Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 21 sierpnia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Wszyscy jesteśmy dysfunkcyjni emocjonalnie

Esensja.pl
Esensja.pl
Łukasz Orbitowski
[1] 2 3 »
Rozmowa z Łukaszem Orbitowskim o jego najnowszej powieści „Szczęśliwa ziemia”.

Łukasz Orbitowski

ImięŁukasz
NazwiskoOrbitowski
Jędrzej Burszta: W ostatnich latach twoje powieści były bardzo silnie osadzone w przestrzeni, autobiograficznie – Kraków, Warszawa. Wydaje mi się, że „Szczęśliwa ziemia” jest swego rodzaju podsumowaniem twoich podróży w ostatnich latach.
Łukasz Orbitowski: Chyba muszę przeprosić, że piszę swoim życiem, ale jest to niestety jedyne życie, jakie mam (śmiech). Gdybym miał ich kilka, i mógłbym inaczej zbierać doświadczenie, to wyglądałoby to zupełnie inaczej. Jestem klasycznym przykładem twórcy, który musi coś zobaczyć i czegoś doświadczyć, żeby to następnie przetworzyć, doprowadzić do odbicia własnego doświadczenia w lustrze innych bohaterów, innej opowieści. W „Szczęśliwej ziemi” to rzeczywiście jest takim dziwacznym połączeniem, w dodatku z nowym elementem, jakim jest polska prowincja. Mam dosyć szczególną perspektywę. Jestem chłopak z Krakowa, przeprowadziłem się do Warszawy, potem do Kopenhagi, czyli zmieniam duże miasta na duże miasta. Moja była żona pochodzi z Rykusmyku, które oczywiście nazywa się inaczej, i tam teraz dorasta mój synek. Znam dość dobrze to miasto, bywam tam od jakichś dziesięciu lat. Normalnie życie wygląda w ten sposób, że ktoś z małego miasta najpierw trafia do dużego na studia, a potem wyrusza za granicę. W moim przypadku było odwrotnie, człowiek organicznie wielkomiejski nagle zaczął się przyglądać polskiej prowincji i panującym tam zwyczajom. Niespodziewanie odkryłem, że temat leży na ulicy. Próbowałem napisać coś o losach swoich rówieśników, czyli o pewnym roztrzaskaniu się marzeń, które ja i moi przyjaciele podzielaliśmy wiele lat temu. Pytanie – dlaczego nam nie wyszło? Mam poczucie, że pokolenie, do którego mam nieszczęście przynależeć, zostało wydymane – myśmy sami siebie wydymali. Pojawił się pomysł, żeby zacząć od prowincji, skąd wielu ludzi wyjeżdża, przechodząc tę klasyczną drogę, reprezentowaną przez średnio- i wielkomiejskość Polski, wyrażoną odpowiednio przez Kraków i Warszawę. Nie sposób było pominąć doświadczenia emigracyjnego, a akurat mi to leżało pod nosem; moja kobieta dostała dobrą pracę w Kopenhadze, ja pracuję w domu, więc wyjechaliśmy do Danii. Okazało się, że ruch czysto biznesowy dopełnia zamysł mojej książki. Właściwie moje życie zbiegło się z tym, o czym chciałem opowiedzieć w „Szczęśliwej ziemi”.
JB: Kapitalnie obrazujesz pewne wyobrażenie o sennej, dolnośląskiej prowincji. Ciekawy jest zabieg, żeby wszystko zaczęło się od traumy z dzieciństwa, wydarzenia, do którego symbolicznie dochodzi w ostatni dzień lata.
ŁO: To znowu nie przebiega tak, jak powinno. Po to opuszczamy prowincję, żeby przyjeżdżać tam na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Nie ma żadnego innego powodu, a przynajmniej w potocznym rozumieniu opuszczenie rodzinnego miasteczka jest pierwszym krokiem w dorosłość, i powinno być zarzewiem sukcesu. A powrót bohaterów „Szczęśliwej ziemi” do Rykusmyku jest przypieczętowaniem ich klęski. Całej trójce się nie udało, każdy poniósł niepowodzenie z innego powodu, ale każdy z własnej winy. Metafora, która się pojawia, czynnik fantastyczny, miał za zadanie uwypuklić to niepowodzenie. Oni chcą wrócić do tego miejsca, z którego wystartowali, powiedzieć sobie: „OK, myśmy poszli parę leveli do przodu, zostaliśmy zresetowani, więc wracamy do checkpointu”.
JB: Może spróbujemy jeszcze raz.
ŁO: Tak. A w życiu to nie jest takie proste. Mamy bardzo silną tendencję, żeby klęskę wyprzeć i zacząć jeszcze raz z czystą kartą. To jest oczywiście niemożliwe, ale człowiek bardzo często i bardzo chętnie poddaje się temu złudzeniu. W ogóle bardzo lubimy się poddawać złudzeniom.
JB: Jeden z bohaterów, Szymek, zostaje na prowincji, jako jedyny nie wyjeżdża z Rykusmyku. Nie pojął próby uwolnienia się od ciążącej na nim przeszłości.
ŁO: On też niósł największy ciężar z nich wszystkich. Jego ułomność, którą nazywam „skrzekiem”, przypisała go do prowincji. On jest trochę jak alkoholik siedzący nad kieliszkiem wódki, którego nie śmie tknąć, ale nad nim siedzi. Szymek krąży wokół zamku, jest jego osmozą. Usiłowałem osiągnąć coś przeciwnego, niż ty to odczytałeś, bo jednak on z nich wszystkich wygrywa najbardziej, wprowadza zmianę w ten świat. Zmienia szczęśliwą ziemię. Wydaje mi się, że ciągle zbyt mało pisze się o ludziach z małych miejscowości. Jeśli się o tym już mówi, to bardzo często w sposób nacechowany pogardą, szyderstwem czy lekceważeniem. A mój Szymek jest na pewno bardzo chory, ale ze wszystkich sił próbuje wieść normalne życie. Ersatz normalnego życia. Wydaje mi się, że osiągnięcie chociaż namiastki zdrowia jest dużo bardziej heroiczne niż pogoń za miłością, pieniędzmi, sukcesem, tym wszystkim, czego poszukują pozostali bohaterowie.
JB: To ciekawe, bo ich losy, które – jak sam mówisz – prowadzą do kolejnych niepowodzeń, wydają się osnute na klęsce uczucia, na porażce życia miłosnego.
ŁO: Wydaje mi się, że wszyscy jesteśmy dysfunkcyjni emocjonalnie. Byłbym daleki od tego, żeby twierdzić, że to jest cecha naszych czasów, natomiast dopuszczam możliwość, że trochę ta dysfunkcja się nasiliła. Nie sposób osiągnąć stabilności życiowej – czy też sukcesu życiowego rozumianego nie jako jakiś event, ale stan, w którym trwamy – bez uporządkowania sobie sfery seksualnej i emocjonalnej. Z tym, że kiedy mówię „uporządkowanie”, to mam na myśli nie tyle poddanie się tradycyjnym wzorcom społecznym, co znalezienie sobie właściwego sposobu i rytmiki przeżywania własnej emocjonalności i seksualności. Dla jednego tym porządkiem będzie porządek rozpustnika, dla innego porządek wiernego męża i ojca gromadki rozwrzeszczanych bachorów. Jak to mówią, każdemu co jego. Ogarnięcie własnych emocji, ogarnięcie własnej seksualności samo w sobie jest cholernie trudne, bo nie bardzo mamy wzorce jak to robić. To jest doświadczenie wewnętrzne, nikt nam nie powie „skręć w lewo”, „skręć w prawo”. Uczymy się na własnych błędach. A jednocześnie większość ludzi ma tendencję do zakładania, że jakoś to będzie. Teraz jesteśmy młodzi, to się kochamy, pobierzemy się i weźmiemy sobie kredyt, jakoś to wszystko uciągniemy. A potem okazuje się, że ludzie tego nie ciągną, albo że ich życie uległo jakiemuś potwornemu wykoślawieniu, o czym opowiada historia Karola. Relacja miłosna zostaje zepchnięta w pewien kod życia. Mam wrażenie, że przeważająca większość ludzkich upadków ma swój aspekt miłosny. Dlaczego upada „Wielki Gatsby"? Upada, bo budując swoje wielkie imperium, wykluczył z życia sferę emocjonalną. Miał ją na uwadze, kiedy zabrał się do odzyskiwania swojej kobiety, i już nie wiedział jak to zrobić, spieprzył to. Sam w miłości również upadałem wiele razy, i wszystko, czego się nauczyłem, to żeby zawsze patrzeć pod nogi (śmiech).
JB: W „Szczęśliwej ziemi” niewiele jest elementów horroru z tradycyjnego repertuaru. W moim odczuciu jest to powieść obyczajowa, jedynie podszyta pewnym rodzajem grozy, przeświadczeniem, że w codziennym życiu ludzie balansują na dość cienkiej granicy pomiędzy normalnością a szaleństwem.
ŁO: Oczywiście jest możliwa interpretacja, że oni sobie to wszystko wymyślili, albo wymyślił to sobie Szymek, który sprowadził ich do lochu i zabił. Przecież my nie wiemy, czy Karol tak naprawdę widzi aury innych ludzi, albo czy ten wykrzywiony świat Staszka jest światem rzeczywistym, czy wynika raczej z tego, że próbuje on nadać imię i twarz swojej klęsce. Przypadek Bartka jest najbardziej klarowny, chociaż wcale nie wiemy, czy Maya jest naprawdę opętana, czy po prostu zwariowała. Tradycyjny horror literacki wyrażany przez Grahama Mastertona czy Stephena Kinga w tym momencie staje na przegranej pozycji. Nie jesteśmy w stanie bać się takich książek, a mnie samego straszenie nie interesuje już od dawna. Kiedy byłem młody i miałem marzenia, sądziłem nieco inaczej (śmiech), ale człowiek się zmienia. Szalenie interesuje mnie potoczna groza życia, którą – kiedy ją opisujemy – należy jakoś ugrać. Nie jesteś w stanie oddać takiego głębokiego odczucia przerażenia życiem, tak samo jak nie jesteś w stanie opisać co dokładnie odczuwa się podczas orgazmu. To są wrażenia, które albo nie są przekładalne przez literaturę, albo ja nie potrafię tego zrobić.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

17 XI 2013   00:44:14

"bywam tam od jakiś dziesięciu lat." - chyba, mój Boże, "jakiCHś"!!! czy to jest dla którejś ze stron wywiadu nieistotne?

29 XI 2013   17:00:22

Co on z tą seksualnością?

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?
Menno Meyjes

23 XI 2014

Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.

więcej »

Piszę o osobach zagubionych i poszukujących
Anna Kozak

17 XI 2014

Prezentujemy wywiad z Anną Kozak, autorką powieści „Okna” wydanej w październiku 2014 roku nakładem wydawnictwa Akurat.

więcej »

Zabójcy, prawa kobiet i literatura
Lauren Beukes

25 III 2014

Lauren Beukes jest autorką trzech powieści fantastycznych, a ponadto opowiadań, komiksów, książki o nadzwyczajnych kobietach Południowej Afryki, wielu artykułów prasowych. W Polsce właśnie wychodzi jej najnowsza powieść, „Lśniące dziewczyny”. Z tej okazji i dzięki przyjazdowi Lauren Beukes do Polski na Pyrkon, Esensja zadała pisarce kilka pytań.

więcej »

Polecamy

Czy można wyrosnąć z Tomka?

Wilmowski po latach:

Czy można wyrosnąć z Tomka?
— Wojciech Gołąbowski

Wyprawa ratunkowa jak wycieczka krajoznawcza
— Wojciech Gołąbowski

Dla czytelnika dorastającego z bohaterem
— Wojciech Gołąbowski

W nieznane, ale z kobietami
— Wojciech Gołąbowski

W klimatach szpiegowskich
— Wojciech Gołąbowski

Tajemniczo, ale i irytująco
— Wojciech Gołąbowski

Ło Indianerach
— Wojciech Gołąbowski

Mniej encyklopedii, więcej akcji
— Wojciech Gołąbowski

Początek średnio udany
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

Byk kształtuje świadomość
— Mieszko B. Wandowicz

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Październik 2016
— Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Ersatz duszy
— Iwona Michałowska

Ogień historii, ogień pop-u
— Paweł Micnas

Polska inna, a jednak ta sama
— Jędrzej Burszta

Esensja czyta: Listopad 2010
— Jędrzej Burszta, Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek , Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski

Gęsta proza historyczno-fantastyczna
— Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Maj-czerwiec 2009
— Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Michał Kubalski, Daniel Markiewicz, Joanna Słupek, Agnieszka Szady, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Wrocław w anegdocie
— Michał Foerster

Świetny Wrocław
— Jędrzej Burszta

Ostatni romantycy
— Michał Kubalski

Tegoż autora

Kanał
— Łukasz Orbitowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.