Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Non omnis moriar: W czterdzieści minut dokoła świata

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz czwarty (a w „Esensji” piąty) słowacka Fermáta.

Fermáta
‹Biela planéta›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBiela planéta
Wykonawca / KompozytorFermáta
Data wydania1980
Wydawca Opus
NośnikWinyl
Czas trwania40:41
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieFrantišek Griglák, Tomaš Berka, Fedor Frešo, Karol Oláh
Utwory
Winyl1
1) Cook04:33
2) Magellan05:24
3) Amundsen07:09
4) Polo03:41
5) Da Gama04:30
6) Humboldt05:27
7) Kolumbus03:59
8) Livingstone05:59
Kiedy na początku 1979 roku do bratysławskiej Fermáty dołączył nowy (trzeci już w historii grupy) gitarzysta basowy Fedor Frešo (wcześniej między innymi w grupach The Soulmen, Prúdy i Collegium Musicum), zespół osiągnął wreszcie personalną stabilizację. Na co stać Słowaków w tym składzie, pokazał album „Dunajská legenda”, nagrany w sierpniu tego samego, ale wydany już w następnym, to jest 1980 roku. Prezentował się on bardzo przyzwoicie, dorównując poziomem dwóm pierwszym płytom długogrającym formacji, czyli „Fermáta” (1975) i „Pieseň z hôľ” (1976), oraz niewiele ustępując legendarnemu longplayowi „Huascaran” (1978), przez wielu krytyków uważanemu za najdonioślejsze dokonanie bratysławian. Jak na tym tle prezentowała się natomiast „Biela planéta” – wydawnictwo numer pięć, nagrane kilka miesięcy po „Legendzie” w tym samym zestawieniu osobowym? Niestety, trochę słabiej, choć patrząc z perspektywy prawie czterdziestu lat od publikacji, wcale nie tak źle, jak publikowane w tamtym czasie albumy wielu innych legend rocka progresywnego i fusion.
Słowacy postanowili raz jeszcze zastosować te same patenty. Po pierwsze: stworzyli kolejny instrumentalny concept-album. Po drugie: funkcje twórców repertuaru ponownie wzięli na siebie liderzy grupy, czyli gitarzysta František Griglák i klawiszowiec Tomaš Berka, którzy uczciwie – fifty fifty (w tym przypadku po cztery) – podzielili się kompozycjami. Jaka tym razem przyświecała autorom myśl przewodnia? Wystarczy rzucić okiem na tytuły ośmiu rozdziałów tej opowieści. Mówią one same za siebie. Każdy to nazwisko słynnego podróżnika i odkrywcy, który zapisał się złotymi zgłoskami w historii wypraw geograficznych. Każdy poszerzył naszą wiedzę o świecie, niejednokrotnie ryzykując przy tym życiem, a nawet – jak James Cook, Ferdynand Magellan czy Roald Amundsen, a w pewnym sensie także David Livingstone – płacąc najwyższą cenę. Adekwatny do zawartości wydanego przez (czecho)słowacką wytwórnię Opus longplaya jest też jego główny szyld, który jednak mimo wszystko należy rozumieć symbolicznie. Bo przecież bez osiągnięć bohaterów poszczególnych utworów Ziemia byłaby – poza Europą – „białą plamą”.
Panowie z Fermáty postanowili – zresztą jak najbardziej słusznie – rozpocząć album mocnym akcentem. Dlatego na początek wybrali „opowieść” o osiemnastowiecznym angielskim podróżniku Jamesie Cooku, który zakończył swój żywot, walcząc z tubylcami niechętnie witającymi obcych na Hawajach. „Cook” zaczyna się bardzo majestatycznie – to nie dziwi; zaskakiwać może natomiast fakt, że prawie cały utwór utrzymany jest w rytmie… reggae. Choć to bardzo nietypowe reggae, przefiltrowane przez jazzrockową wyobraźnię muzyków, z wyeksponowaną gitarą Grigláka i pojawiającym się w tle fortepianem elektrycznym Berki, który w dalszej części zostaje wymieniony na fortepian. Trzeba przyznać, że František (to spod jego ręki wyszła ta kompozycja) pojechał „po bandzie”, ale co najważniejsze – wybronił się w stu procentach. Także dzięki świetnej własnej solówce, po której solidarnie wycofał się na drugi plan, pozwalając, by do samego końca ton utworowi nadawały klimatyczne syntezatory.
Od niepokojących syntezatorów, do których niebawem dołącza utrzymana w tym samym nastroju gitara, zaczyna się numer poświęcony Ferdynandowi Magellanowi, który – podobnie jak Cook – swoje zamiłowanie do podróżowania przypłacił życiem, ginąc w 1521 roku z rąk mieszkańców wyspy Mactan w Archipelagu Filipińskim. W kontekście tych wydarzeń zaskakiwać może trochę, że w drugiej części utworu atmosfera zamiast gęstnieć i posępnieć… rozjaśnia się. Słowacy – a nade wszystko Berka – skręcają w stronę zyskującego w tamtym czasie coraz większą popularność synthpopu. Na szczęście jednak wiedzą, kiedy wyhamować. Trzecia w kolejności kompozycja poświęcona została norweskiemu badaczowi Arktyki Roaldowi Amundsenowi, który stracił życie w 1928 roku, idąc na pomoc swemu przyjacielowi, włoskiemu odkrywcy Umberto Nobilemu. Chociaż trwa ona siedem minut, w porównaniu z dwiema poprzednimi i zarazem kilkoma następnymi, niewiele dzieje się w niej. Liderzy grupy wymieniają się partiami solowymi, ale żadna z nich nie zapada w pamięć na dłużej. Żadna nie sprawia, że do „Amundsena” chce się powrócić, kiedy już album dobiegnie końca.
Poprawnie – co oznacza, że bez iskry geniuszu – prezentuje się także muzyczny portret Marka Polo, pochodzącego z Wenecji autora „Opisania świata”, któremu pod koniec XIII wieku dane było (ponoć) dotrzeć aż do Chin, rządzonych wówczas przez mongolskiego chana Kubiłaja. To chyba nie był przypadek, że Berce wyszła tym razem najkrótsza kompozycja na płycie, która wprawdzie brzmi rasowo, ale zdecydowanie zbyt mało jest w niej serca. Klawiszowiec zrehabilitował się natomiast, komponując historię Vasco da Gamy, który – o czym uczono w szkole – jako pierwszy dotarł drogą morską do Indii, gdzie zresztą zmarł w 1524 roku. „Da Gama” to już fusion na najwyższym światowym poziomie, z mocno wyeksponowaną gitarą basową Fedora Frešo, kolejną ekscytującą solówką gitarową Grigláka i – nade wszystko – kapitalnymi dialogami gitary i syntezatorów Berki. Warto też jednak podkreślić – tutaj szczególnie rzucającą się w oczy – perfekcyjną grę sekcji rytmicznej. Słychać, że dłuższy pobyt Fedora w Fermácie zaowocował idealną wprost współpracą basisty z Karolem Oláhem.
Kolejne dwa „portrety” wprowadzają słuchacza w nastrój kontemplacyjny. Ale nie oznacza to, że są sobie równe. „Humboldt” – poświęcony żyjącemu na przełomie XVIII i XIX wieków Alexandrowi von Humboldtowi, niemieckiemu badaczowi Ameryk Łacińskiej i Północnej oraz Azji – brzmi stylowo, ale zdecydowanie zbyt popowo, aby ująć za serce wielbicieli jazzrockowego oblicza słowackiej formacji. Za to „Kolumbus”, którego bohaterem jest oczywiście pochodzący z Genui Krzysztof Kolumb, urzeka balladowym pięknem. To ostatnia z czterech kompozycji Grigláka i on też odgrywa w niej najważniejszą rolę, najpierw wprowadzając odpowiedni nastrój partią gitary akustycznej, a następnie serwując kolejną ze swych niezapomnianych solówek na gitarze elektrycznej. Płytę zamyka utwór Berki „dedykowany” dziewiętnastowiecznemu szkockiemu misjonarzowi protestanckiemu Davidowi Livingstone’owi, który poświęcił swoje życie Afryce i tam też z powodu choroby zmarł. Może z tego powodu Tomaš uznał, że należy mu się mocne rockowe uderzenie. Ale to nie tylko zasługa klawiszowca. Cały zespół daje tu z siebie wszystko – począwszy od potężnego fundamentu budowanego przez Frešo i Oláha, aż po energetyczne partie syntezatorów i gitary. Dzięki temu, gdy już album dobiega końca, w pamięci pozostają właśnie te fragmenty – zagrane z werwą, w stylu, za jaki Fermátę pokochali fani.
koniec
8 lipca 2017
Skład:
František Griglák – gitara elektryczna, gitara akustyczna
Tomaš Berka – syntezatory, fortepian elektryczny, fortepian
Fedor Frešo – gitara basowa, mandolina
Karol Oláh – perkusja, instrumenty perkusyjne
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Non omnis moriar: Lata mijają, świat wciąż pozostaje „dziwny”
Sebastian Chosiński

22 VII 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj Grupa Niemen, czyli połączone siły Czesława Niemena, Helmuta Nadolskiego i tria SBB.

więcej »

Słuchaj i patrz: M jak morderca
Beatrycze Nowicka

19 VII 2017

Znów czerń i biel, estetyka retro i kryminalny motyw. I ponownie przykład teledysku, w którym minimalizm środków okazał się właściwym wyborem.

więcej »

Non omnis moriar: Koniec epoki niewinności
Sebastian Chosiński

15 VII 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz piąty (a w „Esensji” szósty) słowacka Fermáta.

więcej »

Polecamy

Kandydaci do PEN-Clubu

Tu miejsce na labirynt…:

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Bo wszyscy Szwedzi to jedna rodzina…
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Lata mijają, świat wciąż pozostaje „dziwny”
— Sebastian Chosiński

Koniec epoki niewinności
— Sebastian Chosiński

„An der schönen blauen Donau”
— Sebastian Chosiński

Wspiąć się na najwyższy szczyt
— Sebastian Chosiński

Romantyk jazzowej gitary
— Sebastian Chosiński

Tak wiele pomysłów…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie godne mistrzów
— Sebastian Chosiński

Amerykanin za „murem berlińskim”
— Sebastian Chosiński

Gościnny występ serbskiego pianisty
— Sebastian Chosiński

Hartowanie jazzrockowej stali
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Tu miejsce na labirynt…: Słowacy nie gęsi, też swój jazz-rock mają!
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

W strugach deszczu
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Aurora – dwie śpiące królewny
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Z Bratysławy do Budapesztu
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Lipiec 2017 (2)
— Sebastian Chosiński, Jarosław Loretz

Prostaczek na miarę swoich czasów
— Sebastian Chosiński

Bo zło powinno zostać ukarane…
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Jazz w cieniu Holokaustu
— Sebastian Chosiński

Zrodziło go Piekło
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.