Magazyn Esensja - Wojciech Gołąbowski "Marnotrawny"

Magazyn ESENSJA nr 4 (XVI)
kwiecień 2002




poprzednia stronapowrót do indeksunastępna strona

Wojciech Gołąbowski
  Hitalia :  Marnotrawny

     Rozproszone światło sufitu z trudem przebija się przez złotobrązowe pukle włosów spływające po mej twarzy... Milutki, lekko zadarty nosek z samotnym piegiem po prawej stronie... Nira, moje kochanie, nigdy cię nie opuszczę... O, tak... Trochę wyżej... Ooo... Dobrze... Spod przymkniętych powiek ledwo widać nieskazitelną biel białek i iskrzący brąz tęczówek. Patrzy gdzieś nad moją głową... Już nie patrzy, zmrużyła oczy. Meaaauuu... Słodycz karminu i symetryczny ucisk poniżej... Nira, moje kochanie...
     
     Bezgłośny jęk obolałego umysłu. Czas odpocząć. Z niekłamaną ulgą zdejmuję z barku wbijające się w mięśnie gałęzie. Ale przecież nie możemy stanąć tu, na ścieżce do wodopoju! Rozgarnąć krzaki po lewej, gdzie rzadziej wyrosły, podeprzeć... Tak. Teraz jeszcze przeciągnąć brzemię te kilkanaście stóp... Powinno wystarczyć. Zamaskować dojście do ścieżki, zaznaczyć, w którym kierunku jej szukać... Tutejsza flora daje ciężkie nauczki naiwnym... Nie sposób zapomnieć. Dziwna, nieznana, dzika puszcza hitaliańska ma się nijak do doskonale poznanych lasów Falcorum. A przecież nie powinny się aż tak różnić... Czyżbym dorastał w parku?
     Zostało coś jeszcze z przedwczorajszego mięsa? Mało. Śmierdzi? Słabo, ale już. Warto by zastawić sidła na ścieżce, może coś...
     
     Palmo chyba nigdy nie wyrośnie ze swej dziewczęcej urody. Równo obcięte jasnoblond włoski dyndają mu wokół głowy. Jak zwykle roześmiany.
      - Golo, idziemy na króliki? Te pułapki, co dwa dni temu...
      - Nie mogę dziś. Dziadzio ma mi objaśniać, czym zajmuje się ProMan w kopalni 15c.
      - 15c? To granice Falcorum, prawie trzy tysiące kilometrów stąd...
      - Ponad trzy tysiące. Trzy sto z hakiem, jak mawia papa. Dlatego wylecimy już teraz.
      - Zdążycie tam na obiad?
      - Jasne! Miałbym przegapić nadziewane bażanty? To się zdarza raz na miesiąc!
      - Szkoda, bo wiesz, naprawiłem te sznurki, co nam się...
      - O, dziadzio już woła. Muszę lecieć. Wpadnij za trzy dni, co?

     
     Nie, niebieskooki Palmo nie wyrósł, nie wydoroślał. Dziadek by go chyba zatłukł, gdyby się dowiedział, co myśmy czasem w lesie we dwóch robili... Młodzieńcze odkrycia, grzechy dojrzewania... Jak to było z tą pułapką? Ten po prawej związać z tym z góry, ale słabo, za to ten od dołu mocno? Na odwrót? Palmo, czemu cię tu nie ma, kiedy jesteś mi najbardziej potrzebny? Szlag by to... Musi wystarczyć. Z powrotem za krzaki. Godzinka snu, nie dłużej.
     
     Dlaczego właściwej perspektywy do oglądania własnych poczynań nabiera się dopiero stojąc po drugiej stronie zatrzaśniętej śluzy? Dlaczego dopiero tu, na odległej Hitalii zacząłem dostrzegać całe swe dotychczasowe życie jako zbyt słodkie, aby było prawdziwe? Czy sprawiła to obecność - i dostępność do mojej osoby - marginesu znanego jedynie z holowizji? A może to te osaczające i wpijające się w umysł obce myśli, odczucia, zamiary, wobec swych dawnych wrogów i siebie nawzajem? Może wreszcie to, że po raz pierwszy w życiu zostałem naprawdę sam - bez wsparcia rodziny, przyjaciół, służby?
     Czyżbym sam stawał się - jak i oni - wyrzutkiem?
     Początki pobytu na tej na pozór gościnnej planecie nie obfitowały w przyjemne chwile. Pierwsze kontakty z obcymi fizycznie, mentalnie i moralnie ludźmi cudem tylko nie skończyły się dla mnie tragicznie.
     Musiałem się przezwyciężyć.
     A nie było to łatwe. To nigdy nie jest łatwe.
     Pierwsze noce pod obcym, gołym niebem, gdy pozbawiono mnie nie tylko anty-g, ale nawet przyzwoitego koca. Ranki, kiedy budząc się, znajdowałem swego poznanego wieczorem sąsiada martwego. Nienawiść w tak wielu oczach, ciepło tak znikome, często połączone z wyrachowaniem. Zaprawdę, czegoś brakowało w moim wychowaniu. Miałem odtąd nadrabiać owe braki w rekordowym tempie, nie mając szansy na powtórzenie raz oblanego egzaminu.
     Zacząłem sobie wmawiać, że lubię przynajmniej niektórych spośród pozostałych rozbitków. Uważałem, że jeśli w to uwierzę, to moje myśli nie zdemaskują faktycznego obrzydzenia, które czułem za każdym razem, odbierając czyjeś myśli o zabijaniu, żarciu i bezrozumnej kopulacji. Które zresztą narastało, gdy zdałem sobie sprawę, że odbieram ich wspomnienia, a nie marzenia.
     Musiałem się stamtąd wyrwać, przerwać to nieustanne pasmo myślowych lub słownych licytacji własnych osiągnięć. Moją głowę rozsadzały wizje krwawych jatek popełnianych w imię kosmos wie czego. Jedynym, co mnie dziwiło był fakt, że biorący w nich udział psychiczni mutanci nie skakali sobie do gardeł gdy okazywało się, iż stali wtedy po przeciwnych stronach barykady... Widocznie fizyczna odległość od reszty cywilizacji i na nich wycisnęła swe piętno. Może jak i ja zaczęli sobie wmawiać: "to nie ja", "mnie tu nie ma", "to nie ja, nie ja"...
     A może i oni obudzili się ludźmi?

     
     Oczywiście spałem za długo. Zaczynało się ochładzać, cienie zauważalnie zgęstniały. Niedługo będzie szarzeć, a potem nastanie mrok. Tu, w dzikim, gęstym lesie, nie ma co liczyć na światło żadnego z dwu księżyców czy choćby gwiazd. Czerń nocy będą rozjaśniać jedynie błyszczące oczy nocnych drapieżników. Ogień... Nierealne marzenie.
     Moja pułapka. Jest coś? Mały arbuz... Niewiele, ale dobre i to. Przynajmniej nie pomyliłem się ze sznurkami. Przykro mi, ale muszę cię zatłuc. Jestem głodny, a to jedyna w tej chwili racja. Nie mogę ci nawet zapewnić bezbolesnej śmierci, ale postaram się, aby była szybka. Tylko nie wierć się i nie patrz tak, odwróć swe niewinne oczy... Postaram się trafić w głowę za pierwszym zamachem.
     
     Podjęto decyzję o przeprowadzeniu rekonesansu po nieznanym terenie. Poszło kilku zapaleńców, a ja niemrawo podążyłem za nimi, nie mogąc nadążyć za pewnym, żołnierskim krokiem. Pewnie to i dobrze, bo wkrótce za sprawą wybuchających soków drzew, z przodu zrobiło się gorąco i nieprzyjemnie... Zaraz ruszyła też druga grupa, stawiając mnie między młotem a kowadłem.
     Młot i kowadło w jednej osobie rzuciło się na mnie, niemal zabijając, ot tak, dla własnego bezpieczeństwa. Nazywało się Rodriguez. Po krótkiej acz niebezpiecznej (głównie dla mnie, nie byłem przyzwyczajony do zadawania się z terrorystami) rozmowie, pociągnęło mnie za sobą w blade opary. A może poszedłem z własnej woli? Któż to teraz pamięta...
     Rodriguez nie okazał się bezpiecznym kompanem. Dużo myślał. Jak dla mnie za dużo i o niewłaściwych rzeczach. Nie mogłem, po prostu nie mogłem utrzymać na wodzy moich odczuć względem niego. Czy odebrał mój wstręt? Nigdy się nie dowiem - wymknąłem się sam, czy po prostu postanowił nie zwracać więcej na mnie uwagi?
     Szara, śmierdząca mgła coraz częściej przetykana wyłaniającymi się znienacka ostrymi kolcami drzew, pragnącymi tylko rozedrzeć ubranie i wbić się jak najgłębiej. Łaknącymi świeżej krwi.
     Kojący szum strumienia i chłodna świeżość krystalicznej wody przywróciły mi realniejsze spojrzenie na rzeczywistość. Ruszyłem wzdłuż koryta, coraz silniej i wyraźniej odbierając inne myśli - spokojniejsze, bardziej przyjazne. Mgła się przerzedziła, w końcu rozwiała zupełnie. Strome zbocza wąwozu stopniowo opadały niżej, ostatecznie rozszerzając się i tworząc miłą polanę z wygodnym dostępem do wody.
     Na polanie poznałem Jagera. Człowieka, który chciał spokojnie żyć. I tyle. Pierwszy Hitalianin, który nieznajomego częstował jedzeniem, a nie przekleństwem. Którego mógłbym nawet polubić.
     Ale wkrótce polana zaroiła się tymi, od których ledwo co zdołałem odejść.
     Znowu to samo.
     Uciekać, uciekać!
     A na razie udawać chorego. Może wtedy dadzą spokój?
     Jęki rannych. Przekleństwa zdrowych. Smród dochodzący z zaimprowizowanej latryny. Głód świecący w oczy. Myśli. Myśli. Myśli. Dość!
     Kolejny zwiad? Wyprawa do kapsuły? Idę z wami!

     
     Obudził się? Nie? Cholerna gorączka... Znowu myśli w tym swoim dziwnym narzeczu. Zostawić mu trochę? Zje, jak się obudzi? Wepchnąć kawałek do ust? Może przez sen choć possie życiodajnych soków... Żadnej wiedzy, żadnej praktyki... Jak się postępuje z nieprzytomnymi ludźmi?
     Zostawię kawałek. Niewielki, żeby się nie popsuł. Zresztą mięso jest teraz bardziej potrzebne mnie niż jemu. On...
     Polana nie może być daleko.
     Dam radę.
     
     Wspaniale. Odeszli. Jakie to wygodne. Nikt nie chce niańczyć chorego kompana - i masz spokój. Tylko po co został ten... no, jak mu tam... Jung? Dziwnie mu z oczu patrzy - jakoś tak... miękko? Cholera, może to...
     - Niy bojaj sie - rzecze uśmiechając się pod nosem. - Jo niy z takich.
     Znowu zapomniałem, że tu słyszą moje myśli. No, dobrze. Kim jesteś?
     - Chopem, jak i ty. Godajom mi Tony. A ło reszcie godołech na polanie.
     Nie słuchałem.
     - Tyż piyknie. Jo niy byda słuchoć twoich myśli, ty niy słuchej moich... I jakoś dojdymy na polana.
     - Nie wybieram się na polanę. - Ile już usłyszał? Ile się domyślił?
     - Dyć jo cię niy wylecza. Tam...
     - Nic mi nie jest. - Spójrz mi w oczy... i nie słuchaj tego, co teraz myślę.
     - Dobra - Jung odchodzi kilka kroków i siada na kamieniu. - To możno słówko wyjaśniynia?
     Dlaczego miałbym ci się tłumaczyć, człowieku?

     
     Znał już wtedy moje myśli? Wiedział, kim jestem - to znaczy, kim byłem - i jaki mam stosunek do wszystkich pozostałych, w tym i do niego samego? Pewnie coś usłyszał, czegoś się domyślał...
     Może i należały mu się wyjaśnienia, nie byłem jednak skłonny tłumaczyć się komukolwiek z własnego postępowania. Jedynym dla mnie ratunkiem było znaleźć przedstawiciela jakiejkolwiek powiązanej z Federacją cywilizacji. Wszyty w resztki garnituru chip identyfikacyjny zapewniał właściwe potraktowanie i - w perspektywie - powrót na rodzinną planetę.
     Byłem pewien, że rozbitkowie - koloniści będą za wszelką cenę starali się ukryć swoje istnienie na owym prywatnym terenie któregoś z federacyjnych magnatów. Nie pozwolą mi na żaden kontakt, choćby mieli w tym celu mnie...
     Aleś ty ciężki. A może to tylko ja już opadam z sił?
     Co ja ci wtedy odpowiedziałem? Nie pamiętam... Tyle się zdarzyło...
     
     - Ciii... Zdawało mi się... Tam, patrz! To chyba koniec lasu! Więcej światła... Polana, mówisz? Chodźmy tam, zobaczymy... O! Jeśli to polana, to, hmmm, duża. Jak dla mnie to królowa wszystkich polan. U nas na takie polany mówi się: step.
     - Baaardzo śmiyszne. Aże mnie skrynco ze śmiychu. Pierona, patrz tam! Ale cielsko... Ani chybi, dorosły mastodont... Abo inkszy bawół. Myśloł żech, co one żyją w stadach, a ten tu jakiś samotny... Co łon robi? Ah, pożywio się. Czy ta trowa bydzie dla nos jadalno? Trza rozejrzeć się za łobiadym... Co godosz? Kaj? A, ptoki. Cołkie stado... Cholera, to te drapieżne pierony! Kryj się! Miyndzy drzewa, może nos nie wypatrzyły... Co łone robią? Krążą nad tym pancernikiem? Ale naiwne... Pewnikiem czekają, aż sam padnie. Patrz, pikują! Ło, rany...
     - Gdzie on się wbił? W kark? Rzeczywiście, gryząc trawę, odsłonił miękki kark. Czy on ich nie słyszał? Hałasują, hmmm, jak diabli. To chyba ich bojowy okrzyk. Skrzydła tak nie syczą... O, następny się wbił i zwiał! Patrz, to bydlę chyba zdycha! Idziemy tam? Weźmiemy gałęzie i odstraszymy ptaki...
     - Kaj?! Leż, jak ci życie miłe. Chcesz walczyć ze stadem drapieżników? Ło mój Boże, kim jo się musza łopiekowoć... Tak, tak, wiym, jesteś już dużym chopcem i nie trza ci łopiyki... A idź w cholera. Jo tu zaczekom na efekt. Co? Niy idziesz? Gratuluja, posłuchoł żeś głosu rozsądku. Co dalej, pytosz? Poczekomy grzecznie, aż się najedzo. Nie zjedzo wszyskiygo. Jeśli niy zjawio się padlinożerce, dla nos łostanie aż nadto... Zresztą, padlinożerne zwiyrzęta niy są groźne. Te akurat można straszyć gałynzią. De-eF, muszymy się skoncentrować!
     - De-eF? Mam na imię Golean... Ale niech ci będzie, nie brzmi najgorzej. Skoncentrować się? Ach, chcesz telepatycznie przesłać innym sposób na łatwe uśmiercanie mastodonta... Niech ci będzie, spróbujmy. Ale nic więcej! Zresztą, ustalmy słowa tego przekazu... Ooo! Słyszysz?
     "Kurde, diabli nadali mi tu tych palantów. Takie ładne stadko nakrapianych sarenek poszłooo. Mastodont? No, powiedzmy, że mastodont się nada. Ptaszki przegonimy kamieniami. I-raz, i-dwa, i... nie ma już latających piranii? Jaka szkoda. Bardzo przyjemnie się je ubijało. Paskudne poczwary... i niegłupie zdaje się, skoro zawróciły po zabiciu dwóch. Mastodont..."
     Wyraz twarzy Junga świadczy niewątpliwie, że także słyszy ów przekaz, zdając sobie sprawę, że do nas - i o nas - jest kierowany. Skąd przychodzi? Kamienie...
     - Hej, wy tam! Na nagonkę się nadajecie raczej średnio, ale to nie powód, żebyście mieli umrzeć z głodu... Kiedy ostatnio coś jedliście? Miałem właśnie iść coś przekąsić. Moglibyśmy się razem zastanowić, jak przetransportować tę górę mięsa na polanę.
     Samotna kępa krzaków, daleko od lasu. Kto z niej wychodzi?
     - Pierona, nie strasz ludzi, partyzancie jeden. Pieczeń ci się marzy? Też bym zjod, ale dyć ta trawa jest, na mój gust, sucho jak pieprz. Chcesz nos spalić przy okazji? Jak to słońce działa na ludzi...
     - Polana? Dzięki, nie wybieram się tam. Zbiorowisko beznadziejnych przypadków. Nic mnie nie ciągnie do tego motłochu. Że dali mi lekarstwa i ubranie? Cóż... Powiedzmy, że mogę wspomóc cię intelektualnie. Nie jestem frachtowcem!
     Kto to jest? Ja już go chyba widziałem...


ciąg dalszy na następnej stronie

poprzednia stronapowrót do indeksunastępna strona

8
powrót do początku
 
Magazyn ESENSJAhttp://www.esensja.pl
redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.