Magazyn Esensja - Marcin Jankowski "Przyjaciel dobrego"

Magazyn ESENSJA nr 4 (XVI)
kwiecień 2002




poprzednia stronapowrót do indeksunastępna strona

Marcin Jankowski
  Hitalia :  Przyjaciel dobrego

"Jeśli siadasz przy tym stole, zważ że światło nienajlepsze,
a partnerzy w każdym razie przypadkowi.
Popraw pludry, nim usiądziesz i pod boki się podeprzyj,
bo pewności siebie brak nowicjuszowi.
Kart nie sprawdzaj - znakowane, ale nie daj znać, że wiesz to
bo obrażą się i wstaną od stolika.
Przegrasz tak czy owak, chyba że oszukasz, ale zresztą
Nie po kartach się poznaje przeciwnika."
J. Kaczmarski "Szulerzy"

     Gorąco.
     Gorąco i duszno.
     Pod sklepieniem drzew powietrze jest nieruchome i ciężkie. Ukośne smugi słonecznego blasku tną zielony półmrok na mozaikę świateł i cieni, rysując na ziemi powolny, ruchomy deseń upływającego czasu.
     Siedzę ukryty pomiędzy pokancerowanymi wiatrem i deszczem wapiennymi skałkami i czuję, jak koszula oblepia mi plecy a krople gryzącej, słonej wilgoci spływają w kąciki oczu.
     Czekam.
     Pas wysokich żółtych traw na granicy drzew zafalował jak poruszony wiatrem, ale rozgrzane powietrze nawet nie drgnęło. To może być coś, co da się upolować. Nałożyłem strzałę na cięciwę łuku.
     Z kępy źdźbeł wysunęła się niewielka głowa, obdarzona parą wyłupiastych ciemnych oczek. Ślepia mrugnęły kilka razy, lustrując polankę, po czym zwierzę zniknęło na powrót w ścianie spłowiałej zieleni. Uśmiechnąłem się lekko. Jager złapał takiego sześcionogiego "kota" we wnyki. Twierdził potem, że zwierz jest jadalny. Czyli mamy potencjalny obiad.
     Sześcionóg wygramolił się z trawy i stanął słupka, obserwując rozsypane na ziemi bladożółte kulki owoców i węsząc. Cwaniak, pomyślałem. Widzi żarcie, ale jest ostrożny.
     Zwierzę opadło na swoje sześć łap i potruchtało w moją stronę. Ostrożnie napiąłem łuk, czując jak wyszlifowany z ceramicznego okrucha grot prawie parzy zaciśniętą na broni dłoń.
     Cholerny upał.
     Zwierzak minął wbity w ziemię kij oznaczający odległość, którą wystrzelone strzały przelatywały w miarę prosto. Odczekałem jeszcze sekundę, aż wejdzie w plamę światła i zwolniłem cięciwę.
     Trafiony "kot" podskoczył, wywinął niezgrabne salto i miękko pacnął w ściółkę. Pogratulowałem sobie celnego strzału i wyskoczyłem z kryjówki - dwa dni temu postrzelona ofiara szamocąc się złamała jedną z trudem wykonanych strzał.
     Tym razem jednak "pazury Tsur" nie były potrzebne. Zwierzę zdechło prawie natychmiast z przeciętym grotem kręgosłupem.
     - Chciałeś zjeść, a teraz ciebie zjedzą. Takie życie. - powiedziałem, wyciągając drzewce z grzbietu pokrytego krótkim jak u kreta futrem burego koloru. Zachodzące już białawą błoną czarne oczy patrzyły na mnie nieruchomo. Odwróciłem głowę. Głupi, bezsensowny gest u kogoś, kto zabijał na arenie, w walce twarzą w twarz, ale nigdy nie zdołałem się go pozbyć. Może gdybym zdołał, nie musiałbym teraz polować sposobami neandertalczyka w lesie obcej planety.
     No właśnie. Planeta. Hitalia - niedoszły raj, który miał być zasiedlony przez potępieńców. Nowy Świat! Nowe możliwości! Wolność! Telepatia!
     I wyczołgiwanie się na kolanach z pogruchotanego wraku. Palenie trupów na stosach. Zimno i głód. Noce na gołej ziemi, obok rannych i umierających, z którymi telepatycznie WSPÓŁCZUJESZ. Pełny przegląd tego, co wydała cywilizacja: buntownicy, złodzieje, mordercy, fanatycy, hackerzy, żołnierze, faszyści, anarchiści, inkwizytorzy, bojownicy o wolność waszą i naszą, narkomani i cwaniacy. Którzy oczywiście zaczęli od wznoszenia jedynie słusznych sztandarów i ideologii oraz od brania się za łby. Sartre mówił, że "piekło to inni". Pudło: piekło to my - wystarczy dać nam trochę czasu.
     Potrząsnąłem głową, żeby odpędzić takie myśli. Niezależnie od tego, jaki rodzaj świata przypadł mi w udziale, będę się musiał starać w nim przeżyć. Ekologia uczy - przeżywa najlepiej przystosowany; muszę się przystosować.
     Podniosłem upolowanego "kota" z ziemi. Dość, pomyślałem. Mam żywności na dwa dni. Starczy tego polowania.
     Za skałkami leżały moje wcześniejsze trofea: "skalna świnka", dwie złowione na płyciźnie strumienia ryby i garść kłosów hitaliańskiej "kaszy", przypominającej Cerealia betelina hodowaną na federacyjnych plantacjach. Obok na zrolowanej kurtce tkwił sfatygowany i podrapany plastikowy bidon. Podniosłem go i pociągnąłem łyk, krzywiąc się jednocześnie. Woda nagrzała się w upale i nabrała obrzydliwego mdło-żelazistego smaku.
     - Paskudztwo - stwierdziłem specjalnie głośno, ocierając jednocześnie usta. W ciszy tego lasu było coś niesamowitego - nie mogłem pozbyć się uczucia, że coś mnie w skupieniu bacznie obserwuje. - Muszę iść bardziej na wschód, znaleźć jakiś strumień, który nie przepływa przez bagna.
     Odchodząc obejrzałem się jeszcze. To było dobre miejsce, przez trzy dni pod rząd zawsze zdobywałem tu coś do jedzenia. Niestety, zwierzęta także się uczą. Dzisiaj pół dnia dało jednego małego "sześciokota", jutro mogłoby nie być już żadnego. Jestem.... byłem hydroponikiem, pół mojego życia spędziłem nad jadalną albo użytkową florą, ale ekosystemu Hitalii dopiero się uczyłem i jeszcze wiele czasu upłynie, zanim nauczę się z niego korzystać. Kto wie, czy w ogóle to kiedykolwiek nastąpi. Nie mam odczynników, komputera, analizatorów chemicznych i spektrofotometrycznych, wirówek, ekstraktorów ani nawet zwykłego zestawu polowego. W Cambel's Claim pracowałem otoczony górami sprzętu, tu do dyspozycji miałem tylko własną pamięć, a z urządzeń pozostała mi tylko gladiatorska pamiątka - ostrza wszczepione w prawą dłoń. Na tej planecie był sprzęt - w ładowniach "Fenixa", ale wydobycie go nie wyglądało na prawdopodobne. Nasz środek transportu wywalił solidną dziurę w skorupie planety i teraz znajdował się jakieś sto jardów pod jej powierzchnią. Zresztą żeby mieć szansę wykorzystania sprzętu, najpierw musiałbym wrócić do obozu, a tę ewentualność przestałem rozważać już jakiś czas temu. Pomagałem ile mogłem, czas zadbać o siebie. Koloniści poradzą sobie beze mnie.
     Wyszedłem na skraj lasu. Gorące, żółte słońce Hitalii minęło niedawno zenit i nad sawanną tańczyło rozgrzane powietrze zniekształcając krajobraz. Osłaniając oczy od blasku popatrzyłem ponad lasem. Wąska, pokręcona smużka dymu wykwitała ponad drzewa. Nowy obóz. Z miejsca, w którym stałem, nie było widać wraku, zasłoniętego podwójnym wapiennym szczytem Małpiej Czaszki. Śladem po katastrofie był tylko szeroki pas zwęglonych drzew, popiołu i rozmaitych śmieci ciągnący się jak piekielna droga przez płaskowyż leżący pode mną. Pożar zgasł już kilka dobrych dni temu, a w powietrzu wciąż unosił się mdły, duszący smród spalenizny. Teraz nie był szczególnie mocny, ale wieczorem, kiedy ustanie wiatr, a nagrzana po całym dniu ziemia zacznie stygnąć, na równinie nie będzie czym oddychać. To nie tylko fetor ze spalonych "wybuchowych drzew". Bóg jeden wie, ile zwierząt nie zdołało uciec z pożaru. Chociaż z drugiej strony, na przyszły rok - o ile ten hitaliański rok ma jakieś pory - trawa będzie tu wyjątkowo gęsta i bujna, doskonała jako teren łowiecki. Warto o tym pamiętać. O ile oczywiście dożyję przyszłego roku...
     Rozpalone jak piec muflowy słońce parzyło twarz i ramiona. Poprawiłem przewieszoną przez ramię płachtę ze zdobyczą i popatrzyłem jeszcze raz w kierunku obozu.
     - Farewell, Kaktus - mruknąłem. - Jak to stoi w Księdze Koheleta, "jest czas brania i tracenia, czas posiadania i czas na odrzucenie". Tak samo przyszedł czas na pożegnanie.
     Początkowo szedłem, próbując wybierać jak najkrótszą drogę, na przełaj przez las, ale w miarę posuwania się na wschód, pomiędzy drzewami pojawiało się coraz więcej rozłożystych niskich krzewów o twardych jak kamień pędach, na domiar złego usianych kolcami. Ciernie łapały mnie za ubranie i drapały po rękach, a złamane brudziły lepkim, mażącym się sokiem, do którego kleiły się kawałki kory, trawy, suchych liści i dziesiątki innych nierozpoznawalnych strzępów. Próbowałem łamać krzaki przy pomocy kija, ale ten tylko wiązł w kolczastych gałęziach. Po jakiś dwóch godzinach marszu stwierdziłem, że zbaczam coraz bardziej ku północy, w kierunku bagien i moczarów, a jednocześnie wyglądam jakbym wytarzał się w ściółce. Zatrzymałem się na chwilę. Przez bagna nie znałem żadnego przejścia, a nawet jeśli takie istnieje, pewnie nie znajdę go przed zmrokiem. Z drugiej strony nocowanie samotnie w lesie zupełnie mi się nie uśmiechało. Prawda, był cichy, ale nie znaczyło to, że jest wymarły. W czasie przedzierania się przez chaszcze parę razy słyszałem, jak coś chrupiąc suchymi patykami znika głębiej w gęstwinie i czułem telepatycznie obecność czegoś żywego. Skoro między drzewa zaglądały stworzenia w rodzaju "sześciokota", to na pewno były też i takie, które "sześciokotami" się żywiły. Pamiętałem jeszcze moje pierwsze spotkanie z dużym okazem hitaliańskiej fauny i chociaż okazał się on roślinożercą, to drugi raz mogę mieć mniej szczęścia.
     Odruchowo spojrzałem na przegub, ale jedyną pamiątką po zegarku był tylko pasek jaśniejszej nieopalonej skóry. Mojego Citizena ukradł ktoś pierwszej nocy po lądowaniu, zapewne nie wiedząc, że czasomierz nie zniósł katastrofy i przestał chodzić. Zdumiewające, jak przewrotne poczucie humoru może mieć czasami ślepy przypadek. Podniosłem głowę w górę, próbując ustalić położenie słońca pomiędzy powyginanymi konarami drzew. Pasma przeświecającego z góry światła nabrały pomarańczowego odcienia, barwiąc matowym złotem chmurki wzbitego przeze mnie kurzu. Idzie wieczór - pomyślałem, opierając się o stojące obok mnie drzewo. Co dalej?
     Woda w bidonie była chyba jeszcze bardziej mdła i ciepła, niż w południe. Wylałem trochę na dłonie i otarłem kurz, poznaczony gdzieniegdzie plamkami zakrzepłej krwi z zadrapań. Kolejne blizny do kolekcji - stwierdziłem, oglądając pokaleczone ręce. Przez jedenaście lat na Stacjach trochę się tego zebrało: pękające szkło labo, noże do próbek, oparzenia palnikiem i chemikaliami... I oczywiście pamiątki po wszczepieniu "pazurów", a potem po arenie. Jak mawiał Genszer, nasz stacyjny lekarz " ręka nie dupa, gładka być nie musi ". Mój Boże, przecież staruszek też chciał wyrwać się z Rossa i lecieć na Hitalię... Twoje szczęście, łapiduchu, że dziadków nie brali, bo byś pewnie nie przeżył katastrofy.
     Rozejrzałem się jeszcze raz dookoła i zdecydowałem, że nie ma sensu pchać się dalej przez krzaki. Przejdę skrajem lasu u podnóża nadmorskiej wysoczyzny i za bagnami skręcę na północny wschód, w kierunku otwartego stepu. A co tam?... Co wtedy? Nie wiem.
     ŁUP!
     Huk był tak bliski i niespodziewany, że aż podskoczyłem. Pień koło mnie zatrząsł się, sypiąc mi na głowę kawałki kory. Jakieś hitaliańskie zwierzęta czy ptaki z furkotem i trzaskiem poderwały się z pobliskich drzew, krzycząc przeraźliwie. Poczułem, jak mimo upału robi mi się zimno. Znałem ten dźwięk. Nikt, kto go słyszał, nigdy go nie zapomni. Ostry, suchy grzmot rozrywającego się ładunku kumulacyjnego. Przed oczami stanął mi obraz smugi ognia, a potem przypomniałem sobie potworny łomot walącej się na ziemię sześćdziesięciometrowej kopuły ze szkła i stali. Zamach "Zielonych Braci" na La Rabidę. Echo przetoczyło się pomiędzy drzewami i przepadło gdzieś w głębi lasu.
     Spokojnie - powiedziałem głośno, biorąc głęboki oddech. - To pewnie ktoś z "kolonistów" poluje na mastodonty przy pomocy ładunków Kerrica.
     Na bagnach?
     Powinienem odwrócić się i odejść. Obiecywałem sobie, że zajmę się własnymi sprawami i nie będę się więcej mieszał w problemy rozbitków. Ale zanim przestraszona fauna leśna uspokoiła się, szedłem najszybciej jak się dało w stronę, z której usłyszałem wybuch. Sentymenty i głupota wychodzą z człowieka w najdziwniejszych sytuacjach.
     W miarę posuwania się na północny zachód las nikł, zastępowany coraz gęstszą trawą i wysokim, sprężystym sitowiem. Ziemia pod nogami dudniła głucho przy stąpnięciu, od czasu do czasu zamieniając się w kałuże płytkiego, torfiastego błota. Na moje szczęście na Hitalii nie było moskitów, komarów i innego bzyczącego tałatajstwa, które na innych planetach są w stanie zagryźć człowieka na śmierć. A może i były, tylko jeszcze nie zorientowały się, że przybył im nowy gatunek ciepłokrwistego żywiciela.
     Na szczycie niewielkiej naturalnej grobli, sięgającej z lasu w głąb bagna zwolniłem kroku, a potem zatrzymałem się. Okolica wyglądała jakby znajomo... Ostrożnie zszedłem kilka metrów niżej i rozejrzałem się. Kilka zbutwiałych pni, sterczących z jeziorek ciemnej w poczerwieniałym świetle słońca wody, labirynt kępek mchu i trawy, spora wysepka z samotnym drzewem na środku nieforemnego rozlewiska...
     Gwizdnąłem cicho. Pod drzewem na kawałku suchego lądu wciąż było jeszcze widać krąg uschniętej trawy, połamanej pod ciężarem pakietów, worków i rozmaitych skrzyń, sortowanych przeze mnie, Jagera, Idrila i Kawaii po tym, jak wydobyliśmy je z kapsuły. Doszedłem do tego miejsca z przeciwnej strony i od śladów naszego prowizorycznego magazynu dzieliła mnie szeroka na kilka jardów bruzda wypełniona ciemno-brązową, mętną wodą. Pamiętałem też doskonale, że w tej wodzie żyły całkiem spore zwierzęta, przypominające jedne z paskudniejszych stworzeń jakie widziałem w życiu, Wężymordy z Krügera 50. Cofnąłem się kilka kroków na suchszy kawałek gruntu.
     To, co słyszałem, mogło być odpaleniem rygli zamkowych zasobnika. Mogło. Tyle, że kiedy ładunki wybuchowe odrzucały arkusz plastali, ja stałem po kolana w cuchnącej wodzie, zatykając uszy. Fakt ten miał miejsce dobre kilkanaście dni temu i jego następstwem było zatonięcie kapsuły jakieś 40 jardów stąd. Ładunek, który zawierała kapsuła, okazał się być dodatkowo kupą szmelcu i tandety, więc tym bardziej mało prawdopodobne, aby w tym, co zatonęło, znalazł się pocisk przeciwpancerny.
     Na powierzchni rozlewiska coś błyszczało. Słońce wisiało już nisko nad zachodnią ścianą lasu na przeciwległym brzegu bagna, ale jego promienie dawały jeszcze dość blasku, żeby rozświetlać czerwienią i pomarańczem dno moczarów. Kiedy zacząłem się przyglądać uważniej, odkryłem więcej nieostrych rozmytych kształtów i barw unoszących się w wodzie. Obejrzałem się za siebie na jeziorka które mijałem, ale ich tafla była gładką płaszczyzną, gdzieniegdzie upstrzoną kępką trawy. Odbite od wody światło raziło w oczy i oślepiało, mamiąc wzrok rozbłyskami i powidokami. Zacząłem ostrożnie obchodzić zastoisko, starając się znaleźć jakiś lepszy punkt obserwacyjny, ale przedmioty w wodzie były zbyt małe, żeby rozpoznać je z tej odległości. Jednego byłem pewien - nie widziałem ich, kiedy byłem tu poprzednim razem.
     Obszedłem już ponad połowę jeziorka, kiedy zorientowałem się, że nie jestem tu sam. Przed oczami mignęło mi kilka chaotycznych, rozchwianych obrazów bagien, a do mózgu spłynęły odczucia złości i obrzydzenia, podszytych strachem. Wrażenie było tak sugestywne, że chociaż stałem na suchym kawałku terenu instynktownie złapałem za suchą gałąź nad moją głową, broniąc się przed zapadnięciem się w wyimaginowane błoto.

ciąg dalszy na następnej stronie

poprzednia stronapowrót do indeksunastępna strona

18
powrót do początku
 
Magazyn ESENSJAhttp://www.esensja.pl
redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.