Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Non omnis moriar: Braterska miłość za „żelazną kurtyną”

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj klasyczny jazzowy album Kwintetu Rolfa Kühna.

Rolf Kühn Quintett
‹Solarius›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSolarius
Wykonawca / KompozytorRolf Kühn Quintett
Data wydania31 grudnia 1965
Wydawca Amiga
NośnikWinyl
Czas trwania40:09
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieRolf Kühn, Michał Urbaniak, Joachim Kühn, Klaus Koch, Czesław Bartkowski
Utwory
Winyl1
1) Minor Impressions07:55
2) Solarius06:16
3) Sie gleicht wohl einem Rosenstock06:24
4) Mountain Jump06:33
5) Lady Orsina06:21
6) Soldat Tadeusz06:39
O pochodzących z dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej braciach Rolfie (klarneciście i saksofoniście) oraz Joachimie (pianiście) Kühnach pisaliśmy już w „Non Omnis Moriar” parokrotnie. Starszego Rolfa wychwalając przede wszystkim za jazzrockowy album „Devil in Paradise” (1971), młodszego (o piętnaście lat) Joachima natomiast za współpracę z grupą Association P.C. („Rock Around the Cock”, 1973; „Mama Kuku – Live!”, 1974) oraz liczne projekty solowe („Paris is Wonderful”, 1970; „Cinemascope”, 1974; „Hip Elegy”, 1976; „Springfever”, 1976). Bracia bardzo często zresztą ze sobą współpracowali. Ba! to starszy z nich otworzył młodszemu wrota do wielkiej kariery, co Joachim skrzętnie wykorzystał i z czasem swoją popularnością nawet przyćmił Rolfa. Ten chyba jednak nie miał o to do niego żalu. Wszak zostało w rodzinie…
Dzisiaj przyjrzymy się początkom kariery Kühnów. W tym celu cofniemy się w czasie o… ponad pół wieku. Rolf opuścił komunistyczną ojczyznę (choć gwoli ścisłości przyszedł na świat, kiedy istniała jeszcze Republika Weimarska, natomiast jego dzieciństwo i młodość przypadły na czasy III Rzeszy) w połowie lat 50. XX wieku. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych, ale w połowie następnej dekady coraz częściej zaczął pojawiać się w Europie. Jesienią 1964 roku – w drodze do Warszawy na festiwal Jazz Jamboree – zatrzymał się w Berlinie Wschodnim, gdzie spotkał się z Joachimem. To wtedy narodziły się plany ich artystycznej współpracy. W każdym razie do stolicy Polski pojechali razem i wystąpili obok siebie w Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej; towarzyszyli im wówczas na scenie polscy jazzmani: kontrabasiści Tadeusz Wójcik i Julian Sandecki oraz perkusista Andrzej Dąbrowski (ten sam, który na początku lat 70. wylansował wielki hit „Do zakochania jeden krok”). Po festiwalu bracia Kühnowie wrócili do Berlina i zdecydowali się nagrać razem płytę. Jako że Joachim nie mógł opuścić NRD, sesja odbyła się w studiu wschodnioniemieckiej Amigi. I ta wytwórnia opublikowała też płytę.
Nagrania zajęły Rolfowi i Joachimowi dwa dni – 29 i 30 listopada 1964 roku. Poza nimi udział w nich wzięło jeszcze trzech muzyków: kontrabasista Klaus Koch oraz dwaj Polacy – Michał Urbaniak (wówczas grający jeszcze na saksofonach, nie skrzypcach) i perkusista Czesław Bartkowski, przez przyjaciół zwany „Małym”. Nasi rodacy, mimo młodego wieku (obaj mieli po dwadzieścia jeden lat), byli już wtedy doświadczonymi muzykami. Urbaniak miał za sobą występy w Jazz Rockers Zbigniewa Namysłowskiego i trasę po Stanach Zjednoczonych z The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego; Bartkowski natomiast nagrał album „Lola” z Modern Jazz Quartet Namysłowskiego; obaj występowali również w kwintecie Krzysztofa Komedy. Zatrudnienie Urbaniaka i Bartkowskiego nie wiązało się zatem dla Rolfa, bo to on był liderem formacji, z żadnym zagrożeniem. Żałować tylko można, że nagrana przez kwintet płyta „Solarius” jest dzisiaj niemal całkiem zapomniana. Absolutnie bowiem na to nie zasługuje.
„Solarius” – trwający w sumie niemal dokładnie czterdzieści minut – to przykład niezwykle nośnego i cieszącego się w tamtych czasach wielką popularnością modern jazzu. Muzyki łączącej, podobnie jak chociażby nagrany rok później „Astigmatic” Krzysztofa Komedy, tradycje jazzu europejskiego z wpływami amerykańskimi, jakimi starszy z braci Kühnów nasiąkł podczas dziesięcioletniego pobytu w USA. Nie dziwią więc nawiązania z jednej strony do Charliego Parkera (w grze Rolfa) czy Theloniousa Monka (w grze Joachima). Najważniejsze, że nie są one niewolnicze. Że Niemcy twórczo rozwijają pomysły swoich czarnoskórych kolegów po fachu. Słychać to już zresztą wyraźnie w bardzo nastrojowej, ale jednocześnie zwiewnej i zapadającej w pamięć otwierającej album kompozycji Rolfa „Minor Impressions”. Oprócz dęciaków, zaskakująco dużo czasu dostaje Joachim. Wykorzystuje go zaś najlepiej, jak potrafi; z jednej strony tworzy poetycki duet z Bartkowskim, z drugiej pozwala sobie na rozbudowaną partię solową, w której udowadnia, że nawet mając zaledwie dwadzieścia lat, można być już wyjątkowo dojrzałym i świadomym artystą.
Tytułowy „Solarius” (kolejny utwór autorstwa Rolfa Kühna) jest jeszcze bardziej klimatyczny. Snująca się leniwie sekcja rytmiczna – ach! te ciepłe i głębokie dźwięki kontrabasu Klausa Kocha – tworzy wysublimowany podkład dla eterycznych partii fortepianu oraz saksofonu i klarnetu. Tego się nie da zapomnieć. Podobnie zresztą jak ekscytującej wariacji na temat pochodzącej z początków XVII wieku ludowej pieśni niemieckiej „Sie gleicht wohl einem Rosenstock”, którą na potrzeby jazzowego kwintetu zaaranżował Joachim Kühn. Po energetycznym, transowym wstępie do głosu dochodzą grające unisono klarnet i saksofon – i w tym momencie (a w zasadzie momentach, ponieważ motyw ten powraca parokrotnie) robi się magicznie. Rozkołysana, potężnie brzmiąca sekcja dęta dosłownie przyprawia o ciarki. Kilka lat później w podobnym kierunku podążą i Zbigniew Namysłowski (vide albumy „Winobranie” oraz „Kujaviak Goes Funky”), i Michał Urbaniak („Atma”). Kto wie, może w jakimś stopniu zainspirowali się pomysłami Joachima Kühna…
Stronę B winylowego krążka otwiera „Mountain Jump” (autorstwa Joachima) – stylowa kompozycja utrzymana w bebopowym stylu lat 50., z emocjonalną solówką Urbaniaka na saksofonie, którą dopełnia subtelny duet fortepianu i kontrabasu. Najsłabszym, ale wcale nie słabym, fragmentem płyty jawi się „Lady Orsina” (pod którą podpisał się Rolf), którą warto zapamiętać w zasadzie z dwóch powodów: fortepianowej improwizacji Joachima oraz niekoniecznie pasującej do reszty, motorycznej, hardbopowej gry sekcji rytmicznej. Na szczęście longplay wieńczy znakomity „Soldat Tadeusz”, w którym zespół wręcz rozpiera energia. Po solowej partii klarnetu młodszy z braci Kühnów ponownie folguje sobie na fortepianie, a Koch i Bartkowski jedynie utwierdzają go w przekonaniu o słuszności obranej drogi. Dopiero w finale muzycy spuszczają nieco z tonu, aby okiełznać emocje i taktownie pożegnać się ze słuchaczami. Na szczęście nie na długo, parę miesięcy później Rolf i Joachim ponownie wejdą do studia, a efektem kolejnej sesji będzie rewelacyjny album „Re-Union in Berlin” (1965).
koniec
15 kwietnia 2017
Skład:
Rolf Kühn – klarnet
Michał Urbaniak – saksofon sopranowy, saksofon tenorowy
Joachim Kühn – fortepian
Klaus Koch – kontrabas
Czesław Bartkowski – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Słuchaj i patrz: Rodzina podpowiada
Beatrycze Nowicka

20 IX 2017

Odsłona w klimatach rozmaitych czyli Pablopavo i Massive Attack – światła na Północy i złe siły w metrze.

więcej »

Non omnis moriar: Łącznik z Kraju Tulipanów
Sebastian Chosiński

16 IX 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj Amerykanin Charlie Mariano w kooperacji z holenderską formacją The Chris Hinze Combination.

więcej »

Słuchaj i patrz: Powrót w czerń
Beatrycze Nowicka

13 IX 2017

Gdybym miała wskazać najczęściej pojawiający się motyw tekstów piosenek, postawiłabym na rozpad związku.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.