Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Non omnis moriar: Desant zza dwóch oceanów

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj międzynarodowy projekt Joachima Kühna z udziałem Philipa Catherine’a i Alphonse’a Mouzona.

Joachim Kühn
‹Hip Elegy›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułHip Elegy
Wykonawca / KompozytorJoachim Kühn
Data wydania1976
Wydawca MPS Records
NośnikWinyl
Czas trwania42:56
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieJoachim Kühn, Philip Catherine, Terumasa Hino, Naná Vasconcelos, John Lee, Alphonse Mouzon
Utwory
Winyl1
1) Seven Sacred Pools08:44
2) Santa Cruz04:55
3) Bed Stories05:30
4) Hip Elegy in Kingsize08:38
5) First Frisco07:11
6) Travelling Love07:55
Rozpad międzynarodowej jazzrockowej formacji Association P.C., w składzie której Joachim Kühn zastąpił holenderskiego pianistę Jaspera van ’t Hofa i z którą wydał dwa albumy („Rock Around the Cock”, 1973; „Mama Kuku – Live!”, 1974), w żaden sposób nie wpłynął obniżenie jego aktywności twórczej. Wręcz przeciwnie! Wyzwolony z ram narzucanych mu przez lidera grupy, perkusistę Pierre’a Courbois, mógł ponownie realizować własne plany artystyczne. Efekt był taki, że z kopyta ruszyła solowa kariera Joachima, znaczona kolejnymi, regularnie publikowanymi winylami. W 1974 roku ukazało się „Cinemascope”, w kolejnym roku longplay sygnowany do spółki z francuskim pianistą Martialem Solalem „Duo in Paris”, a w jeszcze następnym aż dwa wydawnictwa: „Hip Elegy” i „Springfever” (zgodnie z chronologią nagrania).
Kiedy jesienią 1975 roku Kühn przymierzał się do kompletowania składu, w jakim miał zamiar zarejestrować nowy materiał, w dużej części postanowił oprzeć się na artystach, z którymi miał okazję w różnych konfiguracjach współpracować już wcześniej. Partie gitar nagrał Philip Catherine („September Man”, „Guitars”), znany głównie z Pork Pie („Transitory”, „The Door is Open”), natomiast „stanowisko” basisty obsadził – w tym czasie dosłownie rozchwytywany przez niemieckich i holenderskich jazzmanów – czarnoskóry Amerykanin John Lee („Infinite Jones”, „Cascade”, „Eyeball”), który brał już zresztą udział w pracach nad „Cinemascope”.
Skład uzupełnili jeszcze trzej wybitni: mieszkający wówczas na Starym Kontynencie niezwykle ceniony japoński trębacz Terumasa Hino (rocznik 1942), brazylijski perkusjonalista Naná Vasconcelos (zmarły dwanaście miesięcy temu w wieku siedemdziesięciu dwóch lat) oraz jedna z legend światowej muzyki fusion – urodzony w 1948 roku współtwórca legendarnej grupy Weather Report, amerykański bębniarz Alphonse Mouzon, którego na wieczność pożegnaliśmy w Boże Narodzenie ubiegłego roku. Szóstka ta, doliczywszy oczywiście Kühna, Catherine’a i Lee, na początku listopada zamknęła się na trzy dni – od drugiego do czwartego – w Tonstudio Bauer w Ludwigsburgu. Efektem ich kooperacji stał się natomiast wydany na początku 1976 roku przez MPS Records album „Hip Elegy”, który bez najmniejszych wątpliwości uznać można za jedną z najciekawszych europejskich, chociaż ze Starego Kontynentu pochodziło zaledwie dwóch muzyków, produkcji jazzrockowych lat 70. XX wieku.
Na „Hip Elegy” składa się sześć kompozycji, spośród których pięć wyszło spod ręki Joachima Kühna, jedną dorzucił chętnie dzielący się z innymi artystami swoją twórczością John Lee. I tak też się składa, że dzieło Amerykanina – „Seven Sacred Pools” – otwiera album. Co takiego ujęło w nim Niemca, że zdecydował się „pożyczyć” je od kolegi zza Atlantyku? Być może funkowy luz i zwiewność, świetny basowy groove, na bazie którego zbudowane zostały partie solowe – najpierw fortepianu elektrycznego, następnie trąbki. Istotny wkład w nastrój utworu mają jednak również syntezatory, coraz śmielej wykorzystywane w tym czasie nie tylko przez Kühna, ale również zaprzyjaźnionego z nim kolegę po fachu, Jaspera van ’t Hofa (vide „The Selfkicker”). Mniej do powiedzenia ma tutaj Philip Catherine, ale mimo wszystko warto wytężyć słuch i wyłapać z tła jego opartą na zgrzytach partię gitarową. Po prawie dziewięciominutowej porcji klimatycznego funku Joachim obraca wahadełko w inną stronę – „Santa Cruz” oparte jest głównie na brzmieniu fortepianu akustycznego i pełnym subtelności duecie Steinwaya z gitarą.
W zamykającym stronę A wydania winylowego „Bed Stories” robi się znacznie bardziej rockowo. Ton temu utworowi nadaje amerykańska sekcja rytmiczna. John Lee i Alphonse Mouzon bez problemu znajdują wspólny język (choć w tym czasie głównym partnerem basisty był Gerry Brown) i całkowicie dominują nad pozostałymi muzykami. Nie oznacza to jednak, że wybijają się na plan pierwszy. Przeciwnie. Pozostając w cieniu, narzucają tempo i charakter całej kompozycji, pozostali natomiast pokornie się do tego dostosowują. Dzięki temu mają też sporo miejsca na popisy. Tych zaś nie brakuje. O ciarki na plecach przyprawia duet Catherine’a z Hino czy wybijające się z czasem syntezatory. Kapitalnie radzi sobie zwłaszcza Japończyk, którego gra – bardzo selektywna i oszczędna – przywodzi na myśl ówczesne dokonania Tomasza Stańki. Po przełożeniu krążka na drugą stronę otrzymujemy kolejny wielki utwór z tego longplaya – „Hip Elegy in Kingsize”. W pamięci długo pozostają przede wszystkim jego części otwierająca i zamykająca, utrzymane w stylistyce – bardziej nawet rockowej niż jazzowej – ballady.
Sam siebie przechodzi w „Hip Elegy in Kingsize” Mouzon, potwierdzający, że był już wtedy nie tylko wirtuozem perkusji, ale wręcz… poetą tego instrumentu. Mając takie wsparcie, na wyżyny wznoszą się również Kühn (tym razem sięgający zarówno po fortepian elektryczny, jak i syntezatory) oraz Catherine. Część środkowa utworu nawiązuje z kolei do stylistyki „Seven Sacred Pools”, urzekając funkową energią. Bardzo energetycznie na tle poprzednika wypada „First Frisco”. Nie brakuje tu ani ciekawych harmonii, ani na pozór, zdawałoby się, kontrastowych zbitek – vide rockowa sekcja rytmiczna towarzysząca stonowanemu fortepianowi akustycznemu bądź trąbce. Nie można też zapominać o bardzo intensywnej solówce na perkusji. Płytę wieńczy urzekający pięknem numer zatytułowany „Travelling Love”. Wbrew tytułowi, nie ma w nim nic z banalności i pościelowości popu czy smooth jazzu, są za to lekkość i finezja, podszyte rockową emocją (ponownie jest to zasługa Johna i Alphonse’a). Jeszcze w tym samym roku Joachim Kühn wydał, nagraną pięć miesięcy później, kolejną jazzrockową płytę – „Springfever”. Bardziej surową, ale nie mniej wirtuozerską i emocjonującą. Jej również poświęcimy czas.
koniec
18 marca 2017
Skład:
Joachim Kühn – fortepian, fortepian elektryczny, syntezatory, efekty
Philip Catherine – gitara elektryczna, gitara akustyczna
Terumasa Hino – trąbka
Naná Vasconcelos – instrumenty perkusyjne
John Lee – gitara basowa
Alphonse Mouzon – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Słuchaj i patrz: Rodzina podpowiada
Beatrycze Nowicka

20 IX 2017

Odsłona w klimatach rozmaitych czyli Pablopavo i Massive Attack – światła na Północy i złe siły w metrze.

więcej »

Non omnis moriar: Łącznik z Kraju Tulipanów
Sebastian Chosiński

16 IX 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj Amerykanin Charlie Mariano w kooperacji z holenderską formacją The Chris Hinze Combination.

więcej »

Słuchaj i patrz: Powrót w czerń
Beatrycze Nowicka

13 IX 2017

Gdybym miała wskazać najczęściej pojawiający się motyw tekstów piosenek, postawiłabym na rozpad związku.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.