów najlepiej (co nie znaczy, że szczególnie intrygująco) wypada klakier Jax. Pozostali zupełnie nie przekonują. Wicehrabinę zapamiętuje się jako tę, która dużo klnie i ciągle leci jej z nosa, zaś rozterki religijno-moralne księdza nie budzą emocji, w czym zresztą niemały udział ma sposób ich ujęcia: „niech to szlag. Szkoda, że tak się złożyło. (…) Co zamierzył Pan, jeśli nie dalsze działania w służbie Jemu? Czemu więc, kiedy Visser był już tak blisko, podstawił mu nogę?”. W dodatku obydwoje zachowują się tak głupio, że chwilami aż żal o tym czytać. Bohaterowie pierwszego i drugiego planu zostali oparci na dwóch-trzech cechach i sprawiają wrażenie konstruktów, a nie osób. Kłuje to w oczy, zwłaszcza, że przecież w „Mechanicznym” sporo mówi się o człowieczeństwie i duszy.
Dialogom daleko od potoczystości. Wspomniane wyżej przekleństwa, zamiast przydać wypowiedziom spontaniczności, a postaciom „pazura”, brzmią nienaturalnie i brzydko. Z kolei gdy bohaterowie zaczynają rozmawiać o ideach, odnosi się wrażenie, jakby recytowali puste formułki.
Temat świadomości i samostanowienia istot stworzonych przez ludzi był już niejednokrotnie poruszany w SF. Tregillis sięgnął po inną konwencję, ale niczego nowego nie powiedział. Co więcej, sposób opowiedzenia całej historii jest wysoce zniechęcający. „Mechaniczny” nie jest literaturą ambitną. Nie jest też udaną fantastyką rozrywkową – zabrakło przynajmniej znośnego, lekkiego stylu i budzących cieplejsze uczucia bohaterów. Odradzam lekturę, chyba, że ktoś jest zagorzałym fanem steampunku, a przy tym osobą niewrażliwą na kwestie stylistyczno-językowe.
koniec
21 sierpnia 2016
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Nie ma to jak spadek
Dominika Cirocka

22 VII 2017

„Koncert cudzych życzeń” Izabelli Frączyk to króciutka powieść oparta w dużej mierze na bardzo dobrze już znanych schematach. Lekka i sympatyczna, mająca nieść nadzieję i pokrzepienie, ale też niestroniąca od banałów.

więcej »

Zbrodnia w cieniu elektrowni atomowej
Marcin Mroziuk

21 VII 2017

Niewątpliwymi zaletami „Wiary” są intrygująca zagadka kryminalna i przemyślana w najdrobniejszych szczegółach konstrukcja fabuły, a także przekonująco nakreślone postacie oraz dobrze oddana atmosfera lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Uprawnione wydaje się więc stwierdzenie, że nowa powieść Anny Kańtoch ma szansę odnieść nawet większy sukces niż wcześniejsza „Łaska”.

więcej »

Szpieg z krainy zabójców bogów
Beatrycze Nowicka

20 VII 2017

W otwierającej cykl „Boskie miasta” powieści „Miasto schodów” Robert Jackson Bennett, w intrygujący sposób łączy stare z nowym i miesza konwencje. Efekt końcowy uznaję za bardzo interesujący.

więcej »

Polecamy

Czy można wyrosnąć z Tomka?

Wilmowski po latach:

Czy można wyrosnąć z Tomka?
— Wojciech Gołąbowski

Wyprawa ratunkowa jak wycieczka krajoznawcza
— Wojciech Gołąbowski

Dla czytelnika dorastającego z bohaterem
— Wojciech Gołąbowski

W nieznane, ale z kobietami
— Wojciech Gołąbowski

W klimatach szpiegowskich
— Wojciech Gołąbowski

Tajemniczo, ale i irytująco
— Wojciech Gołąbowski

Ło Indianerach
— Wojciech Gołąbowski

Mniej encyklopedii, więcej akcji
— Wojciech Gołąbowski

Początek średnio udany
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

Mechaniczna dusza
— Magdalena Kubasiewicz

Tegoż autora

Szpieg z krainy zabójców bogów
— Beatrycze Nowicka

Wideoklip albo Lilo, której nie było
— Beatrycze Nowicka

Prześwietleni
— Beatrycze Nowicka

Jak wypreparować smoka
— Beatrycze Nowicka

Szybka partyjka
— Beatrycze Nowicka

Nad oceanem drzew unoszę lekko się…
— Beatrycze Nowicka

Wypluwki
— Beatrycze Nowicka

Drewno na papierze
— Beatrycze Nowicka

Tako rzecze Jorg
— Beatrycze Nowicka

Zabili mu psa
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.