Magazyn Esensja - Qualis "Opowieści Dziadka Georga: Prezent dla Króla"

powrót do indeksunastępna strona

nr 10 (XLII)
grudzień 2004

 Opowieści Dziadka Georga: Prezent dla Króla
Współpracujący z nami od samego początku autor kryjący się pod pseudonimem Qualis powraca z humorystycznym opowiadaniem fantasy. Będą elfy, książęta i smoki... Ale w jaki sposób!
– Ojej – zachichotała Krista. – Dziadziuś powiedział słowo „DUPA”!
– Cóż? Cóż moja śliweczko… – zmieszał się Georg. – I owszem, dupa… o… takowoż to jest historia o rycerzach, a musicie wiedzieć, moje kluseczki, iż rycerz to człek twardy…
– Jak Wuj Albert, który opowiadał nam kiedyś jak to wychędożył…
– Cóż powiadasz?! – przerwał szybko Georg dobrze znający niewyparzony język wuja Alberta. – Owszem – oto „dupa” – stare, rycerskie słowo i jako takie będące w stałym, rycerskim użyciu. Zatem…
W przytulnej, ogrzewanej lubieżnymi liźnięciami płomieni paleniska izbie, drzemał starczym, głębokim snem Hans Wilhelm Zygmunt Błażej Kurt Georg von Georg zu Buhl, zwany krótko dziadkiem Georgiem. Był to starzec imponującej postury, o ogorzałej twarzy przeoranej bruzdami wyrytymi dłutem długich lata życia, brutalnie porośniętej twardą a siwą szczeciną. Dożywał lat swoich w serdecznej gościnie użyczonej przez najmłodszego syna – Hansa Hendricha. Dni starości Georga, na podobieństwo różańca, gładko przemykały przez cierpliwe dłonie czasu, aż do tchnienia ostatniej zdrowaśki. I wszystko byłoby tak, jak być na starość powinno, gdyby nie… – Georgiem przez sen wstrząsnęły dreszcze – …dzieci. A dokładnie dwoje małych, dziarskich ośmiolatków – chlubnych owoców lędźwi syna – Hansa Rudolfa Hendricha tudzież szerokich a płodnych bioder synowej – Kristy Stanisławy Johanny von Hollderin und Taxis. Dzieci – jak to dzieci – radośnie tunelowały z jednego kąta zamku w drugi, zapełniając ponurą przestrzeń jasnym gwarem, fantazjami i wirem fizycznej aktywności, którą bez przesady możnaby nazwać wulkaniczną. Na nic zdawały się sforujące ojcowskie pohukiwania Hansa Rudolfa Hendricha. Na nic Krista Stanisława Johanna próbowała po matczynemu przekupić dzieci słodyczami, aby raczyły uszanować starcze prawo dziadka Georga do spokoju. Na nic zdawały się gromy samego Georga, na nic jego groźne miny, które jeszcze przed ćwierć wiekiem moczyły strachem brudne spodnie kaprawych, zbójeckich elementów. Albowiem ośmiolatek to istota o duszy smoka – byle czym się nie przejmie.
Tak więc Georg w jednej chwili potrafił być strasznym królem Aristem, który poćwiartował swoją szanowną małżonkę Sokratę na 12 nierównych kawałeczków; w drugiej Złym Potworem Morskim Tomaszem atakującym jakąś wioseczkę rybacką w poszukiwaniu małoletnich, tłustych dziewic; a w kolejnej dziadkiem, na którego kolanach słodko usypiały dwie zmęczone, niewinne z wyglądu istotki. Dziadek Georg nie potrafił długo gniewać się na swoje wnuczęta, acz ciągłe wplątywanie jego osoby w niestworzone historie, męczyło go niepomiernie. I nie miał za bardzo pomysłu, jak z ambarasującej sytuacji wybrnąć. Któregoś wszakże dnia z pomocą przyszedł mu przypadek. Mały Hans Fredrich Wilhelm oraz mała Krista Frieda Jakuba, znudzone trochę walką z Wielką Zębatą Glistą Agnieszką – czyli oczywiście dziadkiem Georgiem – pożerającą sierociniec wraz z sierotkami – w tej roli także dziadek Georg – usiadły u stóp dziadka i zaczęły domagać się bajki. I akurat tak się zdarzyło, iż w zamku nie było ich rodziców, a gnuśna służba gziła się gdzieś po ciemnych, zakurzonych kątach zamku. Dziadek Georg, który bajek żadnych nie znał, znalazł się w kłopocie. Po księgi nie zamierzał sięgać, bo raz, iż wzrok już nie ten co dawniej, a dwa, bajki niezmiennie go usypiały. A zaśnięcie przy wnukach nie było zbyt bezpieczne… Georg wciąż jeszcze odczuwał bolesne, reumatyczne kąsania w barku, wynik polania go zimną wodą przez dziarską dziatwę, niby w imię gaszenia pożaru na Strasznym Zamku Galaway Gdzie Martina Spalono Żywcem…
– Ale jak to? – dziwiła się mała Krista – Dziadek żadnych bajek nie zna?
– Nie – mruknął Georg. – Ja w Twoim wieku…
– Tak wiemy, wiemy! – wykrzyknął Hans. – Dziadek walczył ze smokami, zbójami, rycerzami, palił wsie, wbijał na pal, rabował, pływał po morzach i porywał księżniczki…
W miarę, jak mały Hans wymieniał wszystkie dawne przygody dziadka, jego oczy zaczęły podejrzanie błyszczeć. Georg z nieprzyjemnym przeczuciem spojrzał na mała Kristę. Miała ten sam niepokojąco okrągły wyraz oczu. Dobrze mu znany. Dzieci wymieniły spojrzenia.
– Ależ dziadziu! – ucieszyła się Krista. – Niechaj dziadzio opowie nam swoje przygody…
– Prosimy, prosimy… – dodał Hans.
• • •
Georg zamyślił się. Owszem, przeszłość… ech, lata bujnej młodości pełnej przygód. A czas, ów niezrównany i bezlitosny figlarz, uwielbiał bawić się jego kosztem. Georg lepiej pamiętał, co zjadł pół wieku temu w jakiejś karczmie w zapadłej dziurze, niż co wczoraj było na obiad… Pal licho! Dziatwa przynajmniej nauczy się czegoś pożytecznego o dawnych czasach.
• • •
– Dobrze – zgodził się. – Ale pod jednym warunkiem, moje jabłuszka. Musicie dziadziowi coś przyrzec. Opowieść za spokój. Kiedy dziadzio śpi – to nie jest Smokiem, Górą, Zamkiem, Wredną Glistą Agnieszką czy Potworem Morskim Tomaszem! Czy to jasne, moje aniołki?
Georg rozsiadł się wygodniej, gładząc twardą szczecinę na podbródku.
– Nie znacie pewnie pasjonującej, acz przeraźliwej historii prezentu księcia Jarosława dla Króla Huberta? Król Hubert hucznie swoje 55. urodziny obchodził… Cóż, wprawdzie nie uczestniczyłem w przygodzie osobiście, lecz książę jest moim drogim przyjacielem. Tak, Hans, to on Tobie przysłał na urodzinki czerwonego, cętkowanego na zielono, drewnianego smoka, któremu odpadł zaraz ogon… Ale o czym to ja… No właśnie, oto z ust księcia usłyszałem jedną z najbardziej wstrząsających historii, jakie znam… Tak, hm… Smoki… Rycerze… Elfy… Barbarzyńcy… Krasnoludy… Chłopi… Zakurzone drogi… i wielka przygoda i akcja… Tak, tak, moje dziatki… A zatem…
• • •
„O! Rycerzy wielość! Zbroje wspaniałe! Umysłów dzielnych zgromadzenie potężne!” – snuł myśl Książę Jarosław – „O! O! O!”. Tu przerwał, bo konceptu chwilowo zabrakło, by rozważania wielce bohaterskie ciągnąć dalej. Książę, umiejscowiony na koniu, samotnie tkwił na małym pagórku leżącym przed dużą, śliczną doliną, otoczoną z trzech stron lasem, a z jednej niewielkimi wzniesieniami. Widok był zaiste przepiękny. Wprawdzie książę Jarosław widział tylko zamazane plamy – był bowiem strasznym krótkowidzem – jednak jego bujna wyobraźnia sowicie wynagradzała ową arystokratyczną ułomność. Przecie czyż Albert Sterczący nie ubił był Straszliwej Mandagory celując w głowę stwora, a odcinając mu przyrodzenie? Czyż Zygmunt-Zawsze-Z-Pianką nie posiadł Dumnej Wacławy Cnotliwej dzielnie dybiąc na ulotny choć pocałunek, a kończąc pomiędzy jej alabastrowymi, chłodnymi jak kwiat bzu wieczorem, udami? Czyż… podobnych historii krótkowzroczni członkowie rodu księcia Jarosława znają więcej… „O! A oto i cel podróży naszej!”. Książę ośmielił się w końcu skierować spojrzenie na środek doliny, gdzie ów cel niewyraźnie majaczył. „O! Na Bogów! Zadrżały serca bohaterów, widząc Stwora, którego pyszność jawnie skromności natury urągała! Lecz…” – oto stały element romantycznych monologów wewnętrznych Jarosława, stanowiących nieodłączną część książęcego strumienia świadomości – „Lecz… wśród nich mąż był niezłomny, wzrokiem mały, sercem olbrzymi! Ten zmierzył Bestię, nieduża mu się wydała – bowiem miarą męstwo jego było. Pierwszy tedy ruszył ku Niej, szmer zachwytu surowego wzbudzając, przecie wśród mężów nieskorych do jawnych uczuć pokazów!”. Książę Jarosław powoli zbliżał się do zielono-żółtej olbrzymiej plamy, która w naturze wyglądała całkiem jak smok. Duży smok. Bardzo duży Smok. Cholernie całkiem duży Smok…
• • •
– A jak duży dziadziu? – zainteresowała się Krista.
– Cóż? Hm… – mruknął Georg. – Duży… jak powiedzmy… dwie baszty naszego zamku.
– Aha! – wykrzyknął mały Hans. – Czyli większy niż Zły Czarny Smok Wibrosław, który porwał księżniczkę Joannę by ją wychę…
– Cóż i owszem – zgodził się szybko Georg. – Był tak samo duży, a nawet i troszkę większy… A zatem…
• • •
Na wzgórzu, tuż obok miejsca gdzie przed chwilą stał królewski pierworodny syn, w twardy grunt zagłębiały się zdecydowanie, choć jednocześnie delikatnie, potężne kopyta. Zdecydowanie wynikało z wagi, zaś delikatność – z płci pięknej zwierzęcia. Za kopytami, okutymi żelazem tudzież okolonymi krótkimi kolcami, szły grube, potężne nogi, pancerzem pokryte. Tułów był proporcjonalny do wielkości odnóży, czyli olbrzymi. Nałożona nań specjalna zbroja miała wierzchnią warstwę złożoną z maleńkich, diabelnie ostrych haczyków. Na wierzchowcu siedział, hm… właściwie słowo „siedział” odnosi się do normalnych stosunków panujących między normalnym grzbietem końskim, a normalnych rozmiarów dupskiem rycerza.
• • •
– Ojej – zachichotała Krista. – Dziadziuś powiedział słowo „DUPA”!
– Cóż? Cóż moja śliweczko… – zmieszał się Georg. – I owszem, dupa… o… takowoż to jest historia o rycerzach, a musicie wiedzieć, moje kluseczki, iż rycerz to człek twardy…
– Jak Wuj Albert, który opowiadał nam kiedyś jak to wychędożył…
– Cóż powiadasz?! – przerwał szybko Georg dobrze znający niewyparzony język wuja Alberta. – Owszem – oto „dupa” – stare, rycerskie słowo i jako takie będące w stałym, rycerskim użyciu. Zatem…
• • •
Wszelako w tym konkretnym przypadku trzeba by użyć słowa o mocniejszym znaczeniu. Rycerz więc… panował… wbijał się… taranował… Nie, mało obrazowe… Był jak skazaniec na pal wbity, jak nowożeniec w lubej w noc poślubną, jak zdun zapatrzony w kafle śnieżnobiałego pieca, jak drwal werżnięty w pień hardego drwa, jak krasnolud w skałę wkopany, elf w metaforę zasłuchany, żebrak zasadzony na złotego talara w łajnie rynsztoka… Krótko mówiąc nader solidnie był umocowany. Jan Maria Krótki, bo tak zwał się ów tajemniczy rycerz, ubrany był w szalenie modną wśród rycerstwa czarną, matową zbroję. Zabójczo niepraktyczną w ciepłe dni, za to odpowiednio dla dam widowiskową. A rycerze lubią być dla dam odpowiednio widowiskowi. Rycerz Jan Maria Krótki, jak mówił jego przydomek, był postawnym mężem z wielgachnym mieczem u boku i potężnym koniem, znaczy się klaczą, pomiędzy solidnymi udami. Rycerz Jan był duży, wszakże nie głupi. Przydomek „Krótki” także nie był przypadkowy czy dany przez przekorę, jak to się zazwyczaj zabójczo błędnie mniema w podobnych przypadkach. Tak na prawdę, gdyby nie ów zadziorny przydomek, Jan Maria by i połowy takiej ilości wroga nie ukatrupił. Pomyślmy, cóż sobie może imaginować statystyczny rycerz, krasnolud, ork – tudzież inny statystyczny obiekt uzbrojony – na widok potężnego męża z potężnym mieczem u boku, mającego za imieniem słówko „Krótki”? Ano właśnie… A rycerz Jan Maria brał dowcipy na poważnie, bo dumnym był człowiekiem. I nie humorzastym, jak – jak to sam zwykł mawiać – jakiś rumianek na wiosnę. Zajęciem jego i Janiny – konia, to znaczy klaczy w zasadzie, lecz stosujmy terminologię rycerza Jana, dla którego konie to konie, a nie jakieś klacze czy inne takie dziwne natury płci psikusy – zatem zajęciem ich, była ochrona pierworodnego syna królewskiego, ukochanego następcy tronu – księcia Jarosława. Owa skromna dwójka wystarczała nawet na wypadek podstępnego ataku małej nikczemnej armii – o ile znaleźliby się tacy szaleńcy, co by chcieli ryzykować jawnie samobójczy akt agresji.
Rycerz Jan Maria i Janina patrzyli z niejakim uznaniem na księcia Jarosława, który zupełnie bez wahania zbliżał się do potwornej bestii wylegującej się w dolinie. Nawet koń Janina na jej widok skromnie opuścił oczy i schował spiłowane w trójkąt zęby.
– O! – zakrzyknął dzielnie książę dotarłszy do rozmazanego celu podróży – Jam Książę Jarosław, syn Bogusława III, dziedzic Hubbard, elektor…
Olbrzymia niewyraźna masa poruszyła się lekko.
– Przybywam, aby… – i tu wylał się cały potok książęcej przemowy.
Smok, obudzony tym harmiderem, ziewnął po smoczemu – czyli szeroko, z rozmachem, który malowniczo zafalował pobliskim morzem traw. Po czym rozejrzał się dokoła. Hm… Uchmm… Ano nic ciekawego. Coś hałas jednak czyni… Na dodatek o tak nieprzyzwoicie wczesnej porze. Sądząc po słońcu, południa jeszcze nie było. Smok ziewnął sobie powtórnie. Rozejrzał się raz jeszcze. Ach! Tu! Tuż koło jego ogona stał jakiś rycerz w wypucowanej, błyszczącej zbroi, z hełmem w jednej ręce a drugą gęsto gestykulujący.
– Hej! – zagrzmiał Smok – Waść wszak do mej rzyci przemawiasz! Cóż to za obyczaje nowe…?!
• • •
– Ojej! – zawołała mała Krista. – A co to znaczy „rzyci” dziadziu?
– To inaczej „dupa”, głupia – odpowiedział Hans. – Wiem, bo kiedyś wuj Albert opowiadał, jak to on wychędożył…
– Ależ cóż! Moje dzieci…! cóż… – wszedł mu szybko w słowo Georg, postanawiając w duchu poważnie pogadać z Albertem o tematach, jakie porusza w rozmowach z siostrzeńcami – „rzyć” to inaczej… cóż… „dupa”, lecz… cóż… w bardziej starożytnej rycerskiej mowie. Gdzie to ja skończyłem…
• • •
Książę, usłyszawszy ryk, przerwał w pół słowa swą mowę. Zmrużył oczy. Rzyć? Och… Plama jak plama. „Rany… ależ ambaras…” – zreflektował się.
– Podjedź no Waść tutaj – podpowiedział życzliwie Smok – Będzie prościej nam rozmawiać.
Koń zarżał, rozległy się jakieś metaliczne trzaski i po dwuminutowym, raźnym „tuptup tuptup”, książę w całej swej dostojnej okazałości ukazał się przed oczami smoka.
– OK, tak lepiej – skomentował Smok – Cóż Waści sprowadza o tak chorej porze?
Jarosław zmrużył straszliwie oczy, wpatrując się niepewnie w okolice smoczej szyi.
– No więc…
– No więc…? Przed chwilą Waść coś głośno klarowałeś końcowi mego ciała, a teraz „No więc…”?!
– O! Jam książę Jarosław, syn Bogusława III, dziedzic Hubba…
– OK, OK. – Przerwał mu szybko Smok. – Może obejdziemy się bez tych dworskich formalności. O co Waści chodzi?
Książę stracił trochę rezonu, w końcu formalności wymyślono po to, aby nie zaczynać spraw tak od razu; aby mieć czas na oswojenie się…
– Tak?
– No więc… Oczywiście… Ja, znaczy się My… Znaczy się mag Diogene…
– Diogene!? Ten stary rozpustnik?! A czegóż on ode mnie znowu chce! Jeśli idzie znowu o jakieś nieletnie, brudne, tłuste chłopki… niechaj lepiej zapomni!
Jarosław osłupiał. Jakie chłopki?! Przecie czarodziej ma sporo po osiemdziesiątce i nie w głowie mu takie swawole!
– Waść… Smok… niechaj zważa na słowa! Mag Diogene jest czcigodnym starcem, który…
Smok zaryczał głośno, omal nie pozbawiając Księcia słuchu.
– Uhaaa… heee… hiii… – zakrztusił się Smok – Rozumiem… ten rozpu… staruch… uhm. Lecz… Rozumiem… Waść mówiłeś, iż skąd jesteś?
– Archipelag Hubbard…
– Hubbard… No… spory kawałek drogi Waść tłukł swą drogocenną książęcą dupę. Hm…
– Tak…? – odparł Książę zdumiony wulgarnością smoczego języka.
– No dobrze, znając tego oble… hm… Czcigodnego Maga, zapewne dał Waści Widok?
– Tak…
– OK. To dawaj Waść, dawaj! Szkoda czasu!
– Ale ja chciałem wpierw…
– Daruj Waść sobie…
Cóż pozostało? Książę Jarosław pogmerał w swojej sakwie podróżnej i wyciągnął małe zielone pudełko.
– Ono samo…
– Wiem… wiem, mości książę, co to jest – parsknął Smok – Czy mógłby Waść mnie teraz opuścić?
– Oczywiście…
– Widok…
– Um? Aha…– książę popatrzył na pudełeczko, które, nadal trzymał w ręku – Przepraszam…
Rzucił Widok przed smoka, obrócił wierzchowca i pokłusował w stronę wzgórza, gdzie czekał na niego rycerz Jan Maria. W kierunku oddalającego się księcia Jarosława łaskawy wiatr rzucił parę zagadkowych słów z Widoku: „groch… dużo… pigwa… tarnina… jeżyny… baranina…”

ciąg dalszy na następnej stronie
powrót do indeksunastępna strona

21
 
Magazyn ESENSJA : http://www.esensja.pl
{ redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.