Magazyn Esensja - Michał Studniarek "Legenda o ukrytym skarbie"

Magazyn ESENSJA nr 4 (XVI)
kwiecień 2002




poprzednia stronapowrót do indeksunastępna strona

Michał Studniarek
  Hitalia :  Legenda o ukrytym skarbie

     "I jak?"
     "Przewody zamka włazu są mniej więcej całe." - wysoki, niedźwiedziej postury mężczyzna wyciągnął rękę z wnętrza kasetki.
     "Jak to: mniej więcej?!", jego towarzysz, niewysoki brunecik o rozbieganych oczach wspiął się na palce i usiłował zajrzeć do środka.
     "Cholera", westchnął poirytowany. Wizja kontenerów wypełnionych najrozmaitszym dobrem zafalowała i znikła we mgle. "Jak myślisz, co można z tym zrobić?"
     - Wyrwać i opleść ci mózg, abyś wreszcie przestał świrować, Jokana! - warknął wielkolud. - Widziałeś to samo, co ja. Zabieram się stąd; jak chcesz, siedź tu dalej, aż zaczniesz świecić.
     Mężczyzna podniósł stojące na ziemi niewielkie plastikowe pudełko z wykręconymi z różnych części statku żarówkami i ruszył ku wylotowi korytarza. Jego umysł wypełniała jedna wizja: ciepłego posiłku i mocnego snu w szałasie.
     - Marin, jesteś cholernym materialistą. - rzucił za nim Jokana, roztaczając przed odchodzącym wizję delikatesów, jakie kryły się w ładowniach.
     "Nie chce mi się tyle czekać", doleciała myśl zza zakrętu. Jokana popatrzył jeszcze na otwartą kasetkę z przewodami, zatrzasnął ją i chwyciwszy drugie pudełko udał się za Marinem.



     - Wiesz co? - Zapytał Jokana - Przecież widziałem tam sprzęt przeciwpożarowy! Węże, łomy...
     Siedzieli wraz z Marinem w krzakach, susząc ubrania po obowiązkowej kąpieli dekontaminacyjnej w błocie. Podczas katastrofy statku musiał ulec uszkodzeniu jakiś element napędu, co zaowocowało podwyższonym stopniem promieniowania we wraku. Jedyną, choć niepewną metodą zabezpieczenia przed chorobą popromienną miały być kąpiele w niedalekim bagienku.
     - Pamiętam, sprzęt ratunkowy na wypadek, gdyby zawiodły zraszacze. A czy jesteś pewien, że on nadal tam jest? Zdaje mi się, że gdzieś w Grodzie widziałem toporek strażacki. Poza tym, rozmawiałem kiedyś z Tranquido. Te wszystkie grodzie są hermetyczne...
     - Wiem, wiem - Jokana machnął ręką - hermetycznie zamknięte, a każde bezpośrednie oddziaływanie na zamek spowoduje dehermetyzację ładowni. Przy otwieraniu młotem albo siekierą może mnie zassać do środka i... - Technik rozbryzgnął się na ścianie niczym postać z kreskówki.
     - Właśnie.
     - Idź do cholery! - Zdenerwował się brunecik - Nie mam zamiaru rezygnować z takiej masy dóbr tylko dlatego, że nie mogę otworzyć jakiegoś pierdzielonego zamka! Musi być jakiś sposób, rozumiesz? Musi!
     - Tak, jasne. - Marin uniósł ręce w uspokajającym geście. Jokanie wydawało się, że odbiera coś o przytakiwaniu wariatom.
     "Nie poddam się", myślał, zaciskając usta w wąską kreskę. "Zdechnę, ale otworzę te ładownie."
     - Jeśli skażenie będzie się utrzymywać na stałym poziomie, to jest to całkiem możliwe. - Marin skończył już zapinać koszulę i sięgnął po spodnie - Chodź, jest jeszcze co robić. Mam dwa stołki do zmontowania, a wieczorem przyjdą naostrzyć narzędzia.
     W kilka minut później dwaj mężczyźni przedzierali się przez dżunglę w kierunku rzeki.
     Z daleka Gród wyglądał jak dziwaczny zagajnik, otoczony kolczastymi krzewami. Dopiero z bliska można było odróżnić ściany wyrastających jak grzyby po deszczu chatek i szałasów. Nad nimi górował budynek szpitala: zbudowano go wspólnymi siłami rozbitków pod kierunkiem jakiegoś azjatyckiego inżyniera o niemożliwym do wymówienia nazwisku. Na tej budowie ludzie uczyli się wiązać lianami belki, konstruować drzwi i okiennice, kłaść strzechy z traw i liści, wreszcie - uszczelniać szpary pakułami. Podobnie jak szałasy czy chatki, szpital zbudowano z pni rośliny przypominającej bambus. Drzewko, nazwane od nazwiska odkrywcy khorstowcem, dawało się dość łatwo ścinać, a do tego bardzo szybko odrastało. Dzięki temu khorstowiec stał się podstawowym budulcem; niektórzy wyrabiali z jego segmentów także kubki czy pojemniki. Odkrycie tej rośliny znacznie przyspieszyło decyzję o przeniesieniu obozowiska z ciasnej leśnej polanki na położone wśród sawanny wzgórze. Teraz każdy, kto chciał, mógł wybudować sobie schronienie, zależnie od umiejętności i potrzeb. Wytyczono niewielkie, zbiegające się na placu przed szpitalem uliczki, wykopano dużą latrynę, w końcu otoczono całość zeribą z kolczastych krzewów. Ci, którzy nie potrafili budować, płacili za pomoc zwierzyną czy posiadanymi przedmiotami. Właśnie tak Jokana wszedł w posiadanie niewielkiej, ale silnej latarki, którą zawieszał u powały szałasu. Zbudował go razem z Marinem niedługo po tym, jak się poznali. Rychło się okazało, że doskonale uzupełniają się swoimi umiejętnościami: Marin był kiedyś mechanikiem, zaś Jokana pracował przy elektronicznych zabezpieczeniach mafii. Zdążyli uzyskać opinię ludzi, którzy razem są w stanie zmontować bądź naprawić niemal wszystko.
     Wieczór upłynął na intensywnej pracy. Marin złożył stołki, pobierając za nie załadowaną baterię do latarki i duży kawałek mydła. Jokana sprawdził ogniwa fotoelektryczne i wzbogacił się o kilka świnek skalnych. Na pytania o rezultaty kolejnej wyprawy do statku odpowiadał niewyraźnymi mruknięciami, dumając nad różnymi sposobami otwarcia ładowni. Na podobnych rozmyślaniach minął im posiłek, aż wreszcie obaj technicy ułożyli się spać na posłaniach z plastikowych płacht. Marin długo przekręcał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Jokanie śniło się bieganie po labiryncie korytarzy i nieustanne zmagania z zamkniętymi wrotami.



     Gdy Zirby Coreder otworzył oczy, słońce wychyliło się już zza czubków drzew. Leżąc, wsłuchiwał się w dochodzące z okolicy dźwięki i myśli. Wielu jego sąsiadów jeszcze spało, kilku szykowało się do sprawdzenia zastawionych w lesie pułapek. Ktoś zastanawiał się nad zdobyciem odpowiedniego budulca na konstrukcję nośną domu. Ta myśl wróciła byłego hydroponika do rzeczywistości. Co prawda belki na szkielet budynku i większość pokrycia ścian leżały obok niego w szałasie, ale musiał jeszcze naścinać ostatnią partię trzciny na dach. Westchnął ciężko i zdecydował się wstać.
     Ochlapał sobie ręce i twarz w tykwie z wodą, która została z poprzedniego dnia; z menażki wydobył kawałek ptaka na zimno, po czym wyszedł na zewnątrz. Niedaleko jego schronienia kilka osób siedziało przy ognisku, piekąc bądź odgrzewając swoje zdobycze. Coreder rozejrzał się za jakimś patykiem, a chwilę później obracał swoje śniadanie nad płomieniami. Ognisko dymiło, drewno nie było zbyt suche.
     - Jak kolejna noc w naszym "raju", Idril? - Zagadnął sąsiada, chudego blondyna o długich włosach, zakutanego w zieloną kurtkę.
     - Parszywie. - Spomiędzy gęstwiny włosów spojrzały na niego błyszczące oczy. - O'Callan chrapał tak, że unosiło się poszycie.
     Odpowiedni obraz wywołał uśmiech na twarzach siedzących.
     - Pomyśl sobie, że to jeszcze kilka dni...
     - Akurat! Zanim postawi chatkę, minie co najmniej tydzień. Albo i więcej, jeśli zdecyduje się na taki domek - Mężczyzna pokazał na niewielką budowlę o spadzistym, przetykanym mchem dachu.
     Coreder sprawdził, czy pieczeń jest już wystarczająco ciepła. Zaczął jeść, nie przerywając rozmowy z Idrilem. Planeta, na której się znajdowali, miała tą zadziwiającą właściwość, że wszyscy mogli odbierać swoje myśli. Wszystkich otaczał nieustanny, cichy szum setek krótszych lub dłuższych zdań, wyrwanych z kontekstu, pojedynczych słów, rozmaitych obrazów. Wystarczyło skoncentrować się na czyjejś myśli, aby móc swobodnie prowadzić telepatyczną konwersację. Gdy jeszcze tak niedawno oszołomieni i ranni wychodzili z wraku, wydawało im się, że zwariowali. Wiele przekleństw rzucono i wiele kości połamano za podsłuchiwanie cudzych myśli, nim zaczęto się do tego przyzwyczajać. Niemniej pojęcie prywatności niemal przestało funkcjonować. Chyba tylko z przyzwyczajenia nie zrezygnowano jeszcze z mowy.
     "Swoją drogą, nieźle ci ten szałas wyszedł", Idril popatrzył na dom Coredera. "Nie szkoda ci go rozbierać?"
     "Jakoś nie. To miejsce jest równie dobre jak tamte", Zirby kiwnął brodą w stronę lasu, "Z całym szacunkiem dla Flowera, życie obrzydziło mi hodowlę flory. Nie mam ochoty jej oglądać. Zresztą przenosiny oznaczają kolejny dzień zbierania budulca, przedzierania się przez dżunglę, wybierania odpowiednich drzewek, obcinania gałęzi i tak dalej... Co z tego, że ktoś przez rok będzie mnie zaopatrywał w żarcie? Sam potrafię o to zadbać. Wolę opchnąć trochę zdobyczy za kawał soli, materac, nóż albo jakąś... książkę.", uśmiechnął się.
     Idril pokiwał głową. Z pozostałych po śniadaniu kości wygrzebał jedną, cienką i łukowato zagiętą. Przez dłuższy czas zastanawiał się, jak wywiercić w niej dziurę. Nagle wyobraził sobie, jak Coreder usiłuje tego dokonać przy użyciu "pazurów Tsur": cienkich, wysuwanych ostrzy z tytanu wszczepionych w śródręcze jego dłoni. Hydroponik nigdy nie mówił, skąd wzięły się one u pracownika badawczego stacji upraw bezglebowych, a Idril nigdy o to nie pytał. Nauczył się chować swe myśli przed ciekawskimi za zasłoną mentalnego zgiełku, sam też nie zamierzał włazić do cudzej głowy bez zaproszenia.
     "Cholera, tak bardzo brakuje nam porządnych narzędzi", pomyślał.
     "Racja", dobiegło go od Zirby'ego. "A co do mojego wszczepu, to nim daje się szlachtować ludzi, ale nie wykonywać precyzyjną pracę."
     - Kolonizacja, psia mać! Raj na ziemi, cholera! - burknął jeden z siedzących przy ognisku. - Pieprzona katastrofa!
     Blondyn zacisnął zęby. Przypomniał sobie, jak nieustannie nagabywany przez federacyjną bezpiekę literat i muzyk przystał na udział w nielegalnej kolonizacji jakiejś zapomnianej przez wszystkich planety o dziwnej nazwie. Na statku znalazł się wraz z sześciuset innymi ludźmi, a każdy z nich miał powód, by zniknąć z dotychczasowego życia. Tak właśnie spotkał O'Callana, dawno nie widzianego znajomego ze studiów. Patrząc na jego łagodną twarz trudno było uwierzyć, że ścigano go za zabicie gołymi rękami trzech uzbrojonych żołnierzy Federacji.
     Wszyscy mieli się obudzić na tej planecie otoczeni gotowymi do rozładowania kontenerami. Gdyby nie katastrofa statku, zapewne siedzieliby teraz w eleganckich domkach i popijali schłodzone piwo, patrząc na roboty pracujące przy irygacji.
     Z tych rozmyślań wyrwał go czyjś głos.
     "Obuchowitz, sprzedaj mi ptaka albo kiść tych owoców, które jadłeś wczoraj na śniadanie, a skombinuję ci takie wiertło, że mucha nie siada", proponował jeden z siedzących przy ognisku, wysuszony mężczyzna o włosach nakrytych brudną czapką.
     - Co to będzie? Kawałek drutu? Dobra...
     Mężczyzna wstał, a w zebranych uderzył odór dawno nie mytego ciała.
     - Dobroci łaskawa... Zapoznaj się bliżej z wodą w strumieniu, dobra, Johnson? - rzucił Coreder. - Tylko na wszystkich bogów, poniżej miejsca skąd bierzemy wodę!
     - Jasne, stary... Ty woniejesz jak kalifornijska róża... Jeśli chcesz, bym się umył, to skombinuj mi mydło - Odburknął Johnson i odszedł powolnym, lekko utykającym krokiem.
     "I może jeszcze zasypkę do..." pomyślał za nim Zirby. "Rusz to swoje "do" i zarób na mydełko. Albo szoruj się piaskiem."
     Słowa wpadły w pamięć tamtego jak kamień w wodę.
     Ludzie powoli kończyli jeść, rozchodzili się do swoich zajęć. Do ogniska przysiedli się spóźnialscy, którzy dopiero co wstali. Ktoś przyniósł naręcze strzał i zaczął utwardzać w ogniu ich groty.
     - Komu w drogę temu czas - Coreder ze stęknięciem podniósł się z ziemi. - Idę naścinać materiału na strzechę. Wrócę koło południa.
     - Pomogę ci. - Obuchowitz wytarł palce w trawę. - Zapasów mam sporo, mogę nawet handlować. Gdybyś się chciał ogolić, masz tu mój ostatni wynalazek.
     - Co to? - były hydroponik nieufnie obejrzał mały nożyk wycięty z pędu khorstowca. "Dzięki, ale nie chciałbym po tym goleniu wyglądać tak jak ty", dodał w myślach, patrząc na podrapaną twarz Idrila.



     Tej nocy przypływ był wyjątkowo silny i zabrał większą część plaży. Manuela Ester Tranquido spacerowała po chłodnym piasku, wybierając co ładniejsze muszle. Czekała, aż słońce odparuje wodę z wykopanych dołów i zostawi na ich dnie burą sól.
     Fale wyrzuciły na brzeg wodorosty, kawałki drewna, a także dziwne, morskie stworzenia, jakich nigdy jeszcze nie widziała. Przykucnęła nad tworem przypominającym podartą czerwoną gąbkę i patykiem odwróciła go na drugą stronę. Mały otwór gębowy spazmatycznie otwierał się i zamykał. Obejrzała sobie dokładnie rybę, a kiedy już zamierzała rzucić ją w morze wychwyciła jakąś obcą myśl. Ktoś szedł ku plaży. Ester sięgnęła myślami w tamtą stronę i odetchnęła.
     Zza wydmy wyłonił się Jokana. Gdy podszedł bliżej, dostrzegła, że ma bardzo wypchane kieszenie.
     - Po co targałeś ze sobą te wszystkie części? - Zapytała. - Nie mogłeś zostawić ich w moim szałasie?
     - Nie chciałem włazić bez pozwolenia. - wyjaśnił. - Poza tym wiesz, ludzie na Hitalii mają lepkie ręce. Wolałem mieć je przy sobie. Nadal starasz się zmodyfikować prądnicę? Chyba mam coś dla ciebie...
     Zaprezentował dziewczynie kilka nieźle zachowanych podzespołów i płytek. Ester usiadła na piasku i zaczęła je przeglądać.
     - Wezmę to... i to... ale na cholerę mi taki opornik? Przecież on nie wytrzyma napięcia!
     Jokana speszył się. Pracowicie wydłubywał z wraku rozmaite elementy w nadziei, że będą do czegoś przydatne kolonistom. Ten opornik wyciągnął specjalnie dla niej. Cóż, jedni przynoszą kwiaty, drudzy oporniki i układy scalone.
     Dziewczyna odgarnęła spadające na czoło czarne włosy, jakby w ten sposób chciała odpędzić jego spojrzenie. Doskonale wiedziała, że podoba mu się; niestety, nie mogła powiedzieć tego samego o nim. Jokana również o tym wiedział: na tej planecie niewiele myśli można było skutecznie ukryć. A jednak wciąż przychodził aby ofiarować różne części bądź po prostu zapytać, jak się żyje.
     - No dobrze... - bąknął, chowając element do kieszeni. - Cóż... może jeszcze kiedyś się przyda... - Jego usta wykrzywiły się w coś na kształt przepraszającego uśmiechu.
     - Chciałeś jeszcze o czymś ze mną pogadać, prawda? - Zapytała Ester. Pragnęła, aby ten niespełniony wynalazca wyrzucił z siebie wreszcie, co mu leży na wątrobie i zostawił ją samą. Nim woda w lejach odparuje, zdążyłaby się jeszcze wykąpać w morzu.
     - Zdaje się, że wymyśliłeś kolejny niezawodny sposób otwarcia ładowni i potrzebujesz mojej pomocy oraz rady?
     - Hm, tak... zgadza się. A zatem, wyobraź sobie, że...
     Po kwadransie zawiłego wyjaśniania, pełnego zagmatwanych obrazów i rysunków na piasku, miała go już serdecznie dosyć. Nie rozumiała nic z tego, co usłyszała i odebrała telepatycznie; gdzieś po zakamarkach jej mózgu tłukły się tylko skomplikowane pajęczyny obwodów, które należałoby zbudować i długa lista przedmiotów niezbędnych do pracy.
     - I co o tym myślisz? - Zapytał Jokana, patrząc na nią rozgorączkowanym wzrokiem.
     - Oszałamiające - Odparła zgodnie z prawdą. - Powinieneś zgłosić się do Kaktusa, by wydał ci nieco plastiku z walizki, która pozostała po tym, no... nieważne. Podłożyłbyś to pod statek i wysadził go w powietrze, byłoby o niebo prościej.
     Eksplozja w jej umyśle rozbłysła oślepiająco. Odruchowo cofnęła się, klnąc w myślach swój niewyparzony jęzor. W głowie miała obraz rozrywanych wrót, wirujących kawałków poskręcanego metalu... a zaraz potem ujrzała siebie, opromienioną złocistą aureolą.
     - Tak! Tak!! Tak!!! - Krzyczał Jokana, uderzając dłońmi w piasek. - Dziewczyno, jesteś genialna!
     Ester westchnęła głęboko.



ciąg dalszy na następnej stronie

poprzednia stronapowrót do indeksunastępna strona

10
powrót do początku
 
Magazyn ESENSJAhttp://www.esensja.pl
redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.