Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Kolory etyki

Esensja.pl
Esensja.pl
Wydawałoby się, że o rasizmie powiedziano już wszystko. Jodi Picoult w „Małych wielkich rzeczach” udowadnia, że jest wręcz przeciwnie. I że rasizm to nadal drażliwy temat, powiązany równie silnie z władzą instytucjonalną, jak i z ludzkimi emocjami.

Jodi Picoult
‹Małe wielkie rzeczy›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMałe wielkie rzeczy
Tytuł oryginalnySmall Great Things
Data wydania11 kwietnia 2017
Autor
PrzekładMagdalena Moltzan-Małkowska
Wydawca Prószyński i S-ka
CyklMałe wielkie rzeczy
ISBN978-83-8097-112-7
Format608s. 125×195mm
Cena39,90
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 32,97 zł
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj w
Zobacz w
Tytuł książki nawiązuje do słów wypowiedzianych przez Martina Luthera Kinga: „jeśli nie mogę czynić wielkich rzeczy, mogę czynić małe rzeczy w wielki sposób”. To szczególna powieść w dorobku Jodi Picoult, autorki ponad dwudziestu popularnych i lubianych powieści. Długo się wahała, czy ma prawo pisać o czymś, czego nie doświadczyła. Odkrywała jednak z biegiem lat, że temat rasizmu dotyczy jej samej, choć nie w tak oczywisty sposób, jak na ogół przypuszczamy. I pisząc tę książkę, pokazała, jak wiele jest w tej kwestii niedopowiedzeń i przemilczeń oraz że równość wcale nie oznacza sprawiedliwości. Gdy w grę wchodzą problemy rasowe, to stwierdzenie wydaje się nabierać szczególnej ostrości. Takie instytucje jak służba zdrowia, edukacja, system sądownictwa – z pozoru powinny być neutralne i „ślepe” na problem rasy, tak jednak w Stanach Zjednoczonych w XXI wieku zdecydowanie nie jest.
Ruth jest położną z dwudziestoletnim stażem, o nienagannej postawie zawodowej. Świetnie wykształcona, wykonuje swoją pracę z zamiłowaniem, gorliwością i empatią. Ma wspaniałe podejście do rodzących pacjentek, w trudnych chwilach służy im wsparciem. Jest tylko jeden drobny szczegół: Ruth jest czarna. A w pewien dzień, podobny do każdego innego, tak się złożyło, że przyjęła poród dziecka, którego rodzice wyznają ideologię białej supremacji (przekonania o wyższości białej rasy) i nie życzą sobie opieki medycznej nad dzieckiem ze strony afroamerykańskiego personelu. Szpital przyjmuje do wiadomości ich decyzję…
Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że kontekst amerykańskiej rzeczywistości społecznej jest odległy od tego, czego doświadczamy w Polsce i nie wszystko może być tu dla nas w pełni czytelne. Można jednak omawiany w „Małych wielkich rzeczach” przypadek odczytać w uniwersalnych kategoriach etycznych: jak się czuje ktoś dyskryminowany, kogo niespodziewanie oskarża się, tak jak główną bohaterkę, o spowodowanie śmierci noworodka? I jednocześnie gdy okazuje się, że stwierdzenie przekroczenia (lub nie) norm etycznych może zależeć od koloru skóry – ale o tym nie można wspominać podczas rozprawy sądowej?
Książka napisana jest tak, że „czyta się sama”, najpierw mamy tutaj bardzo interesująco zarysowane realia pracy położnej, są opisy dramatycznych i całkiem zwyczajnych przypadków narodzin dzieci, wspomnienia pacjentek, które w różny sposób zapisały się Ruth w pamięci. Ale jest także coś, co w literaturze pojawia się rzadko: pierwszoplanową postacią jest Turk, ojciec zmarłego niemowlęcia. Mamy okazję przyjrzeć się temu, jak kształtują się jego szowinistyczne, rasistowskie poglądy, które sytuacje z życia uczyniły go zagorzałym „bojownikiem za sprawę białej rasy”. Opisane tu mechanizmy są bardzo pouczające i wiele dają do myślenia. I nie będzie to spoilerem, jeśli napiszę: nigdy nie wierzcie, że takie poglądy formują się „same”. Albo że to tylko „niewinne wybryki” trochę może za bardzo nabuzowanych młodych ludzi, którzy jeszcze nie znają życia. To zawsze jest efektem usystematyzowanej i zorganizowanej pracy z zewnątrz, często też cynicznym wykorzystywaniem emocji. Trzeba o tym pamiętać.
Ruth i Turk spotykają się w sądzie. Jaka szkoda, że wtedy akurat „siada” tempo powieści. Prowadzony do tej pory równolegle głos postaci Turka milknie i cały ciężar naszej uwagi spada na Ruth oraz jej potyczki z wymiarem sprawiedliwości. Położna otrzymuje obrończynię z urzędu. Kennedy, obejmując tę sprawę sama nie bardzo wierzy w sukces. Prawniczka jest pewnym symbolem systemu, w którego trybach funkcjonuje Ruth. Bolesny jest obraz tego, czym jest prawo dla amerykańskich obywateli, niemogących sobie pozwolić na prywatnego adwokata. Obrońcy z urzędu pracują pod ogromną presją czasu, spotykają się ze swoimi klientami dosłownie na minuty przed rozpoczęciem postępowania sądowego, co uniemożliwia wnikliwe zapoznanie się chociażby z aktami sprawy. Postać Kennedy w czytelny sposób nawiązuje do legendarnej i stale obecnej w dyskursie amerykańskim powieści „Zabić drozda” Harper Lee.
Zbyt szczegółowe i drobiazgowe wydaje mi się podążanie za szczegółami związanymi z przygotowaniem do procesu (zwłaszcza jeśli chodzi o wybór członków ławy przysięgłych – to też amerykańska specyfika) oraz samym jego przebiegiem. W tej warstwie „Małe wielkie rzeczy” absolutnie nie różnią się od powieści Johna Grishama, przy czym oczywiście krzywdzące byłoby przypisywanie Jodi Picoult próby naśladownictwa czy plagiatowania. Skomplikowane realia prawne są jak najbardziej integralną częścią tego, z czym musi zmierzyć się Ruth – choć, jak wspomniałam, nadmiar specjalistycznych szczegółów trochę hamuje tempo powieści i budzi zniecierpliwienie zamiast empatii czytelnika.
Świetnie zarysowane są przez Jodi Picoult drugoplanowe postacie. Edison, syn Ruth, to rozsądny, dobrze zapowiadający się młody człowiek, którego jednak przerasta presja związana z procesem matki. Droga życiowa i sytuacja społeczna Adissy, siostry Ruth, jest zupełnie odmienna niż losy głównej bohaterki. Jednym z ciekawszych – i niejednoznacznych – wątków jest obraz przyjaźni(?) Ruth z białą bogatą Christine. To klucz do zrozumienia wielu subtelności, które w swojej w książce zawarła Jodi Picoult.
Wspaniałe i naprawdę zaskakujące jest zakończenie „Małych wielkich rzeczy”, przywodzące na myśl inną, bardzo przejmującą powieść: „Witaj na świecie, maleńka” Fannie Flagg. Mogłoby ono być jeszcze bardziej wyraziste, gdyby autorka konsekwentnie rozwijała aż do końca książki głos Turka, ale tak się nie stało. W rezultacie wybrzmiewa on na końcu za mało przekonująco, jakby omijało czytelnika coś ważnego i podsunięte zostało tylko gotowe rozwiązanie, pospieszne streszczenie. Ale tak czy inaczej, podczas czytania „Małych wielkich rzeczy” nie sposób nie myśleć o sytuacji Ruth. Zaciskamy mimowolnie pięści, ciekawi, jak potoczą się jej losy. Powieść wnika w nas głęboko, zmusza do zastanowienia się nad swoimi utartymi ścieżkami myślenia, każde na nowo przemyśleć (i zakwestionować!) dobrze znane stereotypy i klisze. Pamiętajmy, że w człowieku może się zmienić bardzo wiele. Jeśli nie wierzymy, przeczytajmy posłowie autorki. Znajdziemy tam źródło otuchy i optymizmu.
koniec
16 sierpnia 2017
dodajdo

Komentarze

17 VIII 2017   09:40:03

Od czasu sprawy O.J. Simpsona, takie powieści można traktować jak odrealnioną fantastykę

17 VIII 2017   22:09:51

Lapidarny ale celny komentarz. Książka wpisuje się w coraz powszechniejszą w zachodniej literaturze czy kinie tendencję - odpowiedzialny za całe zło na świecie jest biały mężczyzna.

18 VIII 2017   08:16:48

@zyx Z tej powieści to akurat nie wynika.

18 VIII 2017   21:04:14

Wynika, wynika. Przemiana Turka na końcu jest kompletnie nieprzekonująca.

Ale co innego w tej książce jest najgorsze - autorka, podobnie jak setki innych pisarek i pisarzy (a także reżyserów, scenarzystów, producentów, socjologów, polityków i przede wszystkim czarnych rasistów i afrocentrystów) wmawia czytelnikowi że istnieje coś takiego jak "white privillage", że rzekomo biali już w momencie narodzin są na wygranej pozycji. Czarni oczywiście mają przerąbane - tylko dlatego, że są czarni. To nieprawda. Tak było jeszcze w latach 60-tych XX wieku, ale już tak nie jest. Jednak taki przekaz płynie do amerykańskiego odbiorcy kultury popularnej w USA z gazet, filmu i literatury. I wywołuje w białych "white guilt" - poczucie winy. Badania mówią, że rośnie w USA liczba białych przekonanych o swej winie, poczuciu niższości i wrodzonym rasizmie, o tym, że ich obowiązkiem jest odpokutowanie win ich przodków, którzy zniewolili i wyzyskiwali czarnych. Wielu białych Amerykanów nie ma poczucia dumy ze swej kultury i wstydzi się swego koloru skóry. To niezwykłe, nie mające chyba we całych dziejach ludzkości zjawisko socjologiczne i społeczne dotykające szczególnie młodych ludzi z tzw. "dobrych domów". Jego skutki są dalekosiężne - biali zaczynają słuchać "czarnej" muzyki, ubierać się jak czarni, używać ich slangu czyli zamieniają się w tzw. wiggers. Karmieni już od szkoły podstawowej opowieściami o tym ile złego biała rasa wyrządziła ludom kolorowym nie chcą się identyfikować ze swymi przodkami, ba uważają wręcz w swej ignorancji, że biali nie maja kultury, że przynieśli światu tylko zło.

Tak się składa, że znam osobiście taka osobę, Amerykankę pochodzenia polskiego, która przez kilka miesięcy z zapałem sprawdzała genealogię swojej rodziny w nadziei, że znajdzie jakieś ślady murzyńskiego, lub w najgorszym razie indiańskiego lub latynoskiego pochodzenia. Nie znalazła nic i była tym autentycznie zrozpaczona. Dla mnie przypadek dla psychologa, ale ona nie jest sama. Zresztą nie chcę wchodzić w szczegóły, ale to naprawdę nie jest normalne.

Oczywiście jest wielu ludzi, którzy uważają, że problem rasizmu należy do historii i to dla nich są takie książki jak "Małe wielkie rzeczy", które wręcz krzyczą do nich wielkimi literami; "HEJ, KOLEGO JESTEŚ BIAŁY! A WIESZ CO TO ZNACZY? JESTEŚ UPRZYWILEJOWANY! WSTYDŹ SIĘ!" A ci co się nie wstydzą są automatycznie "białymi supremacjonistami".

Ja bym z chęcią przeczytał książkę o sytuacji odwrotnej - o rasizmie czarnych wobec białych, to jest dopiero ciekawy, niestereotypowy temat. W miastach w USA są całe dzielnice do których biali nie maja wstępu. To znaczy, wejść oczywiście mogą, ale na własną odpowiedzialność, ze świadomością, że mogą już nie wyjdą. Tymczasem czarni chodzą sobie swobodnie po wszystkich dzielnicach we wszystkich dzielnicach - nie boja się, że ktoś ich napadnie tylko ze względu na kolor ich skóry. To jest dopiero temat na książkę! Ale nie łudzę się, że taka książka kiedyś powstanie - bo jej autor od razu został by okrzyknięty rasista i byłby skończony. Nikt się nie podejmie takiego ryzyka, nikt tez nie zrobi takiego filmu, dokumentalnego czy fabularnego...

Ta książka jest tak pełna stereotypów - oddana swej pracy, idealna Afroamerykanka, biały rasista i wisienka na torcie - uprzywilejowana pani prawnik, absurdalnie naiwna i żyjąca w słodkiej niewiedzy, że rasizmu już nie ma...

Przejaskrawione, naciągane i od dawna już nie odpowiadające rzeczywistości.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Kij w mrowisko
Joanna Kapica-Curzytek

19 XI 2017

Dla nie-ekspertów lektura „Mody, wiary i fantazji” będzie sporym wyzwaniem, natomiast czytelnicy zorientowani w poruszanej tu problematyce dostaną szeroki zarys najważniejszych osiągnięć współczesnej fizyki, przedstawiony z dużą dozą krytycyzmu.

więcej »

Mała Esensja: Więcej czarów
Marcin Mroziuk

18 XI 2017

Łatwo się domyślić na podstawie tytułu, że „Zula w szkole czarownic” będzie dla młodych czytelników okazją do obserwowania, jak główna bohaterka poszerza zakres swoich magicznych umiejętności. Najważniejsze jest jednak, że nowa powieść Nataszy Sochy jest lekko napisana i skrzy się humorem.

więcej »

Ciemni coś ci jaśni
Beatrycze Nowicka

17 XI 2017

„Ciężko być najmłodszym”, czyli pierwszy tom trylogii „Książę ciemności” to pozycja przede wszystkim dla naprawdę zagorzałych wielbicieli humorystycznej fantasy ze wschodu.

więcej »

Polecamy

Tropem jednorożca

Po trzy:

Tropem jednorożca
— Beatrycze Nowicka

Inteligentne i inspirujące
— Beatrycze Nowicka

Za Stumilowym Lasem i Doliną Muminków
— Beatrycze Nowicka

Blask jasnych łun
— Beatrycze Nowicka

Dla niefantastów lubiących wyzwania
— Beatrycze Nowicka

Fantastyczne antologie
— Beatrycze Nowicka

Nie tylko wiedźmin
— Beatrycze Nowicka

Zobacz też

Tegoż twórcy

Los i pamięć
— Joanna Kapica-Curzytek

Tegoż autora

Kij w mrowisko
— Joanna Kapica-Curzytek

Miłosny trójkąt i zbyt wiele niespodzianek
— Joanna Kapica-Curzytek

Trzy osoby
— Joanna Kapica-Curzytek

Tak, ale po co to wszystko?
— Joanna Kapica-Curzytek

Inny klimat
— Joanna Kapica-Curzytek

Długi szlak
— Joanna Kapica-Curzytek

Pomiędzy, na razie, w międzyczasie…
— Joanna Kapica-Curzytek

Nie ze Sławomirem takie numery
— Joanna Kapica-Curzytek

Radosny seks i śmiertelna groza
— Joanna Kapica-Curzytek

Pod podszewką historii
— Joanna Kapica-Curzytek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.