Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Kolorowy, ale jednak worek

Esensja.pl
Esensja.pl
Olśniewająca i przełamująca granice pomiędzy literackimi gatunkami i konwencjami, a równocześnie nierówna i z wyjątkowo słabym zakończeniem – tak można opisać powieść Andrésa Ibáñeza „Lśnij, morze Edenu”.

Andrés Ibáñez
‹Lśnij, morze Edenu›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLśnij, morze Edenu
Tytuł oryginalnyBrilla, mar del Eden
Data wydania9 maja 2017
Autor
PrzekładBarbara Jaroszuk
Wydawca Rebis
SeriaSalamandra
ISBN978-83-8062-162-6
Format816s. 150×225mm
Cena49,90
WWW
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 39,47 zł
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj wMatras.pl
Kup wTaniaKsiążka.pl: 32,44 zł
Wyszukaj w
Zobacz w
Miłośnicy tropienia ukrytych literackich szyfrów i symboli będą mieli tu pełne ręce roboty. Już w zapowiedzi wydawcy na okładce czytamy, że powieść stanowi miks „Dzikich detektywów” Roberta Bolaño, „Władcy much” Goldinga oraz popularnego serialu „Zagubieni”. Przypomnijmy dla porządku, że motyw bezludnej rajskiej wyspy to także „Przygody Robinsona Crusoe” Daniela Defoe oraz „Tajemnicza wyspa” Juliusza Verne’a. Daje się tu również dostrzec pewne nawiązanie do Jądra ciemności” Josepha Conrada (wątek eksploracji przestrzeni fizycznej połączony z podróżą w głąb samego siebie). Obecny też jest duch „Doktora Faustusa” Tomasza Manna, zarówno ze względu na motyw muzyczny i wyeksponowanie postaci kompozytora romantycznego Antona Brucknera (u Manna był Schönberg), osobę narratora (który sam jest kompozytorem), jak i nazwisko pewnej występującej tu rodziny: Leverkuhn.
Zabawne są także inne klucze, natury, nazwijmy to, personalnej. Jeden z bohaterów to Roberto B., co do którego nie ma wątpliwości, że jest to Roberto Bolaño, pisarz chilijski (dodajmy od razu, nie robi on najsympatyczniejszego wrażenia!). Pojawia się także postać o nazwisku Robert Frost (to wybitny poeta amerykański), jest też nawet – uwaga – Sapkowski! Wydaje mi się, że w jednym z drugoplanowych bohaterów rozpoznałam także Paulo Coelho… Taka właśnie jest lektura książki hiszpańskiego pisarza Andrésa Ibáñeza. Przewrotnie łączy on w swojej prozie to, co znamy: fakty, osoby, motywy i symbole.
Książka jest także niejednoznaczna w swojej formie, co jest jej wielką zaletą: trudno ją zaklasyfikować, czy to powieść katastroficzna, przygodowa czy fantasy, chwilami to także traktat filozoficzny, alegoria i dystopia, ale też dziennikarski reportaż-sylwetka. Granice są tu płynne. Świat realny przenika się z onirycznymi wizjami, są też odniesienia mistyczne, retrospekcje. Słowem – postmodernizm w pełnej krasie, gatunkowy supermarket, mieniący się różnorodnością.
Budzi naszą ciekawość, co dalej wydarzy się po (bardzo realistycznie opisanej) katastrofie samolotu, z której ocalała prawie setka osób. Znaleźli się na bezludnej(?) wyspie. Pamiętamy, że William Golding we „Władcy much” zdecydował się pokazać mroczną stronę ludzkiej natury, odtwarzając kształtujące się i „potworniejące” relacje społeczne (tym bardziej wstrząsające, bo bohaterami powieści były dzieci). Ibáñez z początku próbuje szeroko i panoramicznie nakreślić zawiązującą się wspólnotę rozbitków, wywodzących się z niej liderów czy „czarne owce”. W każdej grupie społecznej znajdą się moralizatorzy, wizjonerzy i pragmatycy – i również tutaj się to potwierdza.
Autor jednak nie rozwija konsekwentnie tego (wydawałoby się najbardziej oczywistego) wątku, co więcej, z czasem zupełnie go porzuca. Nie dostaniemy więc obrazu „Robinsonów ery globalizacji”, nie znajdziemy wyjaśnienia niesprawiedliwości tego świata, choć Ibáñez wiele akurat o relacjach w świecie pisze. Zamiast tego bohaterowie zostają postawieni w sytuacji, której zdecydowanie się nie spodziewali: a może ta wyspa nie jest bezludna, bo coraz więcej wskazuje na to, że jest tu coraz bardziej zagrażające rozbitkom „coś”, co trzeba zbadać i poznać i być może oswoić. Tylko tyle mogę powiedzieć, aby nie ujawnić zbyt wiele.
Polemizowałabym z przesadnie akcentowanymi tu odniesieniami do seksu, licznymi opisami fantazji oraz aktów seksualnych, często bardzo brutalnych. Owszem, to ważna dziedzina życia (może nawet dla faceta na bezludnej wyspie najważniejsza), ale bądźmy konsekwentni: skoro w tej opowieści o społeczności rozbitków jest tyle o seksie, niech tak samo dużo i naturalistycznie będzie też o głodzie, pragnieniu czystej wody oraz o tęsknocie za najbliższymi i chęciach powrotu do swojego zwyczajnego życia, wtedy proporcje będą zachowane. Że tamto już nie jest tak chwytliwe i ciekawe? Ano właśnie.
„Lśnij, morze Edenu” jest bardzo obszerną książką – i jak dla mnie: zupełnie niepotrzebnie. Mam wrażenie, że autor ma kłopot z panowaniem nad całością. Sporo pojawiających się tu fragmentów nie ma innej funkcji, jak tylko wypełnienie objętości. Owszem, porywająca opowieść to siła literatury, ale bez konsekwentnej kompozycji utworu prozatorskiego (nawet mocno nowatorskiego), cały wysiłek idzie na marne. Tu, w kontekście tego, jak książka się kończy, zbyt wiele rzeczy się zdecydowanie nie „klei”. Po cóż nam przydługawe i nużące opowieści o Noboru, czy Xóchitl, ze szczegółami wchodzące w ich życie? Opis grupy komunistów? Szczerze: cóż to wnosi do powieści, oprócz odpowiedniej liczby słów, skoro w ogóle nie łączy się to w żaden sposób z zakończeniem?
Okrzyczenie Ibáñeza „geniuszem” (jak czytamy na okładce) jest stanowczo przedwczesne. Pisarz genialny to taki, który od początku do końca wie, co pisze. Ten genialny mniej – pisze, co wie. I to ta druga charakterystyka jest właściwa dla Ibáñeza. Przy czym trzeba powiedzieć, że pisarzowi na pewno nie brak talentu i wyobraźni, by tworzyć sugestywne literackie obrazy, pisać z błyskiem, werwą i nader zajmująco. Szczerze przyznaję, że „Lśnij, morze Edenu” bardzo mnie wciągnęło i pod tym względem zachwyciło.
Między pisarzem genialnym a tym genialnym mniej jest taka różnica: powieść geniusza jest jak znakomicie spakowana walizka, gdzie wszystko ma swoje miejsce, rzeczy są starannie ułożone, jest ich tyle, ile trzeba i w każdej chwili wiemy, co gdzie się znajduje. W odróżnieniu od podróżnego worka, do którego wrzucamy wszystko jak leci, nie zastanawiając się, czy wszystko się przyda czy nie, a przypadkowo dobrane rzeczy obijają się tam chaotycznie o siebie. Takim właśnie „workiem” jest „Lśnij, morze Edenu”, jak gdyby autor liczył: jednym spodoba się to, innym tamto – i dla każdego znajdzie się tu coś odpowiedniego.
Największym rozczarowaniem jest zakończenie. Tak banalne, że aż denerwujące. Po cóż było przedzierać się przez nieco ponad 800 stron, zaliczać kolejne historie jak poziomy w grze komputerowej – czy tylko po to, by dojść do czegoś takiego? Serio? Po cóż było tworzyć obraz społeczności rozbitków, snuć fantazje na temat wyspy, dozować poczucie grozy, opowiadać o muzyce (i to, bądźmy szerzy, takiej, której słucha niewielu z nas)? Po co ten Bruckner, historie Japończyka i Meksykanki, opisy bólu, tortur i seksu? Nie ratuje książki ewentualna interpretacja mistyczna czy religijna, mnie w każdym razie zupełnie nie przekonuje. Czyściec? Piekło to inni czy ja sam dla siebie? To motyw tak zgrany, że trudno przyjąć to poważnie. I to właśnie zakończenie utwierdza mnie w przekonaniu, że „Lśnij, morze Edenu” to, odnosząc się do mojego wcześniejszego porównania, niestety, to worek, a nie „walizka geniusza”. Kolorowy, z dobrego materiału, nieźle uszyty – ale jednak worek.
koniec
1 września 2017
dodajdo

Komentarze

01 IX 2017   16:58:53

Ja dodam jeszcze, że moja koleżanka z pracy, która w odróżnieniu od redakcyjnej koleżanki najbardziej lubi czytać hard SF, też przeczytała książkę Ibaneza i wrażenia miała podobne, zwłaszcza jeśli chodzi o nrzekanie na zakończenie. Podobno psuje ono dość mocno wrażenia z książki.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

O prawdzie nieskażonej ludzkimi wątpliwościami
Joanna Kapica-Curzytek

18 IX 2017

Pełna harmonii i elegancji „Agonia dźwięków” niesie ze sobą piękne, humanistyczne przesłanie.

więcej »

Mała Esensja: Łamigłówki i sekrety
Marcin Mroziuk

15 IX 2017

Dla młodych czytelników, którzy gustują w sensacyjnych historiach, „William Wenton. Instytut szyfrów” jest z pewnością pozycją godną uwagi. W pierwszym tomie cyklu autorstwa Bobbiego Peersa znajdą oni bowiem trzymającą w napięciu, pełną niezwykłych wydarzeń opowieść, w której główna rola przypadła ich rówieśnikowi, a akcja toczy się naprawdę wartko.

więcej »

Karuzela
Joanna Kapica-Curzytek

14 IX 2017

W „O matko!” znajdziemy podszyty groteską portret niełatwych rodzinnych relacji połączony z głęboką psychologiczną wiwisekcją. Efekt jest znakomity: proza Palomasa jest wyrazista i niesztampowa.

więcej »

Polecamy

Czy można wyrosnąć z Tomka?

Wilmowski po latach:

Czy można wyrosnąć z Tomka?
— Wojciech Gołąbowski

Wyprawa ratunkowa jak wycieczka krajoznawcza
— Wojciech Gołąbowski

Dla czytelnika dorastającego z bohaterem
— Wojciech Gołąbowski

W nieznane, ale z kobietami
— Wojciech Gołąbowski

W klimatach szpiegowskich
— Wojciech Gołąbowski

Tajemniczo, ale i irytująco
— Wojciech Gołąbowski

Ło Indianerach
— Wojciech Gołąbowski

Mniej encyklopedii, więcej akcji
— Wojciech Gołąbowski

Początek średnio udany
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż autora

O prawdzie nieskażonej ludzkimi wątpliwościami
— Joanna Kapica-Curzytek

Karuzela
— Joanna Kapica-Curzytek

Nie tak dawno temu w Hamburgu
— Joanna Kapica-Curzytek

Psychoza strachu
— Joanna Kapica-Curzytek

Nie-biografia nie-księżnej
— Joanna Kapica-Curzytek

Książka zamiast zemsty
— Joanna Kapica-Curzytek

Gra o miłość
— Joanna Kapica-Curzytek

Miejsce na Ziemi
— Joanna Kapica-Curzytek

Kolory etyki
— Joanna Kapica-Curzytek

Poznawać fizykę z miłością
— Joanna Kapica-Curzytek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.