Magazyn Esensja - Marcin Jankowski "Kamuflaż"

nr 8 (XX)
październik 2002




powrót do indeksunastępna strona

Marcin Jankowski
  [Hitalia] :  Kamuflaż

        Kontynuujemy HIsTorie dziejące się w telepatycznych warunkach świata Hitalii. "Kamuflaż" opisuje wydarzenia mające miejsce wkrótce po akcji "Projektu 'Hitalia'"...
Autor pisze o sobie:
Mieszkam w Rumii, mam lat 26, jestem absolwentem Wydziału Biologii, Geografii i Oceanologii Uniwersytetu Gdańskiego, mam tytuł magistra w dziedzinie oceanografii fizycznej ze specjalizacją z geologii morza; obecnie robię doktorat na UG. Zainteresowania zawodowe: geofizyka, geologia, oceanografia satelitarna, modelowanie komputerowe. Zainteresowania pozazawodowe: SF&F, militaria i technika wojskowa, EL-muzyka, wszelkiego rodzaju gry strategiczne (komputerowe i nie tylko); Hitalijczyk właściwie od samego początku ;), zadeklarowany Kaktusowiec, czujący szczerą i nieodpartą niechęć do Anarchistów! ;)
W niniejszym cyklu publikowaliśmy także inne opowiadanie autora: "Przyjaciel dobrego".

Naszym podstawowym celem jest zwiększenie
zdolności zabijania naszych broni
Rzecznik prasowy dowództwa wojsk rakietowych US Army

Była to zabawa w chowanego, rozgrywana
na milionach mil kwadratowych [...].
Przegrywający umierał.
Tom Clancy "Czerwony Sztorm"

Ilustracja: 'Polyphem', Robert 'Blutengel' Łada
Ilustracja: 'Polyphem', Robert 'Blutengel' Łada
     Okręty wojenne rzadko kiedy są ładne. Wojskowe kryteria, według których ocenia się ich przydatność, zwykle nie biorą pod uwagę estetyki albo umieszczają ją na tak dalekim miejscu, że trudno się jej dopatrzyć w projekcie. Jednak nawet oceniając według niewygórowanych militarnych norm, "Polyphem" - fregata klasy Blizzard - była okrętem wyjątkowo brzydkim. Matowo czarny, długi na ponad dwieście metrów kadłub pozbawiony był jakichkolwiek łagodnych krzywizn czy łuków, a płyty poszycia, schodząc się pod ostrymi kątami, zniekształcały sylwetkę statku ciągami zębatych występów. Przypłaszczona, przypominająca kształtem bunkier nadbudówka z pomostem bojowym wyglądała jak niesymetryczny, kanciasty garb na wierzchnim pancerzu. Nawet bliźniacze dysze potężnych jonowych silników obudowane były graniastymi osłonami w kształcie piramid, które rozpraszały strumienie wylotowe w słabo widoczną błękitną poświatę. Poza tym mdłym blaskiem, ostrych linii kadłuba nie podkreślało nic - okręt nie miał zapalonych choćby kolorowych ogników świateł pozycyjnych. Z pewnej odległości fregata przypominała gigantyczną zabawkę origami, złożoną z czarnego papieru, sunącą w przestrzeni.
     Za cenę tej brzydoty i nieefektowności konstruktorzy okrętu osiągnęli jednak coś innego - niemal absolutną niewykrywalność przez radary, czujniki podczerwieni i sensory elektrooptyczne. Korzystając ze swoich właściwości stealth, "Polyphem" mógł niezauważony jak cień, pojawić się i zniknąć. Mógł być milczącym i niewidocznym obserwatorem lub szpiegiem, ale mógł być też niewidzialnym zabójcą - wśród wielokątnych pokrywy na pancerzu były także osłony dział plazmowych, laserów i wyrzutni rakietotorped. Mała i słabo uzbrojona w porównaniu z gigantycznymi, kilometrowej długości lotniskowcami i krążownikami rakietowymi była na swój sposób groźniejsza od nich - niezauważona mogła pojawić się, uderzyć z zimną, wyrachowaną precyzją i zniknąć, zanim zaatakowany zdołał w ogóle zareagować.
     Teraz jednak "Polyphem" tylko nasłuchiwał i obserwował. Zawieszony w zimnej pustce, daleko poza najdalszymi śladami atmosfery, śledził czujnikami obracającą się pod nim planetę i setki milionów kilometrów sześciennych otaczającej ją próżni. Awionika i komputery fregaty filtrowały i przetwarzały spływające dane, wysyłając je na ekrany Centrum Informacji Bojowej. Tutaj z chaosu najróżniejszych sygnałów, zamienionych na liczby i symbole powstawał porządek - syntetyczny, spójny obraz otaczającej okręt przestrzeni.
     Komandor Edward Hevit, dowódca "Polyphema" poprawił się w fotelu. Przed sobą, na głównym ekranie, miał widok na oświetloną słońcem, popstrzoną rzadkimi chmurami północną półkulę planety. Światło odbijało się od oceanu i łamało barwnymi pasami widma na krawędzi atmosfery. Przez ponad dwadzieścia lat spędzonych w kosmosie Hevit nigdy nie znudził się tym widokiem - zawsze fascynowała go gra świateł i barw na tle atramentowej czerni próżni. Tym razem jednak feeria kolorów nie cieszyła go jak zwykle, lecz wręcz przeciwnie, przypominała o powracającym ciągle niepokoju. W locji druga planeta słońca HIT-1, która majestatycznie obracała się tysiąc dwieście kilometrów pod "Polyphemem", była oznaczona kodem "00" - co pozwalało się spodziewać spalonej twardym promieniowaniem bryły żużlu, gazowego olbrzyma albo kuli wrzącej magmy; tymczasem w jej widmie spektralnym lśniły linie chlorofilu, tlenu, azotu i wody, a szerokopasmowa kamera bez trudu wychwytywała z oceanu sygnał "substancji żółtych" - rozkładającej się materii organicznej. A locje układano na podstawie danych z wojskowych bezzałogowych satelitów eksploracyjnych... Gdyby ta "pomyłka" była jedynym problemem, komandor Hevit pewnie przeszedłby nad nią do porządku dziennego - Armia zawsze miała tajemnice i nie mówiła całej prawdy - ale były jeszcze dane z nasłuchu radioelektronicznego i czujników sigint.
     "Polyphem" kończył właśnie długi, rutynowy - i nudny - patrol na granicy Zewnętrznych Sektorów, kiedy kodowanym łączem tachionowym przyszedł rozkaz przejścia na nową pozycję. Ani sam Hevit, ani tym bardziej załoga nie była zachwycona; ponad miesiąc monotonnego "czesania" przestrzeni zmęczył personel "Polyphema" i odebranie pięćdziesięciu dwóm ludziom perspektywy bliskiej przerwy w turze bojowej nie wpłynęło pozytywnie na morale. Na domiar złego rozkazy były denerwująco niespójne - nakazywały wyjście z podprzestrzeni w miejscu, które jak wynikało z map nawigacyjnych było odległe o prawie osiemset tysięcy kilometrów od planety, mającej być punktem docelowym "Polyphema" i żądały absolutnej i bezwzględnej ciszy radiowej. W pierwszej chwili Hevit podejrzewał, że ma być niespodziewanym obserwatorem jakiś manewrów Floty (Dowództwo lubowało się w niezapowiedzianych inspekcjach) a tak odległy punkt patrolowania jest zabezpieczeniem przed pomyłką w danych nawigacyjnych (na wypadek gdyby planeta miała własny pas asteroidów albo krążyła po innej niż podana orbicie) i dopiero na miejscu przeżył niezbyt miłe zaskoczenie. Kiedy tylko "Polyphem" zszedł ze skokowej, okazało się, że nie jest sam - jego sensory wykryły całą grupę uderzeniową, łącznie z dwoma krążownikami, rozwiniętą na orbicie jego docelowej planety HIT-1-2. Przypominało to przygotowania do bitwy - okręty miały włączone wszystkie radary, osłony energetyczne i systemy bojowe. Zmuszona rozkazami do maksymalnej skrytości działania i ciszy radiowej fregata wyłączyła silniki i zaczęła swobodnie dryfować, prowadząc tylko nasłuch. Komandor - przekonany, że się spóźnił i już widzący oczyma wyobraźni naganę, którą otrzyma z Dowództwa dopiero po dwóch dniach - zorientował się, że to co odbiera system commint jego okrętu, przestało przypominać jakiekolwiek manewry. Na planecie coś poszło bardzo nie tak - początkowe standardowe meldunki z powierzchni nagle zaczęły domagać się wsparcia i wreszcie alarmowej ewakuacji. Odbiorniki ECM fregaty rejestrowały wiązki sterujące systemu bombardowania orbitalnego, na optyce widać było krążowniki ustawiające się na pozycjach zrzutu i kiedy Hevit spodziewał się zamienienia HIT-1-2 w kulę zjonizowanego gazu, niespodziewanie wszystko ucichło. W przeciągu trzech godzin zespół zwinął szyk bojowy i odskoczył w podprzestrzeń. Nie zostawił jednak HIT-1-2 zupełnie bez dozoru - na ekranie sytuacji taktycznej nawet teraz lśniła karmazynem konstelacja dwunastu punktów, które system rozpoznania bojowego fregaty zidentyfikował jako Instalację Deszczu Satelitarnego z satelitami serii "Zeus". Zanim zaskoczona załoga "Polyphema" zdążyła na dobre połapać się w sytuacji, tachionowy komunikator odezwał się po raz kolejny - mieli zbliżyć się do planety i rozpocząć obserwacje nie dając się wykryć "Zeusom". Komandor w duchu klął te rozkazy najplugawszymi słowy; musiał dokonywać nawigacyjnych cudów, żeby nie dać się odkryć satelitom IDS i jednocześnie nie tracić planety z pola widzenia czujników. Po czterech dniach krążenia wokół HIT-1-2: dniach, kiedy załoga była na nogach 20 godzin na dobę, bawiąc się w kotka i myszkę z radarami IDS - Hevit nadal nic nie rozumiał; z planety nie dochodził jakikolwiek sygnał choć odrobinę różniący się od szumów tła. Komandor nie wierzył, że były to tylko ćwiczenia - przechwycone komunikaty od zaatakowanych żołnierzy brzmiały aż nadto realnie. Nie wyobrażał sobie, aby - nawet jeśli na planecie było jakieś życie, wbrew temu co mówiła locja - istniał jakikolwiek organizm, mały czy duży, zdolny w tak krótkim czasie sprawić krwawą łaźnie oddziałom szturmowym. To znaczy jakikolwiek pozbawiony inteligencji organizm - ale przecież planeta OFICJALNIE nie była zamieszkana... Hevit nie wierzył w opowieści o krwiożerczych obcych dokonujących najazdów na oddalone kolonie, ale musiał przyznać, że z pośród wszystkich hipotez, które rozważał w ciągu tych 96 godzin na orbicie HIT-1-2, ta wcale nie była najbardziej nieprawdopodobna.
     Fregata wysunęła się z cienia planety, kończąc kolejne okrążenie. Hevit rzucił okiem na ekran: komputer wskazywał, że była to 472 fantastycznie połamana elipsa, jaką "Polyphem" zamknął wokół HIT-1-2. Zaczynało go to nużyć.
     - Rozpoznanie, mamy coś? - pytanie było retoryczne, bo ze swego miejsca doskonale widział pusty ekran konsoli ECM. Jednak załoga nie powinna pomyśleć, że dowódca przestał się interesować wykonywaniem rozkazów.
     - Zupełnie nic, sir. Ani w paśmie radiowym, ani optycznym, ani w podczerwieni. Na tej planecie działającej elektroniki jest mniej niż w dobrym zegarku. Zeusy nadal na pozycjach wyczekiwania.
     Hevit łyknął kawy z plastikowego kubka stojącego na podłokietniku fotela. Marzył, żeby iść do swojej kajuty, wziąć prysznic i porządnie się wyspać. Jeśli to potrwa jeszcze dwa dni, załoga zacznie przysypiać na stanowiskach.
     Potrójny, modulowany pisk wyrwał go z zamyślenia. Wszyscy w Centrum Informacji Bojowej jak jeden człowiek odwrócili głowy w jego stronę.
     - Odbieramy transmisję tachionową, sir - powiedział operator łączności, zupełnie niepotrzebnie, bo Hevit już prawie wbił przycisk odbioru w konsolę dowodzenia. Nie tracił czasu na porównywanie kodów autentyczności, tylko od razu nakazał komputerowi rozszyfrować wiadomość. Znowu to samo, niech to szlag trafi, pomyślał. Bełkot. Nowy kurs patrolowy i oczekiwanie na punkcie. Ciekawe, cholera, na co? Na drugą eskadrę floty?
     - Nawigacja, nowy kurs według koordynatów - wysłał dane na konsolę sterowania. - Włączyć silniki, moc manewrowa.
     - Schodzimy z orbity, sir? - zapytał nawigator "Polyphema" nie odwracając głowy od ekranów.
     - Niedaleko. Zdaje się, że dowództwo wymyśliło dla nas coś nowego - Hevit starał się nie pokazać po sobie irytacji. Najpierw każą mu jak głupkowi kręcić się pół tygodnia wokół jakiejś zasranej planety, a potem odsyłają go na punkt, w którym tkwił poprzednio. I nadal żadnych konkretów.
     - Okręt na kursie, sir. Wchodzimy na skokową?
     - Nie. Zastopować na optycznej księżyca HIT-1-2-2 w płaszczyźnie jego orbity, po niewidocznej z HIT-1-2 stronie.
     Nawigator spojrzał na dane na konsoli i spokojnie podał komputerowi współrzędne. Nikt nie odezwał się ani słowem, ale Hevit czuł, że samopoczucie i morale załogi dalekie jest od choćby poprawnego. Nic dziwnego, pomyślał. Od czterech dni ktoś na górze robi z nas idiotów... Spojrzał na ekran sytuacji taktycznej: romb oznaczający "Polyphema" szybko odsuwał się od grubej, połamanej linii wyznaczającej dotychczasową orbitę wokół planety. Cyferki oznaczające wzrost prędkości rosły wolno i wewnątrz okrętu nie czuło się przyspieszenia. Zresztą - systemy sztucznej grawitacji i antyprzeciążeniowe pracowały bezbłędnie. Nawigator dotknął wypukłego przycisku z boku konsoli i nad centralnym pulpitem CIB pojawiła się holograficzna projekcja. Komputer nawigacyjny wyświetlił kurs okrętu w formie ciągu błyszczących jak maleńkie gwiazdki punktów. Drugi z księżyców HIT-1-2 pod postacią kuli pociętej południkami i równoleżnikami wpłynął w przestrzenny obraz i zawisł nieruchomo. "Polyphem" zaczął zwalniać.
     - Wchodzimy na optyczną księżyca. Silniki wyłączone. Mamy dryf grawitacyjny o prędkości 0,05. Za dziesięć godzin standardowych będziemy w strefie niebezpiecznego zbliżenia z HIT-1-2-2.
     Innymi słowy, to pytanie, jak długo od cholery zamierzamy tu sterczeć, pomyślał Hevit. I ja też chciałbym to wiedzieć.
     - Dobra robota - Hevit podniósł się z fotela. - Już tu byliśmy, więc nie ma sensu, żeby wszyscy siedzieli na mostku. Pierwszy, proszę wyznaczyć wachty po dwie godziny. Niech załoga trochę odpocznie...
     Na hologramie wykwitła nagle plama światła. Komandor zdusił przekleństwo. A już miał nadzieję, że prześpi się chociaż parę godzin.
     - Sir, impuls kompensacyjny na pozycji 239,00 na 11,22. Mamy gości.
     - Widzę - mruknął dowódca. - Rozpoznanie?
     - To nasz, sir. Transportowiec klasy Sirius. Chwileczkę... Mam jego ID: to SFS "Gwen"... Włączył radar kontroli przestrzeni, pasmo K. Nadaje nasz sygnał wywoławczy, sir. Wygląda że nas szuka... Co robimy?
     Gdyby się dało, moglibyśmy kopnąć go w dupę, pomyślał z przekąsem Hevit.
     - Włączyć transponder. Zobaczymy, czego od nas chcą.
     Technik dotknął kilku przycisków, uruchamiając systemy łączności fregaty. Ożyły dwa kolejne ekrany na konsolach mostka i prawie natychmiast ich zielonkawą poświatę zastąpił widok twarzy starszego, szpakowatego mężczyzny w polowym mundurze. Hevit poczuł jak opada mu szczęka - miał przed sobą admirała Walacea Fairclougha, głównodowodzącego 16 Skrzydła Taktycznego Floty Federacji, swojego bezpośredniego przełożonego.
     - Witam komandorze - powiedział spokojnie admirał - Widzę, że nadal dowodzi pan "Polyphemem".
     - Tak jest, sir - wydusił z siebie Hevit. Z zaskoczenia zapomniał że powinien się regulaminowo zameldować. Dopiero kiedy kątem oka zauważył wyprężoną na baczność załogę sam przyjął postawę zasadniczą.
     - Doskonale - Fairclough uśmiechnął się, przez co jego twarz na ekranie straciła na moment kształt i rozpadła się na plamy pikseli. Prosty przelicznik manewrowy "Gwena" najwyraźniej nie mógł poradzić sobie z obliczaniem trajektorii fregaty i kierunkowy nadajnik transportowca źle emitował sygnał. - Proszę się przygotować do przyjęcia promu transportowego.
     - Z "Gwena"? - upewnił się Hevit, chociaż wiedział, że żadnego innego statku w pobliżu nie ma. Potrzebował jednak kilku chwil na uporządkowanie chaosu w głowie - Z jakim ładunkiem, sir?
     - Ze mną, komandorze. Ale nie tylko.
     
     *
     
     Taka właśnie jest Armia, myślał komandor czekając w śluzie "Polyphema" na prom z "Gwena". Najpierw każą chodzić na palcach wokół jakiegoś zapomnianego przez Boga śmietnika, a potem przysyłają latający kontener, który wszystkim w promieniu dwóch milionów kilometrów oznajmia, że wyszedł z podprzestrzeni i jest tutaj. Ciekawe co by zrobili, gdybym nie odpowiedział na sygnał wywoławczy? Pewnie szukali by mnie przez kolejne cztery dni... I czego tutaj chce Fairclough?
     Pokład zatrząsł się lekko, kiedy prom zadokował, przerywając rozmyślania Hevita. Kolorowe świetlne pasy, przesuwające się po wrotach śluzy, zmieniły kolor z oznaczającej próżnię czerwieni na żółć i wreszcie zieleń normalnego ciśnienia. Pierwszy oficer odblokował elektromagnetyczne rygle i gruba, plastalowa płyta z sykiem rozdzieliła się na trzy tafle, powoli chowające się w obramowaniu włazu. Wraz z lekkim powiewem powietrza wtłoczonego w dok, do wąskiego korytarza wpłynął gorzki, ostry swąd rozgrzanego metalu. Hevit skrzywił się; pilot promu za późno wyłączył silniki i przypalił ceramiczno - stalowe płyty podłogowe doku.
     W obramowaniu włazu pojawiło się dwóch ludzi.
     - Baczność! Oficer na pokładzie! - krzyknął Pierwszy, wykonując idealnie regulaminowe oddanie honorów przełożonemu. Mi tak nie salutują, pomyślał przelotnie Hevit. No, ale ja nie mam na rękawie czterech złotych pasków...
     - Spocznij - odezwał się spokojnie Walace Fairclough. - Nadal dobiera pan sobie dobrych ludzi do załogi, komandorze. Cieszy mnie to.
     - Dziękuję, sir - powiedział Hevit, patrząc w oczy Fairclougha. - Staram się, sir.
     Admirał wydał się Hevitowi niższy i starszy, niż go zapamiętał. Polowa, ciemnoszara czapka z dużym daszkiem rzucała długi cień na twarz Fairclougha, podkreślając zmarszczki wokół ust i na policzkach. Siwe, krótko ostrzyżone włosy jeszcze pojaśniały i wyglądały jak posypane popiołem. W normalnym mundurze, z dystynkcjami i złoceniami pagonów Fairclough wyglądał dostojnie; w polowym, ciemnoszarym był tylko stary i zmęczony.
     - To mój adiutant, kapitan Slovic - admirał wskazał towarzyszącego mu mężczyznę. - Mam nadzieję, że znajdzie pan jeszcze jakąś wolną kajutę dla niego, komandorze.
     - Oczywiście, sir. Witam na pokładzie "Polyphema", kapitanie.
     Slovic był wysoki, smagły i chudy jak szczapa. Oczy miał tak nienaturalnie ciemne, że źrenica niczym nie odróżniała się od tęczówki. Hevit był gotów się założyć, że kapitan nosi mikrowyświetlaczowe szkła kontaktowe i nawet w tej chwili analizuje jakieś dane. Komandora zdziwiło jednak co innego - Slovic miał na sobie nie szary mundur floty, lecz plamiasty, ciemnozielony kombinezon piechoty.
     - Na co staremu taki adiutant? - zastanawiał się Hevit. - Co piechociarz może wiedzieć o dowodzeniu flotą?
     Fairclough sięgnął do kieszeni i wyciągnął stamtąd płaski cartridge. Przez chwilę ważył go w dłoni, a potem podał Hevitowi.
     - To jest zestawienie ładunku, który trzeba przeładować z "Gwena". Po zakończeniu przeładunku "Gwen" ma natychmiast opuścić sektor.
     - Tak jest, sir - potwierdził Hevit. - Pierwszy, proszę się tym zająć.
     Pierwszy oficer bez słowa odebrał kasetę z danymi, zasalutował Faircloughowi i zniknął za zakrętem korytarza. Admirał nie ruszył się, przyglądając się Hevitowi.
     - Ile to już lat, Ed, odkąd byłeś moim zastępcą na "Kynesie"?
     - Dziewięć, sir.
     - Dziewięć? Cholera, wydawało mi się, że co najmniej dziewięćdziesiąt - uśmiechnął się Fairclough. - Wiesz, Ed, czasami ci zazdroszczę...
     - Nie narzekam, sir. - Czego on ode mnie chce? Nie przyleciał tu chyba wspominać przed emeryturą dawnych czasów? - Może przejdziemy do pańskiej kajuty?
     - Dobry pomysł - przyznał admirał - Mieliśmy długi i potwornie nudny lot. A w dodatku przez całą drogę nie wolno było palić...

ciąg dalszy na następnej stronie

powrót do indeksunastępna strona

17
 
Magazyn ESENSJAhttp://www.esensja.pl
redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.