Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 28 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Non omnis moriar: Romantyk jazzowej gitary

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj – po raz piąty – Volker Kriegel, tym razem z towarzyszeniem zespołu Spectrum.

Volker Kriegel
‹Mild Maniac›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMild Maniac
Wykonawca / KompozytorVolker Kriegel
Data wydania1974
Wydawca MPS Records
NośnikWinyl
Czas trwania41:58
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieVolker Kriegel, Rainer Brüninghaus, Eberhard Weber, Joe Nay, Peter Giger
Utwory
Winyl1
1) Mindwill06:45
2) Prinz Eisenherz04:38
3) Schnellhörspiel05:30
4) Mild Maniac05:14
5) The Visit07:28
6) D-Dödel12:19
Uwolniwszy się spod wpływu mieszkającego i tworzącego na przełomie lat 60. i 70. XX wieku w zachodnich Niemczech amerykańskiego wibrafonisty jazzowego Dave’a Pike’a, niemiecki gitarzysta Volker Kriegel zdecydował się na rozpoczęcie kariery solowej. Podstawy ku temu miał niezłe, czego dowodzą albumy nagrane z przybyszem zza Atlantyku (między innymi „Four Reasons” i „Live at the Philharmonie”). Jego talent potwierdziły również płyty sygnowane własnym nazwiskiem, jak chociażby „Spectrum” (1971), dwupłytowe „Inside: Missing Link” (1972) oraz „Lift!” (1973). Trudno zresztą dziwić się temu, skoro w zespołach akompaniujących Kriegelowi na kolejnych wydawnictwach znajdowali się kapitalni muzycy, wielce zasłużeni dla europejskiego jazzu i rocka; byli to na przykład Niemcy Peter Trunk, Albert Mangelsdorff i Eberhard Weber, Brytyjczycy Alan Skidmore i John Marshall oraz Polak Zbigniew Seifert. Gwiazd nie zabrakło także na wydanym przez Volkera w 1974 roku krążku „Mild Maniac”.
Tym razem jednak artysta rodem z Darmstadt postanowił nieco podzielić się chwałą i na okładce longplaya umieścił – obok swego nazwiska – także nazwę zespołu, którą zresztą zaczerpnął z tytułu swej płyty wydanej trzy lata wcześniej, czyli… Spectrum. Znaleźli się w nim, którzy mieli już wówczas ugruntowaną pozycję na rynku (zachodnio)europejskim, a więc: klawiszowiec Rainer Brüninghaus (wspierający swym talentem między innymi saksofonistę Jana Garbarka i trębacza Manfreda Schoofa), kontrabasista i wiolonczelista Eberhard Weber (znany z wieloletniej współpracy z pianistą Wolfgangiem Daunerem) oraz zmarły w 1990 roku perkusista Joe Nay (mający za sobą krótki epizod w Sincerely P.T. Petera Trunka). Skład ten uzupełnił jeszcze, zaproszony do studia jako gość specjalny, szwajcarski perkusjonalista Peter Giger, którego wielbiciele krautrocka kojarzyli przede wszystkim z dwóch płyt zespołu Dzyan: „Time Machine” (1973) i „Electric Silence” (1974).
Pięciu artystów zaszyło się na sześć dni – od 18 do 23 lutego 1974 roku – w studiu Walldorf w miasteczku Mörfelden-Walldorf nieopodal Frankfurtu nad Menem – tym samym, w którym dwa lata wcześniej Kriegel nagrywał (między innymi w towarzystwie Eberharda Webera) album „Inside: Missing Link”. Podobnie jak w przypadku tamtej płyty, również „Mild Maniac” opublikowana została później przez wytwórnię MPS Records. W teorii powinna więc zawierać zbliżoną stylistycznie muzykę. Czy tak było w rzeczywistości? Niekoniecznie. Głównie dlatego, że z biegiem czasu twórczość Kriegela przechodziła stopniową, ale zauważalną ewolucję, stając się coraz bardziej stonowaną i nostalgiczną. Wciąż wprawdzie lokowała się w okolicach fusion, ale przybierała zupełnie inną postać od tego, co w tym samym czasie proponowali chociażby wykonawcy zza Oceanu (jak również wiele zespołów zachodnioniemieckich). Bezsprzecznie Volker poszukiwał własnego środku wyrazu – i go odnalazł. Udało mu się to zresztą już wcześniej, „Mild Maniac” było jedynie przypieczętowaniem tych peregrynacji, „kropką nad i”.
Na sześć zebranych na albumie utworów pięć wyszło spod ręki lidera, tylko jeden – ostatni i zarazem najdłuższy – był dziełem zespołowym. Tym bardziej dziwi fakt, że Kriegel zdecydował się umieścić na okładce płyty nazwę okazjonalnie skompilowanej grupy. Być może wynikło to jednak z wewnętrznych ustaleń muzyków, których dzisiaj – po ponad czterdziestu latach – nie da się już odtworzyć. Longplay otwiera utwór „Mindwill” – z pulsującym, funkowym basem i kapitalnym, grającym unisono, duetem gitary i fortepianu elektrycznego, który pełni funkcję kompozycyjnej klamry. Pośrodku nie brakuje ciekawostek, jak chociażby imitujące chórek klawisze Brüninghausa, solówka Webera na wiolonczeli czy też zmierzająca w stronę country gitara Kriegela. To jeden z tych numerów rzuconych na pożarcie słuchaczom, których głównym zadaniem jest pokazanie pełnych możliwości zespołu i jednocześnie zamknięcie ust potencjalnym krytykom. Do czego bowiem można tu się przyczepić, skoro mamy do czynienia z takim rozmachem aranżacyjnym i taką wyobraźnią artystyczną? Może tylko do tego, że – poza sztuką dla sztuki – niewiele z tego wynika.
Drugi w kolejności „Prinz Eisenherz” to subtelna jazzrockowa ballada, w której głównym partnerem dla fortepianu elektrycznego jest tym razem gitara… akustyczna. Co jednak nie oznacza, że Volker nie sięga także po elektryczny odpowiednik tego instrumentu. Ale nawet w tych momentach trzyma swe fantazje na wodzy. Reszty dopełnia kołyszące do snu brzmienie kontrabasu. Z nieco innej muzycznej bajki pochodzi natomiast „Schnellhörspiel”. Od pierwszych sekund dzieje się tu więcej niż w dwóch poprzednich utworach razem wziętych. Przede wszystkim za sprawą samego Kriegela, który gitarową solówką udowadnia, że mamy do czynienia z artystą z najwyższej półki. Szkoda jedynie, że z biegiem czasu Niemiec coraz rzadziej czuł taką potrzebę, oddając się głównie refleksyjnemu nastrojowi, bijącemu chociażby od tytułowego „Mild Maniac”, który ratuje jedynie fortepianowa partia Brüninghausa. Efekt, niestety, psuje nieco na koniec sam lider zespołu, który ponownie – nie wiedzieć po co – sięga po cytaty rodem z country-rocka.
Stronę B wydawnictwa wypełniają jedynie dwie, za to nieco dłuższe od wcześniejszych, kompozycje. „The Visit” rozkręca się kapitalnie, co jest w równym stopniu zasługą mocnego rytmu narzuconego przez Joego Naya, jak i kolejnej wyśmienitej solówki Volkera na gitarze elektrycznej. Ma ona w sobie taką moc, że słuchając jej, można nawet przejść do porządku dziennego nad knajpianym fortepianem w tle i – po raz który to już? – country’ową gitarą (tym razem akustyczną). Album wieńczy ponad dwunastominutowe „D-Dödel”, pod którym podpisali się wszyscy muzycy Spectrum. W efekcie numer ten ma bardzo luźną – na tle pozostałych – formę, opartą przede wszystkim na improwizacjach kolejnych instrumentalistów. Całość starają się trzymać w ryzach Brüninghaus i Nay, biorący na siebie rolę głównych akompaniatorów. Co zresztą wychodzi im doskonale. W ostatnich trzech minutach jednak również oni pozwalają sobie na harce, co skutkuje eksperymentatorskimi zapędami całej formacji. Ta awangardowa wycieczka przywodzi z kolei na myśl fragmenty „Inside: Missing Link” – i naprawdę trudno się za to na artystów gniewać.
Podsumowując: „Mild Maniac” na pewno nie jest albumem, którym Volker Kriegel zapisał się na trwałe w historii jazz-rocka (zapracował na to już wcześniej innymi produkcjami), ale jest płytą idealnie portretującą romantyczne, łatwiej przyswajalne przez mniej wymagających słuchaczy oblicze europejskiego fusion. Dzięki takim właśnie wydawnictwom ta ambitna muzyka trafiała pod strzechy.
koniec
17 czerwca 2017
Skład:
Volker Kriegel – gitara elektryczna, gitara akustyczna, gitara basowa (1)
Rainer Brüninghaus – fortepian elektryczny, fortepian, organy
Eberhard Weber – gitara basowa, kontrabas, kontrabas elektryczny, wiolonczela
Joe Nay – perkusja
gościnnie:
Peter Giger – instrumenty perkusyjne
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Non omnis moriar: Wspiąć się na najwyższy szczyt
Sebastian Chosiński

24 VI 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz kolejny wracamy do słowackiej grupy Fermáta.

więcej »

Słuchaj i patrz: Wypłyń na niebo
Beatrycze Nowicka

21 VI 2017

Lindsey Stirling jest skrzypaczką wykonującą – najczęściej – muzykę popularną. Myślicie może, co w takim razie ciekawego można pokazać na teledysku. Okazuje się, że da się zilustrować instrumentalne utwory tak, by naprawdę przyjemnie się je oglądało.

więcej »

Słuchaj i patrz: Noir
Beatrycze Nowicka

14 VI 2017

Czas na coś z naszego kraju, podróż w przeszłość i to niejako podwójna, bo teledysk z lat dziewięćdziesiątych, wizualnie inspirowany latami dwudziestymi–trzydziestymi XX wieku.

więcej »

Polecamy

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…

Tu miejsce na labirynt…:

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Bo wszyscy Szwedzi to jedna rodzina…
— Sebastian Chosiński

Mokradła we mgle
— Sebastian Chosiński

Widok z góry najwyższej
— Sebastian Chosiński

Ku chwale Katalonii
— Sebastian Chosiński

„Czarna śmierć” i „trzy szóstki”
— Sebastian Chosiński

Patrząc w przyszłość z głową w przeszłości
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.