Magazyn Esensja - Robert Bloch "Zabawka dla Juliette"

nr 10 (XXII)
grudzień 2002




powrót do indeksunastępna strona

Robert Bloch
  Zabawka dla Juliette

        ciąg dalszy z poprzedniej strony

     ROBERT BLOCH
     ZABAWKA DLA JULIETTE
     
     Uśmiechając się, Juliette weszła do swojej sypialni i tysiąc innych Juliette odpowiedziało jej uśmiechem, ponieważ wszystkie ściany wyłożono lustrami, a sufit - inkrustowanymi szybami, które odbijały wizerunek dziewczyny.
     Gdziekolwiek spojrzała, widziała blond loki okalające jej delikatną twarzyczkę, która przywodziła na myśl promienny amalgamat dziecka i anioła. Jej dziecięce rysy niesamowicie kontrastowały z bujnym, dojrzałym ciałem w przejrzystym peniuarze.
     Ale Juliette wcale nie uśmiechała się narcystycznie do siebie. Uśmiechnęła się, gdyż wiedziała, że właśnie wrócił dziadek, przywożąc jej kolejną zabawkę. Za kilka zaledwie chwil zabawka zostanie odkażona i dostarczona. Juliette chciała być gotowa na jej przybycie.
     Obróciła pierścień na palcu i lustra się zamgliły. Kolejny obrót pierścienia zatopiłby pokój w całkowitych ciemnościach, zaś skręt w kierunku przeciwnym przywracał jaskrawy blask. Wszystko było kwestią wyboru - lecz w tym właśnie tkwił sekret życia. W wybieraniu... dla przyjemności.
     A cóż będzie przyjemnością Juliette dzisiejszego wieczoru?
     Podeszła do jednego z luster i przesunęła przed nim dłonią. Szkło odsunęło się na bok, ujawniając niszę: wejście w litej skale o kształcie trumny; wewnątrz wisiały okowy na łańcuchach, a na odpowiedniej wysokości umieszczono narzędzia do miażdżenia kciuków.
     Przez moment dziewczyna się wahała; nie zabawiała się w tę grę od lat. Może innym razem! Pomachała ręką i lustro ponownie przesłoniło wejście.
     Powędrowała wzdłuż szeregu luster, machając ręką i zatrzymując się na moment, by sprawdzić, co znajduje się za każdym z nich. Tu było urządzenie do łamania kołem, tam z kolei stalowe dyby z zestawem kolczastych biczów leżących na poplamionej zbrązowiałą krwią drewnianej podłodze. W innym znajdował się stół do sekcji sprzed kilkuset lat oraz niezwykłe narzędzia chirurgiczne, zaś za kolejnym zwierciadłem - elektryczne ościenie i druty, które wywoływały tak wspaniale niesamowite grymasy, wygibasy i ból nie do zniesienia, nie mówiąc o krzykach. Oczywiście krzyki nie miały znaczenia, ponieważ pokój był dźwiękoszczelny.
     Juliette podeszła do bocznej ściany i ponownie zamachała; posłuszne lustro odsunęło się, a oczom dziewczyny ukazała się zabawka, o której już prawie zapomniała. Była to jedna z pierwszych rzeczy, jakie podarował jej dziadek i była bardzo stara, toteż wyglądała niemal jak sarkofag mumii. Jak dziadek ją nazwał? Żelazną Dziewicą z Nurembergu, tak, dokładnie, tak... Miała pod pokrywą zaostrzone stalowe kolce. W środku można było umocować łańcuchami człowieka, po czym przekręcić małą korbę, która zamykała pokrywkę bardzo powoli, a kolce wbijały się w nadgarstki i łokcie, w kostki i kolana, w pachwiny i oczy. Trzeba było zachować ostrożność, by się zbytnio nie podniecić, gdyż wtedy kręciło się zbyt szybko, niwecząc całą zabawę.
     Działanie Dziewicy dziadek pokazał Juliette na pierwszej prawdziwej, żywej zabawce, którą przyniósł. Właśnie wtedy wyjaśnił wnuczce, jak powinna postępować z narzędziem. W ogóle nauczył ją wszystkiego, co wiedziała, ponieważ był bardzo mądry. Dał jej na imię Juliette od bohaterki jednej ze staroświeckich, drukowanych książek, które odkrył. Tę szczególną książkę napisał filozof nazwiskiem de Sade.
     Dziadek przynosił z Przeszłości zarówno książki, jak i zabawki. Był jedyną osobą, która miała dostęp do Przeszłości, ponieważ posiadał Podróżnika.
     Podróżnik był mechanizmem niezwykle wymyślnym, zdolnym osiągać częstotliwość wibracyjną, która niejako uwalniała go od czasu i pozwalała dowolnie się nim przemieszczać wstecz. W stanie spoczynku był to tylko niepozorny sześcian, lecz za to rozmiaru małego pokoju. Jednak kiedy dziadek uruchamiał urządzenie przyciskiem na panelu sterowania i rozpoczynała się wibracja, pudło się rozmazywało i znikało. Dziadek twierdził, że znajduje się ono nadal w tym samym miejscu (przynajmniej jego matryca pozostawała jako stały punkt w czasoprzestrzeni), tym niemniej rzecz lub osoba wewnątrz Podróżnika mogła się swobodnie udać w Przeszłość do każdej daty, na którą został zaprogramowany panel sterowania. Po przybyciu w Przeszłość przybysz był oczywiście niewidzialny, co jednak stanowiło raczej korzyść, zwłaszcza jeśli celem było wyszukiwanie przedmiotów i przetransportowanie ich do świata Juliette. Dziadek przyniósł kilka bardzo interesujących przedmiotów z prawie mitycznych miejsc, takich jak wielka biblioteka aleksandryjska, piramida Cheopsa, Kreml, Watykan, Fort Knox czy inne magazyny cudów i skarbnice wiedzy sprzed tysięcy lat. Dziadek lubił się wyprawiać właśnie w tę część Przeszłości, czyli w okres przed wojnami termonuklearnymi i epoką robotów. Uwielbiał zabierać stamtąd pamiątki. Książki, klejnoty i metale były bezużyteczne, cenne chyba tylko dla antykwariuszy, jednakże dziadek miał duszę romantyka i kochał tamte czasy.
     Dziadek posiadał Podróżnika, lecz nie on go stworzył. Zbudował go ojciec Juliette, a dziadek przejął urządzenie po śmierci syna. Juliette podejrzewała, że dziadek zabił oboje jej rodziców, gdy była zaledwie niemowlęciem, nigdy wszakże nie uzyskała w tej materii całkowitej pewności. Właściwie obecnie nie miało to znaczenia, gdyż dziadek zawsze był dla niej bardzo dobry, a poza tym wkrótce sam umrze... i wtedy ona przejmie Podróżnika.
     Często na ten temat żartowali.
     - Zrobiłem z ciebie potwora - mawiał dziadek. - I któregoś dnia w końcu mnie zniszczysz. A później zniszczysz cały świat... albo przynajmniej to, co jeszcze z niego zostało.
     - Boisz się - zadrwiła.
     - Ależ skąd - obruszył się. - To przecież moje marzenie: zniszczenie absolutnie wszystkiego i przyspieszenie agonii tej sterylnej dekadencji, w jakiej żyjemy. Wiesz, że w pewnym momencie historycznym mieszkało na tej planecie trzy miliardy ludzi?! A teraz jest ich niecałe trzy tysiące! Niecałe trzy tysiące ludzi żyjących wewnątrz Kopuł, trzy tysiące więźniów zamkniętych na zawsze z powodu grzechów swych ojców, którzy nie tylko zrujnowali cały materialny świat na zewnątrz, ale zatruli nawet atmosferę, ponieważ wmieszali się w atomowy porządek wszechświata. Ludzkość praktycznie już wymarła, więc jedynie przyspieszysz finał.
     - A nie moglibyśmy wszyscy wrócić w jakiś inny okres Podróżnikiem? - spytała.
     - W jaki okres? Continuum jest niezmienne. Jedno zdarzenie prowadzi nieubłaganie do kolejnego, a wszystkie są ogniwami łańcucha, który wiąże nas z teraźniejszością i jej nieuchronnym końcem w postaci ostatecznej zagłady. Trwamy jakoś w tym zamknięciu, to prawda, jednak funkcjonujemy wyłącznie w sensie jednostkowym, bez żadnego celu i nadziei na przyszłość jako społeczeństwo. Jeśli zaś chodzi o twoje pytanie, to nikt z nas nie potrafiłby już przeżyć w jakimkolwiek środowisku prymitywniejszym od naszego. Zostańmy zatem tutaj i czerpmy maksymalną przyjemność z chwil, które nam pozostały. Ja na przykład rozkoszuję się faktem, że jestem jedynym użytkownikiem i posiadaczem Podróżnika. A twoja przyjemność, Juliette, to...
     Roześmiał się, a potem długo śmiali się oboje, gdyż świetnie wiedzieli, co sprawia przyjemność Juliette.
     Już jako jedenastolatka zabiła pierwszą swoją zabawkę - małego chłopca. Dziadek przyniósł go z Przeszłości i podarował wnuczce do pierwszych zabaw erotycznych. Niestety, igraszki nie bardzo się udały, więc Juliette się wściekła i roztrzaskała chłopcu czaszkę stalowym prętem. Później dziadek przyniósł jej starszą zabawkę, mężczyznę o brązowej cerze, który całkiem dobrze współpracował... Lecz Juliette szybko się nim znudziła i pewnego dnia, kiedy zabawka spała w swoim łóżku, Juliette związała ją i wyjęła nóż.
     Eksperymentując trochę, zanim mężczyzna umarł, Juliette odkryła nowe źródła przyjemności, o których oczywiście dowiedział się dziadek. Właśnie wtedy ochrzcił ją imieniem "Juliette"; wydawał się pochwalać jej zainteresowania i od tej pory zdobywał dla niej coraz to inne starożytne narzędzia tortur, które trzymała za lustrami w sypialni. No i ze swych niespokojnych wypraw w Przeszłość przynosił jej nowe zabawki.
     Ponieważ był niewidzialny, mógł jej dostarczyć prezent niemal z każdego odwiedzonego w trakcie swoich podróży miejsca - wystarczyło użyć ogłuszacza i przetransportować zabawkę do ich świata. Rzecz jasna, każdą z nich należało bardzo dokładnie odkazić, bowiem w Przeszłości aż się roiło od dziwacznych mikroorganizmów. Kiedy już stawały się całkowicie antyseptyczne, trafiały do Juliette. Podczas minionych siedmiu lat doznała za ich przyczyną wielu rozkoszy.
     Dziewczyna uwielbiała ten zachwycający moment oczekiwania na przybycie nowej zabawki. Jaka będzie? Dziadek dobierał je bardzo starannie. Starał się przynosić jej takie, które potrafią mówić i rozumieją engielski - czy też "angielski", jak ten język nazywano w Przeszłości. Werbalna komunikacja była często istotna, szczególnie jeśli Juliette chciała się ściśle stosować do nakazów filozofa de Sade'a i przed "ostrzejszymi" rozkoszami cieszyć się jakąś formą stosunku seksualnego.
     Tak czy owak, pozostawało pole do spekulacji. Czy zabawka będzie młoda czy stara, dzika czy łagodna, męska czy żeńska? Juliette miała już kontakt ze wszystkimi typami i doświadczyła wszelkich możliwych rodzajów zespolenia. Czasami utrzymywała zabawki przy życiu przez kilka dni, zanim się nimi zmęczyła... lub gdy przestała dostrzegać ich wyjątkowość. Innymi razy chciała zakończyć sprawę szybko. Na przykład dziś wieczorem czuła, że może ją uspokoić jedynie działanie najprymitywniejsze i najbardziej bezpośrednie.
     Kiedy zdała sobie z tego sprawę, przestała się bawić lustrzanymi taflami i poszła wprost do dużego łóżka. Odgarnęła narzutę i macała pod poduszką tak długo, aż go wyczuła. Tak, ciągle tam leżał: długi nóż z szerokim, okrutnym ostrzem. Wiedziała, co dziś zrobi: weźmie zabawkę do łóżka, a później, w najwłaściwszym momencie, połączy wszystkie rozkosze w jedną. Ach, gdybyż umiała przewidzieć chwilę, w której zada pchnięcie nożem...
     Zadrżała z antycypacji, a następnie z niecierpliwości.
     Jaka będzie ta nowa zabawka? Juliette przypomniała sobie jedną uprzedzająco grzeczną i zimną; nazywała się Benjamin Bathurst. Był to angielski dyplomata z czasów, które dziadek określał mianem Wojen Napoleońskich. Och, wydawał się uprzedzająco grzeczny i lodowaty, póki nie omamiła go swoim ciałem i nie zaciągnęła do łóżka. Albo inna zabawka - amerykańska lotniczka z nieco późniejszego okresu Przeszłości... A pewnego razu trafiła jej się nawet wyjątkowa uczta - cała załoga łodzi żaglowej o nazwie "Marie Celeste". Żeglarze żyli aż kilka tygodni!
     Tak, otrzymywała od dziadka naprawdę niezwykłe zabawki. O niektórych z nich nawet potem czytała. Bo gdy dziadek ogłuszał ich i transportował tutaj, na zawsze znikali ze swojego świata, a jeśli byli z jakiegoś powodu znani bądź ważni w swoich czasach, ich zniknięcie odnotowywano. W niektórych książkach dziadka pojawiało się określenie "tajemnicze zniknięcie"; oczywiście żadnego nigdy nie wyjaśniono. Ależ to wszystko było podniecające!
     Juliette odłożyła starannie poduszkę na miejsce i wsunęła pod nią nóż. Nie mogła się już doczekać... Skąd to opóźnienie?!
     Podeszła do przewodu wentylacyjnego, odchyliła peniuar i nacisnęła rozpylacz. Perfumowana mgła obmyła jej ciało. Ostatni wabik... Dlaczego jednak jej zabawka nie przybywała?!
     Nagle dotarł do niej głos dziadka:
     - Wysyłam ci małą niespodziankę, najdroższa.
     Zawsze tak mówił; to była część gry.
     Juliette wcisnęła guzik komunikatora.
     - Nie drwij sobie ze mnie - jęknęła. - Powiedz mi, jaka jest.
     - Anglik. Późna epoka wiktoriańska. Bardzo pruderyjny i przyzwoity, wnosząc z jego wyglądu.
     - Młody? Przystojny?
     - Znośny. - Dziadek zachichotał. - Twoje apetyty cię zdradzają, najdroższa.
     - Któż to taki... czy ktoś z książki?
     - Nie poznałem nazwiska. Podczas odkażania nie znalazłem żadnego dowodu tożsamości. Jednak sądząc po stroju, manierach i małej czarnej torbie, którą nosił, gdy go znalazłem bardzo wcześnie rano, oceniłbym go na lekarza wracającego z nagłego wezwania.
     Juliette znała "lekarzy", z lektur, ma się rozumieć. Wiedziała też, co oznacza termin "wiktoriański". Kombinacja obu słów wydała jej się zupełnie odpowiednia.
     - Pruderyjny i przyzwoity? - Zachichotała. - W takim razie, obawiam się, że może przeżyć szok.
     Dziadek roześmiał się.
     - Masz już plan wobec niego, jak mniemam.
     - Tak.
     - Mogę popatrzeć?
     - Proszę, nie tym razem.
     - No dobrze.
     - Nie bądź zły, dziadku. Kocham cię.
     Wyłączyła się. Akurat w porę, ponieważ drzwi się otworzyły i zabawka weszła.
     Juliette popatrzyła na nią i stwierdziła, że dziadek jej nie oszukał. Miała przed sobą mężczyznę około trzydziestki, atrakcyjnego, lecz stanowczo niezbyt przystojnego. Nie mógł zresztą wyglądać przystojnie w tym ponurym stroju i z absurdalnymi bokobrodami. Było w nim coś niemal przygnębiająco wytwornego i zmanierowanego, a do tego otaczała go aura skrępowania i psychologicznego wyparcia.
     A gdy mężczyzna przyjrzał się dziewczynie w zakrywającym niewiele wdzięków peniuarze i zerknął na otoczone lustrami łóżko, nawet zaczął się rumienić!
     Swoją reakcją całkowicie zawładnął sercem Juliette. Spłoniony przedstawiciel epoki wiktoriańskiej, zbudowany jak byk... i nieświadom, że trafił do rzeźni!
     Tak się rozochociła, że nie potrafiła już nad sobą zapanować; natychmiast ruszyła do przodu i otoczyła go ramionami.
     - Kim... Kim jesteś? Gdzie się znalazłem?
     Stereotypowa reakcja, te same co zwykle pytania. Zazwyczaj Juliette zabawiała się dodatkowo, odparowując ciętymi ripostami, które miały zwieść i podniecić jej ofiarę. Dziś wieczorem wszakże czuła w sobie zaniepokojenie, które jeszcze wzrosło, gdy objęła mężczyznę i popchnęła go ku czekającemu łóżku.
     Mężczyzna zaczął ciężko oddychać. Reagował właściwie, choć nadal był zdezorientowany.
     - Powiedz mi... Nie rozumiem. Żyję? A może jestem w niebie?
     Poły peniuaru rozsunęły się, gdy dziewczyna położyła się na plecach.
     - Żyjesz, kochanie, jak najbardziej - zamruczała. - Jesteś cudownie żywy. - Roześmiała się i zabrała się za udowodnienie mu swoich słów. - Lecz jesteś bliżej nieba, niż sądzisz.
     I by go o tym zapewnić, wolną rękę wsunęła pod poduszkę i zaczęła po omacku szukać ukrytego noża.
     Niestety, noża nie było już pod poduszką, gdyż jakimś sposobem trafił on w dłoń zabawki. A zabawka nie wyglądała już ani na pruderyjną, ani na przyzwoitą. Juliette mignęła twarz mężczyzny z zaciętą miną. Tylko mignęła, ponieważ w chwilę później dziewczyna ujrzała jedynie oślepiające ostrze noża, który się opuszczał, podnosił, opuszczał, podnosił, opuszczał...
     Na nieszczęście pokój był dźwiękoszczelny, a zabójca miał mnóstwo czasu. Przez wiele dni nikt nie odkryje zmasakrowanego ciała Juliette.
     Zaś w Londynie, po kolejnej bestialskiej zbrodni dokonanej wczesnym świtem, słuch o Kubie Rozpruwaczu raz na zawsze zaginął. Jakby tajemniczy morderca rozpłynął się w powietrzu.
     
     
      POSŁOWIE:
     
     Sporo lat minęło, odkąd usiadłem przy maszynie któregoś posępnego zimowego dnia i napisałem do Yours Truly, Jack the Ripper. Czasopismo, w którym ukazało się opowiadanie, dawno temu straciło zainteresowanie duchami i samo oddało ducha. Tym niemniej, moja krótka historyjka najwyraźniej jakoś przetrwała i od tamtego czasu ściga mnie w przedrukach, zbiorkach, antologiach, przekładach na obce języki, a także adaptacjach radiowych i telewizyjnych.
     Kiedy zatem wydawca niniejszej antologii zaproponował mi napisanie opowiadania, podsuwając pomysł: "Może Kuba Rozpruwacz w świecie przyszłości?", byłem zdolny tylko do jednej jedynej reakcji.
     Po prostu ją napisałem.

powrót do indeksunastępna strona

47
 
Magazyn ESENSJAhttp://www.esensja.pl
redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.