Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 26 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Non omnis moriar: Koniec epoki niewinności

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz piąty (a w „Esensji” szósty) słowacka Fermáta.

Fermáta
‹Generation›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułGeneration
Wykonawca / KompozytorFermáta
Data wydania1981
Wydawca Opus
NośnikWinyl
Czas trwania39:48
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieFrantišek Griglák, Tomaš Berka, Fedor Frešo, Karol Oláh, Jozef Hanák, Jozef Krajčovič
Utwory
Winyl1
1) Prerušenie04:36
2) Viña del mar07:03
3) Kalamita05:59
4) Gastronomické radosti03:38
5) Dubáky05:09
6) Zadané04:38
7) K.O.04:38
Po dość częstych roszadach w składzie na początku istnienia grupy, kiedy to praktycznie każdy kolejny album nagrywany był w innym zestawieniu osobowym – vide „Fermáta” (1975), „Pieseň z hôľ” (1976) oraz „Huascaran” (1978) – na początku 1979 roku, po dołączeniu do zespołu gitarzysty basowego Fedora Frešo, nastąpiła wreszcie długo oczekiwana stabilizacja. Dość powiedzieć, że trzy kolejne płyty wreszcie firmowali ci sami czterej muzycy (nie licząc gości). Zaczęło się od znakomitego longplaya „Dunajská legenda”, potem była odrobinę tylko słabsza „Biela planéta” (1980) i w końcu wydany rok po niej winylowy krążek „Generation”. W jego realizacji – oprócz liderów formacji, czyli gitarzysty Františka Grigláka oraz klawiszowca Tomaša Berki, jak również perkusisty Karola Oláha i wspomnianego już grającego na basie Fedora Frešo – wzięły jeszcze udział dwie osoby: Jozef Hanák, który zagrał na harmonijce ustnej w utworze „Gastronomické radosti”, oraz Jozef Krajčovič, którego saksofon tenorowy usłyszeć można w wieńczącym album „K.O.”.
Co ciekawe, obaj nie byli wcale zawodowymi muzykami, lecz… inżynierami dźwięku. Pracującymi zresztą przy „Generation”. Byli więc po prostu pod ręką. A że partie obu instrumentów, jakie były do zagrania, nie należały do zbyt skomplikowanych – skorzystano z ich dodatkowych usług. Na trwającą prawie czterdzieści minut (bez kilkunastu sekund) płytę trafiło siedem kompozycji, utrzymanych w stylistyce, do której grupa zdążyła już przyzwyczaić swoich wielbicieli, zwłaszcza po tym jak dołączył do niej Frešo. Był to zatem ponownie jazz-rock z silnymi inklinacjami progresywnymi. Ale także, co dało się usłyszeć już na poprzednim wydawnictwie, z pewnymi wpływami nowej fali i pop rocka. Takie jednak wtedy były czasy – wiele formacji, grających dotąd bardzo ambitną muzykę, „kolaborowało” z lżejszymi gatunkami, aby trafić do szerszego grona odbiorców. Nie ominęło to przecież takich tuzów rocka progresywnego, jak Yes, Jethro Tull czy nawet, a może przede wszystkim, Genesis. Na tle tych brytyjskich formacji Słowacy z Fermáty i tak byli wyjątkowo wierni swoim korzeniom.
Płytę otwiera nowocześnie zaaranżowana kompozycja Berki „Prerušenie”. Na czym polega ta „nowoczesność”? Głównie na dominującej roli syntezatorów oraz zmiękczających brzmienie wtrętów funkowo-bluesowych. Choć uczciwie należy muzykom oddać, że wciąż jest to bardzo rasowe fusion, w dużej mierze dzięki świetnej – której to już w karierze? – solówce gitarowej Grigláka. Spod jego właśnie ręki wyszedł utwór numer dwa – „Viña del mar”. Ten hiszpańskojęzyczny tytuł nie jest przypadkiem. Wsłuchując się uważniej, można bowiem – pod syntezatorową otoczką – wyłowić fragmenty nawiązujące do muzyki latynoamerykańskiej (na przykład spod znaku „progresywnego” Carlosa Santany). Do tego dochodzi klasyczna gra Františka, która może kojarzyć się z takim wykonawcami, jak Andrés Segovia czy Paco de Lucía. Ale to i tak tylko smaczek, który całości przydaje pikanterii. Bo są tu i kosmiczne klawisze Berki i progresywna gitara Grigláka, a obok fragmentów dynamicznych pojawiają się również nastrojowe.
Podobać może się także „Kalamita” – kolejny utwór autorstwa Tomaša i zapewne z tego też powodu windujący na plan pierwszy klawisze. Gitara przez większość czasu gra w nim rolę drugoplanową, ale kiedy już wybija się przed pozostałe instrumenty – udowadnia, że mający ją w rękach muzyk to prawdziwy Artysta (sic!). To dzięki Griglákowi numer ten zyskuje na mocy i konsekwentnie zmierza od rocka elektronicznego do fusion. Za to o zamykającej stronę A wydawnictwa kompozycji „Gastronomické radosti” – pierwszej w historii formacji, która nie wyszła spod ręki Františka lub Tomaša (podpisał się pod nią Fedor) – niewiele dobrego da się powiedzieć. Wiadomo, to żart, połączenie radosnego boogie z bluesem (vide harmonijka ustna). Pytanie tylko, w jaki sposób ten figiel miał artystycznie wzbogacić album? Skoro sprawia wrażenie typowej zapchajdziury… Na szczęście utwory pojawiające się na drugiej stronie winylowego krążka zacierają to niekorzystne wrażenie. „Dubáky” też zresztą mają dość luźny, a momentami wręcz zabawowy charakter, lecz dzięki swej ekspresyjności i wpadającym w ucho solówkom – pozostają na dłużej w pamięci (w pozytywnym tego stwierdzenia kontekście).
„Zadané” – podobnie jak „Dubáky” będące utworem Berki – ma niemal dokładnie taki sam charakter. Z tą różnicą, że Tomaš dorzuca tutaj – w środkowej części utworu – partię syntezatorów mocno zahaczającą o motywy ludowe. Zaskakujące to trochę, ale najważniejsze, że broni się artystycznie. Płytę zamyka kompozycja najdłuższa i bez dwóch zdań najlepsza. Nokautująca wszystkie wcześniejsze. I pewnie stąd wziął się jej tytuł – „K.O.”. Otwiera ją długa, delikatna partia gitary, z którą od pewnego momentu współgra stylowy, podniosły saksofon tenorowy. Z czasem utwór zyskuje na mocy, w czym dużą zasługę ma – obok Grigláka – właśnie Jozef Krajčovič. Warto podkreślić także fakt, że gdy w finale rozbrzmiewają charakterystyczne dźwięki syntezatora Mooga, to zawdzięczamy je nie Berce, ale Františkowi, który chciał mieć chyba pełną kontrolę nad jednym ze swoich najlepszych „dzieł” w karierze. I słusznie. Choć to oczywiście wcale nie musi oznaczać, że Tomaš by sobie z tym nie poradził. Może po prostu zagrałby to inaczej…
Na tle wcześniejszych płyt Fermáty „Generation” wypada nie mniej interesująco, co cieszy, ale też wcale nie lepiej od nich, co z kolei może martwić. W każdym razie po „lekturze” albumu można odnieść wrażenie, że grupa doszła do ściany, że potrzebny jest jej kolejny zastrzyk świeżej krwi. I tak też się stało. Na „odstrzał” poszedł – a jakże! – basista. W 1982 roku Fedor Frešo zaangażował się we współpracę z jazzową grupą T&R Band, której wokalistą był Peter Lipa. W efekcie Berka i Griglák na jego miejsce ściągnęli do zespołu utalentowanego siedemnastolatka Dalibora Jenisa, który w tym czasie udzielał się w funkowej formacji Espritu. Usłyszeć można go, wraz z – uwaga! uwaga! – wokalistą Jurajem Bartovičem (z hardrockowego LBT) na wydanym w 1984 roku longplayu „Ad libitum”. Co chyba najbardziej interesujące, parę lat później Jenis rozpoczął karierę… śpiewaka operowego i dzisiaj jest jednym z największych barytonów Europy.
koniec
15 lipca 2017
Skład:
František Griglák – gitara elektryczna, gitara akustyczna, syntezator Mooga (6,7)
Tomaš Berka – syntezatory
Fedor Frešo – gitara basowa
Karol Oláh – perkusja, instrumenty perkusyjne
gościnnie:
Jozef Hanák – harmonijka ustna (4)
Jozef Krajčovič – saksofon tenorowy (7)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Non omnis moriar: Lata mijają, świat wciąż pozostaje „dziwny”
Sebastian Chosiński

22 VII 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj Grupa Niemen, czyli połączone siły Czesława Niemena, Helmuta Nadolskiego i tria SBB.

więcej »

Słuchaj i patrz: M jak morderca
Beatrycze Nowicka

19 VII 2017

Znów czerń i biel, estetyka retro i kryminalny motyw. I ponownie przykład teledysku, w którym minimalizm środków okazał się właściwym wyborem.

więcej »

Słuchaj i patrz: Stary człowiek i statki na niebie
Beatrycze Nowicka

12 VII 2017

Nightwish w odsłonie może nieco mniej z nim kojarzonej – przynajmniej dla kogoś nie będącego fanem zespołu, czyli „The Islander”.

więcej »

Polecamy

Pożegnanie z legendą

Tu miejsce na labirynt…:

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Lata mijają, świat wciąż pozostaje „dziwny”
— Sebastian Chosiński

W czterdzieści minut dokoła świata
— Sebastian Chosiński

„An der schönen blauen Donau”
— Sebastian Chosiński

Wspiąć się na najwyższy szczyt
— Sebastian Chosiński

Romantyk jazzowej gitary
— Sebastian Chosiński

Tak wiele pomysłów…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie godne mistrzów
— Sebastian Chosiński

Amerykanin za „murem berlińskim”
— Sebastian Chosiński

Gościnny występ serbskiego pianisty
— Sebastian Chosiński

Hartowanie jazzrockowej stali
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Tu miejsce na labirynt…: Słowacy nie gęsi, też swój jazz-rock mają!
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Na łeb, na szyję
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

W strugach deszczu
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Aurora – dwie śpiące królewny
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Z Bratysławy do Budapesztu
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Lipiec 2017 (2)
— Sebastian Chosiński, Jarosław Loretz

Prostaczek na miarę swoich czasów
— Sebastian Chosiński

Bo zło powinno zostać ukarane…
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Jazz w cieniu Holokaustu
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.