Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 23 kwietnia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Non omnis moriar: Muzyka dawna z Kraju Tulipanów

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj międzynarodowy projekt Holendra Chrisa Hinzego.

The Chris Hinze Combination
‹Mission Suite›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMission Suite
Wykonawca / KompozytorThe Chris Hinze Combination
Data wydania1973
Wydawca MPS Records
NośnikWinyl
Czas trwania43:35
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieChris Hinze, Henny Vonk, Rob van den Broeck, John Lee, Gerry Brown, Siegfried Schwab, Cees See, Wim van der Beek
Utwory
Winyl1
1) Di-Da-De-Lu-Da08:04
2) Mission Suite14:52
3) Deliverance14:20
4) The Ballad03:50
5) Bamboo Funk05:27
Przyszedł na świat w niespokojnych czasach, na rok przed wybuchem drugiej wojny światowej. Gdy miał dwa lata, jego ojczyzna znalazła się pod okupacją hitlerowską. Pochodził z uzdrowiskowo-przemysłowego (jak widać, to wcale nie stoi ze sobą w sprzeczności) miasta Hilversum. O kogo chodzi? O Holendra Chrisa (a właściwie: Christiaana Herberta) Hinzego. Od młodych lat interesowała go muzyka baroku, już jako dwunastolatek zaczął naukę gry na fortepianie, który później porzucił jednak dla fletu. Ukończył konserwatorium w Hadze. Nie poświęcił się jednak – a przynajmniej nie tylko – graniu muzyki klasycznej; w latach 60. XX wieku odkrył bowiem dla siebie jazz i rock. Ta fascynacja, dzięki otrzymanemu stypendium, doprowadziła go do kolejnych studiów – w prestiżowym Berklee College of Music w Bostonie. Wrócił stamtąd może nie całkowicie odmieniony, ale świadomy tego, czemu chce się poświęcić. W efekcie w następnej dekadzie postawił na fusion.
Pierwszym zespołem jazzowym, którego został członkiem, była orkiestra Boy’s Big Band; z nią nagrał swój debiutancki album – „Finch Eye” (1966). Rok później związał się z hardbopowym triem kontrabasisty Dicka van der Capellena; owocem ich krótkiego romansu była płyta „The Present is Past” (1967). Krótko potem ukazały się dwa solowe longplaye flecisty – „Telemann – My Way” (1969) oraz „Vivat Vivaldi” (1970) – którymi niejako podsumował okres studiów i fascynacji barokiem. Hinze szybko też dojrzał do tego, by stanąć na czele własnej formacji – tak pod koniec 1969 roku narodziło się… The Chris Hinze Combination. Grupa miała płynny skład, który lider dobierał w zależności od potrzeb. W stronę free jazzu zmierzał, grając z artystami holenderskimi („Stoned Flute”, 1970; „Live at Montreux”, 1971; „Who Can See the Shadow of the Sun”, 1972); gdy chciał zrobić skok do świata fusion, zapraszał do współpracy również muzyków z innych krajów, jak chociażby przy okazji nagrywania „Virgin Sacrifice” (1972), na którym to krążku pojawili się dwaj doskonale już znani czytelnikom „Esensji” Amerykanie: basista John Lee i perkusista Gerry Brown („Infinite Jones”, „Cascade”, „Eyeball”, „Cinemascope”, „Spider’s Dance”, „September Man”, „Guitars”, „Hip Elegy”, „Springfever”).
Z ich usług Hinze postanowił skorzystać także w 1973 roku, kiedy przymierzał się do nagrania piątego albumu (a czwartego studyjnego) pod szyldem Combination. Sesja odbyła się w Kolonii; niestety, na okładce nie znalazła się dokładna informacja, kiedy miało to miejsce. Oprócz gości zza Atlantyku w studiu Cornet pojawili się również niemiecki gitarzysta Siegfried Schwab („The Oimels”, „Rischka’s Soul”, „Rischka’s Light Faces”, „Et Cetera”, „Sincerely P.T.”) oraz rodacy Hinzego: wokalistka Henny Vonk, pianista Rob van den Broeck oraz dwaj perkusjonaliści Cees See („Lift!”) i Wim van der Beek. Efektem ich pracy stał się wydany jeszcze w tym samym roku przez niemiecką wytwórnię MPS Records longplay „Mission Suite” – bez wątpienia jeden z najciekawszych w bardzo bogatym, bo liczącym ponad sześćdziesiąt pozycji, dorobku fonograficznym Chrisa. Dorobku, który – dodajmy – wciąż jeszcze jest powiększany. W ostatnich latach głównie o płyty z muzyką etniczną (afrykańską, tybetańską, jamajską) i new age.
Wróćmy jednak do „Mission Suite” – płyty klasycznie jazzrockowej, ale jednocześnie znacznie różniącej się od tego, co proponowały w tamtym czasie największe gwiazdy amerykańskiego (Mahavishnu Orchestra, Weather Report, Miles Davis, The Tony Williams Lifetime) czy europejskiego („Et Cetera, Association P.C., Pork Pie) fusion. Największa była w tym oczywiście zasługa lidera i jego fletów, które nieczęsto oddają pola innym, znacznie bardziej kojarzącym się z tym gatunkiem muzyki instrumentom, jak fortepian elektryczny czy gitara. Płytę otwiera kompozycja o dość specyficznym tytule – „Di-Da-De-Lu-Da”. Co się za nim kryje? Ośmiominutowa porcja energetycznej i porywającej mieszanki jazzu, rocka i… klasyki (w stylu innej formacji z Kraju Tulipanów, Focus). Po dynamicznym początku, znaczonym rockowym rytmem i zadziorną gitarą Siegfrieda Schwaba w tle, do głosu dochodzi Hinze, którego partia na flecie idealnie pokrywa się z eteryczną wokalizą Henny Vonk. Bliżej końca zespół ponownie podkręca tempo, w efekcie mamy do czynienia z zaskakująco mocnym zwieńczeniem utworu.
Tytułowa minisuita „Mission” to z kolei wielka gratka dla wielbicieli fusion i progresywnego folku, w klimacie wczesnej Anawy (z czasów „Korowodu”) i Osjanu. Choć oczywiście trudno podejrzewać, aby Chris Hinze wzorował się na artystach zza „żelaznej kurtyny”. Zresztą w dalszej części drogi wykonawców z Polski i Holandii – przynajmniej na jakiś czas – rozchodzą się, z czego korzysta przede wszystkim dotąd znajdujący się w cieniu pianista Rob van den Broeck. Dopiero pod koniec znów możemy mieć skojarzenia z rodzimą muzyką około jazzową, tym razem dzięki podobieństwu wokalizy Vonk do… Wandy Warskiej. Stronę B longplaya otwiera jedyna kompozycja, która nie wyszła spod ręki lidera; twórcą „Deliverance” jest bowiem John Lee. Co nie powinno dziwić, ponieważ praktycznie na każdej płycie, w której powstaniu Amerykanin maczał palce (powyżej wymieniliśmy ich kilka), jest co najmniej jeden numer jego autorstwa. W tym przypadku jest to dzieło bardzo ambitne i ze wszech miar zasługujące na uwagę. Po mocnym wejściu i duecie gitary i wokalu następuje dłuższy fragment wyciszenia, co wykorzystuje Hinze, serwując kolejną urzekającą pięknem solówkę na flecie. Dalej robi się już jednak bardziej rockowo, na co wpływ ma napędzająca Combination sekcja rytmiczna.
Czego można natomiast spodziewać się po „The Ballad”, najkrótszym fragmencie „Mission Suite”? Głównie nastrojowych „dwugłosów” – najpierw Chrisa i Roba, potem Hinzego i Vonk. W obu przypadkach ton nadaje flecista, pozostali muzycy podporządkowują się zaś wyznaczonej przez niego marszrucie. A ta prowadzi prostą drogą do jazzrockowej… „krainy łagodności”. Płytę wieńczy „Bamboo Funk” – numer, którego tytuł jest zdecydowanie mylący. Nie oczekujcie po nim bowiem funkowego groove’u; przeciwnie – to kolejny mariaż jazzu, folku i muzyki dawnej, ozdobiony nadzwyczajnej urody wokalizą Henny. Nawet jeśli z czasem utwór ten ewoluuje, to raczej w stronę rocka progresywnego, nie zaś brzmień kojarzących się z Earth, Wind & Fire czy The Headhunters Herbie’ego Hancocka. Zresztą finał i tak należy do Hinzego, który nie po raz pierwszy, ale za to – przynajmniej na tym albumie – ostatni, pozwala sobie na wycieczkę kilka wieków wstecz, do epoki ukochanego przez siebie baroku. W latach 70. zespół wydał jeszcze pięć utrzymanych w podobnym stylu płyt: „Charlie Mariano with The Chris Hinze Combination” (1973), „Sister Slick” (1974), „Parcival” (1976), „Bamboo Magic” (1978) oraz „Summer Dance – Live at Montreux, Vol. II” (1978), po czym zamilkł na kilka kolejnych lat. Odrodził się w połowie następnej dekady, prezentując już jednak dużo inną muzykę – o rodowodzie afrykańskim.
koniec
1 kwietnia 2017
Skład:
Chris Hinze – flet, flet altowy, flet piccolo, flet bambusowy
Henny Vonk – wokaliza, instrumenty perkusyjne
Rob van den Broeck – fortepian elektryczny
John Lee – gitara basowa, kontrabas
Gerry Brown – perkusja
gościnnie:
Siegfried Schwab – gitara elektryczna, gitara akustyczna, gitara dwunastostrunowa
Cees See – instrumenty perkusyjne
Wim van der Beek – instrumenty perkusyjne
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Non omnis moriar: Berlin Wschodni to dobre miejsce na schadzkę
Sebastian Chosiński

22 IV 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj klasyczny jazzowy album Kwartetu Rolf & Joachim Kühn.

więcej »

Dwutakt: Kolejna niezła płyta Wielkiego Zespołu… tylko
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jacek Walewski

17 IV 2017

O najnowszej płycie Depeche Mode, „Spirit”, dyskutują Jacek Walewski i Piotr „Pi” Gołębiewski.

więcej »

Non omnis moriar: Braterska miłość za „żelazną kurtyną”
Sebastian Chosiński

15 IV 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj klasyczny jazzowy album Kwintetu Rolfa Kühna.

więcej »

Polecamy

Hammondziści wszystkich krajów, łączcie się!

Tu miejsce na labirynt…:

Hammondziści wszystkich krajów, łączcie się!
— Sebastian Chosiński

Niebiański pogrzeb w świetle księżyca
— Sebastian Chosiński

Rzeczy takie, jakimi są w istocie…
— Sebastian Chosiński

To, co w głowie, i poza nią
— Sebastian Chosiński

Od dixielandu, przez modern, do free jazzu
— Sebastian Chosiński

Elegia o… [chłopcu rumuńskim]
— Sebastian Chosiński

Nie stało się nic złego
— Sebastian Chosiński

Niewiarygodne przygody Norwegów w Nowym Jorku
— Sebastian Chosiński

Scena to dziwna…
— Sebastian Chosiński

Chwila, która mogłaby trwać w nieskończoność
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.