Magazyn Esensja - Barbara Uznańska "Trucizna duszy"

powrót do indeksunastępna strona

nr 10 (XLII)
grudzień 2004

 Trucizna duszy
ciąg dalszy z poprzedniej strony
• • •
— Gdzie ten drugi? — Huknął Derton Tsudmondt, kiedy przyprowadzono egzekutorkę.
— Uprzedzaliśmy! — Zawołała oskarżycielsko Carys.
— Szukać go! Przetrząsnąć miasto! Czy na pewno nie zna pan nazwy tej ulicy?
Varia z niedowierzaniem zorientowała się, że hrabia zwraca się do jej tropiciela.
— Ivnebrall? — Wysyczała. — O co tu chodzi?
— Mogę spróbować wskazać...
— Puśćcie mnie! Co to znaczy? Wasza Miłość! Proszę im kazać...
— Zróbcie tak — Tsudmondt odesłał Galvaya i w końcu spojrzał na szamoczącą się kobietę. — Ty milcz. Jeszcze będziesz miała okazję mówić. Spodziewam się, że opowiesz moim katom fascynujące historie.
Egzekutorka zrozumiała.
— Nie! Nigdzie nie pojedziesz! — Wrzasnęła do mijającego ją właśnie tropiciela.
Powietrze między nimi zadrżało i fala żaru pomknęła prosto ku Ivnebrallowi, który odruchowo zasłonił się ręką.
Ubranie i włosy Galvaya stanęły w płomieniach, a on sam krzyknął przeraźliwie, po czym — na swoje szczęście — zemdlał. Na Varię spadł deszcz ciosów. Zamroczona zawisła bezwładnie na podtrzymujących ją strażnikach. Salę wypełnił smród palonego mięsa. Ktoś podbiegł z jakąś płachtą i ugasił ogień. Tropiciel leżał bez ruchu.
• • •
Mimo nalegań, Carys nie pozwolono wejść do pokoju Galvay’a. W zamian uzdrowiciel poprosił ją do swojego gabinetu. Dziewczyna rozkleiła się.
— To była tylko chwila. — Płakała.
— Tak, ale proszę zrozumieć. Uderzenie pomarańczowej aury powoduje powstanie gorąca nie tylko powierzchownie, ale także w głębszych warstwach. Teoretycznie możliwe jest ugotowanie narządów wewnętrznych bez uszkodzenia skóry.
— Nie chcę tego słuchać!
Zamilkł na chwilę.
— Proszę mi wierzyć, że robimy wszystko. Nie tylko z uwagi na zainteresowanie hrabiego. Znamy Ivnebralla. Po pomorze kilka razy specjalnie przyjeżdżał tu, do naszej lecznicy, tylko po to, żeby wykonywać najgorsze prace... Rozumie pani, to był ciężki okres.
— Nie... podejrzewałabym... — To ją kompletnie zaskoczyło. Mężczyzna potwierdził skinieniem głowy.
— Naprawdę chcemy mu pomóc. — Powiedział dobitnie.
— To dlaczego mówią mi, że nie odzyskuje przytomności?! Coś jest nie tak!
— Nie pozwalamy mu na dobre się obudzić. Tylko do karmienia... Będzie lepiej, jeśli... — Uzdrowiciel odchrząknął. — Takie oparzenia źle wyglądają. Musimy dwa razy dziennie zmieniać opatrunki. Wycinamy martwe tkanki. Maści i płyny, których używamy, wywołują pieczenie i ból. Po co go na to narażać? I tak...
— I tak przeżyje wstrząs? Boję się o tym myśleć.
— Bardzo mi przykro. Nauczyliśmy się hamować bliznowacenie i wymuszać regenerację prawdziwej skóry. Może z drobnymi niedociągnięciami. Ale ciągle za mało wiemy, żeby...
• • •
— Na Wieczne, minął już tydzień. Wiem, że nie śpi!
— Niech najpierw sam przywyknie. Zachowuje się spokojnie, ale wyczuwam, że toczy wewnętrzną walkę. Nie potrzeba mu nowych stresów.
— Zajmuje się pan też psychologią? — Zirytowała się Carys.
Mężczyzna popatrzył na nią w milczeniu, ale jego łagodna twarz nie wyrażała nagany.
— Przepraszam. — Powiedziała po chwili, czując, że się rumieni.
— Odpowiem na pani pytanie. Owszem, w mojej aurze błyszczy odrobina różu i po trosze jestem empatą.
• • •
— Pani Abigail.
Dziewczyna obejrzała się. Znajomy uzdrowiciel skłonił się i smutno uśmiechnął.
— Widzę, że panią powiadomiono.
— Nareszcie. — Przytaknęła.
— Chciałbym prosić o chwilę rozmowy. Zanim pani tam pójdzie.
Carys skrzywiła się, ale nie zaprotestowała i pozwoliła poprowadzić się do gabinetu.
— To prawda, przedwczoraj odwiedził go hrabia i nie wiem, czy dobrze się stało. Chcę panią ostrzec.
— Przed czym? — Zdumiała się.
— Jedną z ważnych cech lekarza jest dyskrecja. Nie mam prawa wnikać w motywy, jakimi kierują się moi pacjenci. Uważam jednak, że ponieważ to pani dotyczy... Ivnebrall nie poradził sobie ze swoim gniewem. Nie uzewnętrznił go. Nadal pozornie jest spokojny i to mnie martwi. Czuję, że hoduje w sobie nienawiść, być może jeszcze zastanawiając się, przeciw komu ją skierować. Ten wypadek go zmienił, choć zrazu może pani tego nie dostrzec. Właśnie o tym chciałem panią uprzedzić.
— Nie rozumiem, co właściwie pan mi zakomunikował. — Potrząsnęła głową.
Mężczyzna odczekał chwilę.
— To znany fakt, że okaleczeni ludzie mają pretensje do zdrowych o to, że są sprawni... — Powiedział cicho i zamilkł na dłuższy czas.
— Pójdę już. — Szepnęła niepewnie Carys.
— Słyszałem o nowym dekrecie. — Powstrzymał ją. — I widzę pierścień na pani palcu. Nam też takie rozdano. On dostał taki sam... i przyjął. Ostatnio wiele serc w tym kraju zatruła chęć zemsty. Dosięgła także tych, od których wiele zależy.
Mówi o Tsudmondcie!
— Jeśli ma pani jakikolwiek wpływ na bieg spraw... Obawiam się, że będzie więcej krzywd. Człowiek, który stracił coś ważnego, może stać się zbyt bezwzględny.
Nie wiedziała, jak zareagować.
— To chyba wszystko. — Westchnął uzdrowiciel.
• • •
Pierścienie...
Carys przystanęła przed izolatką i przyjrzała się prezentowi od hrabiego. Srebro, półszlachetne kamienie. Niezbyt ładny, ale bardzo charakterystyczny. Cztery pola. Fioletowy ametyst i błyszczący hematyt — barwy rodu Tsudmondt. Czarny kwarc dymny i nazwany czerwonym, a tak naprawdę rudy agat karneol — kolory niepodległego Hrabstwa.
Władca znaczy swoich przyjaciół. A co z tymi, którzy...
Zmarszczyła brwi i zapukała.
— Można! — Dobiegło zza drzwi.
Nacisnęła klamkę, koncentrując się. Panować nad twarzą...
Siedział na łóżku, na kocu leżało jakieś pismo.
— Witaj. — Uśmiechnęła się blado.
Raczej dziwne niż straszne — pomyślała. Skóra lewego przedramienia Ivnebralla była mleczna; podobnie na ramieniu, chociaż tutaj jasne obszary przeplatały się z normalnymi. Postrzępiona granica wyglądała jak wymyślny tatuaż.
Mężczyzna podniósł głowę.
— Carys. Jednak zdecydowałaś się mnie odwiedzić. — Powiedział powoli.
Niezwykłe wzory wspinały się przez szyję, by na połowie twarzy utworzyć jednolitą plamę, zasłoniętą teraz przez białe kosmyki, najwyraźniej celowo tak zaczesane. Jednak większość włosów nadal była czarna. Uzdrowiciele przyspieszyli ich odrastanie, żeby jak najprędzej przywrócić wygląd zbliżony do poprzedniego.
— Próbowałam wcześniej, ale...
— Dobrze, że cię nie wpuścili.
Znieruchomiała z rozchylonymi ustami.
— Usiądź, zapraszam. — Wskazał krzesło. — Chciałbym o coś zapytać.
— Oczywiście. — Wydusiła. Zachowuję się jak idiotka.
— Nurtuje mnie pytanie, dlaczego zaangażowałaś się w tę sprawę. Właściwie dziwię się, że nie dowiedziałem się tego wcześniej. Rozumiem, że uważałaś, że masz rację i tak dalej... Ale dlaczego byłaś gotowa podjąć ryzyko?
Jego rzeczowy ton uspokajał. Dziewczyna odetchnęła.
— To skomplikowane. Niedawno wyjechałam z Syldenu. Moim jedynym kapitałem są Zdolności. Nie chciałam, żeby Gildia odebrała mi prawo do korzystania z nich. Szczególnie, że próbowali osiągnąć to w taki sposób.
— Dlaczego nie powiesz mi całej prawdy? Ty wiesz o mnie więcej, niż powinnaś.
— Chodzi ci o...
— Chodzi mi o twoją upartą wiarę w przeznaczenie. O głupie zbiegi okoliczności.
— Masz rację. Przepraszam. To chyba tłumaczy moje opory przed kontaktami z Gildią. Nie raz pokazywali, co robią z takimi jak my. W trosce o publiczne bezpieczeństwo. Nie wiem nawet, jaki mam kolor. Nie poproszę przecież, żeby ktoś obejrzał sobie moją aurę.
— No cóż, w tym państwie teoretycznie nie musisz już obawiać się Gildii. Wszyscy jej członkowie zostali objęci banicją. Mimo to mogą próbować się mścić. Na szafce obok ciebie leży mój medalion. Weź go sobie. Podobno te wisiorki są nie do podrobienia, choć nie wiem, na czym to polega. Powinnaś się temu przyjrzeć. W każdym razie ten jest autentyczny i może ci się kiedyś przydać.
— Dziękuję. — Zdziwiona Carys schowała podarunek do torebki. — Naprawdę uważasz, że coś mi grozi?
— Ostatecznie pokonałaś ich. Zniweczyłaś wielkie plany. Wygrałaś. — Jak na pochwałę słowa tropiciela zabrzmiały dziwnie ironicznie.
— My wygraliśmy.
Zacisnął szczęki i na chwilę zamilkł.
— Czy znasz rudowłosą dziewczynkę o jasnych oczach? Ma na imię Shania. Jest tego wzrostu. — Wyciągnął rękę.
— Na Wieczne! Skąd o niej wiesz? Widziałam takie dziecko!
— Coś takiego. Może wreszcie raczysz mi o niej opowiedzieć?
— Kiedy byłam w Zirrconium, podbiegła do mnie i powiedziała coś dziwnego... Nie pamiętam dobrze. W każdym razie zwróciłam uwagę na jej opiekuna i jeszcze jednego mężczyznę, który siedział w czekającym na nich powozie.
— Niech zgadnę. Daphoe i zielony.
— Tak! Tak, ale skąd...
Zamilkła, widząc jego wykrzywioną złością twarz.
— W takim razie tak naprawdę wygrała ta smarkula. Posłużyła się tobą. Ty zaś posłużyłaś się mną. Potrafisz wpłynąć na los, tak? Najwyraźniej przede wszystkim na własny.
Odgarnął włosy z twarzy i Carys popatrzyła prosto w jego ślepe, pokryte bielmem lewe oko.
— Galvay...
— Wynoś się!
Przerażona dziewczyna wypadła na korytarz i zaniosła się płaczem.
Tymczasem Ivnebrall spokojnie wstał, zamknął drzwi i wrócił na miejsce. Jeszcze raz spojrzał na projekt edyktu, który zostawił mu Tsudmondt. Wygnanie. Wyrok na wszystkich Uzdolnionych, poza garstką wybrańców noszących pierścienie.
Odnaleźć, udowodnić winę, przegnać lub zabić. Wymarzona robota.
— Czy się zgadzam? Jeszcze jak się zgadzam, panie hrabio. Chociaż nie mam pojęcia, czym to się różni od pomysłu Gildii — Mruknął i zaśmiał się.
• • •
Egzekutorka leżała wyciągnięta na brudnej, kamiennej podłodze lochu. Usłyszawszy kroki, z wysiłkiem podparła się i usiadła.
— Ivnebrall?
— Trudno poznać, prawda? Ty też się zmieniłaś.
Próbowała skupić na nim rozbiegane spojrzenie. Jej ciało pokrywały liczne rany i sińce w niemal wszystkich kolorach tęczy. Przesłuchania trwały już od dwóch tygodni.
— Chyba złamali ci nos, Varia.
— Pieprz się.
— Och, nadal kąsasz? Już niedługo. Ale najpierw odpowiedz, czy coś takiego robi się po trzech latach wspólnej pracy... i nie tylko, że się tak wyrażę. Hm? Nie potrafiłaś przegrać?
— Pieprz się.
— Rozumiem. W takim razie będziesz zdychać po kawałeczku... Ale najpierw oddaj mi tę błyskotkę. Zostawili ci go na pamiątkę? Bardzo zabawne. Ja swój... zgubiłem. Pozwolisz?
— Pieprz się.
Galvay roześmiał się.
— Na Wieczne, z prawdziwą przyjemnością poćwiczę sobie na tobie moją nową Zdolność.
• • •
Minął kolejny tydzień.
Carys Abigail stała w oknie wieży starej przygranicznej warowni. Oparła się plecami o zimną ścianę i podziwiała piętrzące się przed nią góry.
Północny kraniec cywilizowanego świata. Może to lepiej, że nie muszę patrzeć na to, co wyprawia się w reszcie Hrabstwa.
Westchnęła.
— Jeśli ma pani jakikolwiek wpływ na bieg spraw... — Powtórzyła na głos słowa uzdrowiciela i ukryła twarz w dłoniach. — Ja? Jestem tchórzem i nie wiem, co robić.
Ponownie zwróciła się ku wyniosłym szczytom.
— Spróbuję dopilnować chociaż tego jednego. — Powiedziała w przestrzeń. — Boję się zgadywać, o czym myślał Tsudmondt oszczędzając zielonego i powierzając go mnie. Wolałabym nigdy nie dowiedzieć się, jakiej przysługi zażąda od niego, jeśli uda mi naprawić szkody poczynione przez Daphoe’a. Ale będę na miejscu, kiedy do tego dojdzie i powstrzymam ich. Obiecuję, doktorze.
Zeszła na dół i udała się do swojego pokoju. Był dość skromnie wyposażony, ale czego mogła oczekiwać w takim miejscu? Nie przyjechała tu na wakacje. Rzuciła okiem na niewielki przedmiot leżący na stole i uśmiechnęła się ze smutkiem. Zamknęła powieki. Medalion świecił złotym blaskiem. To, co nigdy nie żyło, nie posiada aury. Pierwszy dogmat Gildii. Ostatnio podstawy naszej wiedzy drżą w posadach. Otworzyła oczy i wzięła wisiorek. Pogładziła go pieszczotliwie.
— Nosisz w sobie śmierć. Czy dlatego mi cię dał? Dlaczego więc mnie ostrzegł, że mam ci się przyjrzeć? Nie, nie zdołasz mnie zabić, skoro członkowie Gildii noszą twoich braci i są zdrowi.
Przez chwilę obracała metalową blaszkę w dłoniach.
— Dobrze, Galvayu. Zapytam go o to, jak tylko będzie w stanie odpowiedzieć. Ja też jestem ciekawa.
powrót do indeksunastępna strona

18
 
Magazyn ESENSJA : http://www.esensja.pl
{ redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.